środa, 15 sierpnia 2012

Zrób to sam, jak żeś taki Słodowy


Któżby pomyślał, że progenitura Jakuba Wędrowycza zapuści się tak daleko na północ Europy? No wprawdzie dla tej wyśmienitej rodziny niewiele jest przeszkód niemożliwych do pokonania, ale jakby nie było, z Wojsławic do serca Norwegii jest szmat drogi. Zwłaszcza gdy na wstępie akcja zawiązuje się w ponurym świecie Mściwie Nam Panujących Komuchów.
Splot bardzo tajemniczych okoliczności sprawia, że dwóch nieletnich obywateli PRL, wywodzących się (jak wieść gminna niesie) z Wojsławic, wyślizguje się z potrzasku żelaznej kurtyny i wydostaje na wykwintny Zachód, choć akurat w tym konkretnym wypadku jest to oczywiście Północ.
Jednego z chłopców Ruskie porywają wprost ze szkoły i nieznana organizacja po brawurowej akcji odbija go i umieszcza w zapadającej się chałupie na końcu norweskich fiordów, gdzie za przeproszeniem nawet noc nie przychodzi, a psy dupami nie szczekają wyłącznie dlatego, że w każdym pokoju zamontowano podsłuch. Drugi chłopak pojawia się tajemniczo i diabli wiedzą skąd, ale najwyraźniej główny bohater (pomimo amnezji, której wcześniej stał się ofiarą) ochoczo przyjmuje Maćka Wędrowycza, obłąkanego pirotechnika i nieodrodnego wnuka Jakuba, na łono norweskiej, nieudolnie remontowanej chałupy.
I tu słowo krytyki. Zbyt wiele miejsca autor poświęcił zabiegom remontowania norweskiego domu. Oj, za dużo tu desek, warkotu wiertarek, gwoździ i zarywających się podłóg. Niecierpliwy czytelnik omiecie wzrokiem wstawki à la Adam Słodowy i prześliźnie się ku następnym akapitom. „Co dalej?” – zapyta, i to, pomimo zbyt długiego remontu, powinno być dla autora największym komplementem.
A dalej to już bardzo ciężko recenzować.
Pojawią się siekiery, bomby, spiski, księżniczki, kolejny kumpel, a na dokładkę nierozgarnięty strażnik leśny. Będą Szkopy zatracone, całkiem niezłe laski, skarb wart więcej niż gospodarka narodowa PRL i paru arystokratów płci obojga. I nawet towary w sklepach do nabycia bez kartek. W głowie się nie mieści normalnie.
A teraz sprawy organizacyjne. Dialogi jak zwykle u Pilipiuka świetne, narracja na pograniczu kpiny też bardzo dobra, ale coś delikatnie zgrzytało. Może niedostateczny szok chowanego w domu dziecka chłopaka z PRL-u w zderzeniu z kapitalistycznymi cudami? Może wyszukane maniery tegoż w obcowaniu z księżniczką? Zbyt barokowe słownictwo w ustach siedemnastolatka?
To jednak tylko drobiazgi, niewiele znaczące drobne nieścisłości, zupełnie nie rzutujące na intrygujący całokształt. Seria zapowiada się wyjątkowo smakowicie i już sobie szykuję miejsce na półce.
Andrzej Pilipiuk
Norweski Dziennik. Tom 1 Ucieczka
Fabryka Słów 2011
Stron: 385
Cena: 31,49

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz