Poniżej publikuję w trzech częściach moje opowiadanie Po drugiej stronie szyby, które ukazało się w 71 numerze miesięcznika SFFH (wrzesień 2011).
Tekst zajął pierwsze miejsce w ankiecie czytelników na tekst numeru i otrzymał nominację do literackiej nagrody Sfinks 2012
Po drugiej stronie szyby
Gdyby
chodziło o koty albo psy, to może ktoś by się zorientował o co w tym szambie
chodzi, ale jakbym za mało miał w życiu pecha, to inwersja dotyczy wyłącznie
ryb, owadów i skorupiaków. Pada nagle człowiek na ziemię i nikt nie wie co się
dzieje. Przyjeżdża karetka, wpadają sanitariusze z noszami i młody lekarz.
Mój,
najwyraźniej na niekończącym się dyżurze, ma solidnie podkrążone oczy.
- Wylew
– ogłasza autorytatywnie i macha na chłopaków, by pakowali bezwładne ciało na
nosze. Ignoruje przyspieszone bicie serca i delikatny trzepot palców dłoni. Tak
macha skrzydełkami opadający z sił motyl, który zaplątał się w pajęczą sieć.
Tak rzuca się śnięty już prawie karp wyjęty z siatki. I wreszcie tak reaguje
debilny układ nerwowy ryby, gdy jej jaźń przeniesie się do ciała człowieka.
Gupik jest tak głupi, że nie jest w stanie podjąć najprostszych funkcji
życiowych z wyjątkiem oddychania. Już sam fakt zamiany skrzeli na płuca i
konieczność oddychania powietrzem atmosferycznym pochłania wszystkie możliwości
rybiego instynktu. Siłą rzeczy, reszta funkcji ciała człowieka przechodzi na
tryb awaryjny. Teraz już to wiem. Wtedy nie rozumiałem niczego, a jedynym co
pamiętam jest ogłuszający gwizd w uszach.
…
Obraz z
drugiej strony był nieco rozmazany, ale może to moje oczy nie nawykły jeszcze
do zmienionej perspektywy. Widziałem wszystko zbyt ostro, a wpadające przez
kuchenne okno światło uderzało w szybę z taką mocą, że mimowolnie odwróciłem
się tracąc z widoku ciało wynoszone z pomieszczenia. W lewym rogu akwarium
stała jaskinia zrobiona ze skorupy kokosa. Wiem, bo sam kiedyś rozłupałem
orzech i wydrążyłem w jego połówce niewielkie wejście. Jakiś czas temu, gdy
hodowaliśmy z żoną brzanki zdarzało się, że podczas tarła samice składały tam
ikrę. Brzanki zdechły i akwarium zarybiliśmy neonami i durnymi gupikami.
Jaskinia jednak została i właśnie do niej, w rozpaczliwych ruchach dziwacznego
ciała zmierzałem. Na miejscu zastanowię się nad popieprzonym losem, jaki
przypadł mi w udziale. Błyskawicznie skoordynowałem ruchy płetw i omijając
kilka przeszkód w postaci napalonych samic dałem nura pod liście Anubiasa.
Rozrósł się, skubany, pomimo mało sprzyjającego PH wody i dzięki temu dotarłem
szczęśliwie do kokosa. Zza kamieni wylazł bowiem rak, zakała akwarium. Miałem
go w zeszłą sobotę przenieść do mniejszego zbiornika, bo mi strasznie rośliny
wyżerał, ale jakoś się nie złożyło. A teraz stał na piasku, sukinsyn, i
skanował długimi wąsami okoliczne zielsko. Niby mięsożerny nie był,
przynajmniej tak w sklepie zapewniali, ale ostatnio podejrzanie dużo rybek
zniknęło. Nie wydaje mi się, żeby to był zbieg okoliczności. O milimetry
unikając otarcia się o wąsy pomknąłem pod kłączem wprost do skorupy. W środku
było ciemno, a nad głową siedział przyklejony
do sufitu ospały glonojad. Spróbowałem dojrzeć, co dzieje się w kuchni, ale nie
dałem rady. Szyba była zbyt daleko a obraz kompletnie zamazany. Na pewno paliła
się lampa nad stołem. Żona pewnie pojechała z ciałem do szpitala, więc światło
nie zgaśnie tak prędko. Oświetlenie akwarium pewnie też. Żarcia raczej dzisiaj
nie będzie, ale tego durne gupiki nie mogły wiedzieć, więc krążyły niespokojnie
pod lustrem wody. Nie miałem pojęcia co dalej, więc wcisnąłem się najgłębiej
jak się dało do wnętrza kokosa i zapadłem w letarg.
…
- Co z
nim? – zapytała kobieta.
Lekarz
wzruszył bezwiednie ramionami, choć było widać, że bardzo się stara
powstrzymać. Rutynowa znieczulica była jednak zbyt głęboko zakorzeniona, by
ostatnia pogadanka ordynatora na temat ludzkiego podejścia do rodzin coś
zmieniła. Poza tym po 16 godzinach dyżuru nie zwraca się uwagi na pierdoły.
Człowiek koncentruje się na potrzebie zrobienia kupy, umycia zębów i zwalenia
się na łóżko. Uczucia pacjentów, a tym bardziej ich rodzin schodzą siłą rzeczy
na dalszy plan.
- Wylew
– odparł lakonicznie, zastanawiając się, czy w klopie na pierwszym piętrze jest
papier.
- Ale
jakie są rokowania? – drążyła żona pacjenta.
- A
tego to nie wiemy. Najpierw trzeba zrobić badania, zwołać konsylium… -
powiedział lekarz, wiedząc, że nic takiego nie nastąpi. Największym luksusem,
jakiego zazna w najbliższych dniach pacjent będzie niecierpliwe cewnikowanie w
wykonaniu siostry Honoraty. A reszta to bajka, bzdura i sloganik obliczony na
uspokojenie rozszalałych emocji krewnych pacjenta.
Kobieta
przygarbiła się i postarzała o sto lat. Wprawdzie miała trzydziestkę, ale z
dodatkową setką zamieniła się w staruszkę, która ślamazarnie pełznie do windy.
Spojrzy jeszcze na męża, jeśli pielęgniarki z nocnej zmiany nie opieprzą jej za
to, że budzi personel, a potem wróci do domu i usiądzie na łóżku. Może tam
dotrze do niej absurdalność zdarzeń minionego dnia.
…
Zgodnie
z moimi przypuszczeniami lampa nie zgasła przez całą noc. Ryby tłukły się po
akwarium kompletnie zdezorientowane. Dla nich światło oznacza dzień i
aktywność, więc prędzej zdechną z wycieńczenia, niż porzucą swoje zajęcia,
których nie mają znów tak wiele. Żarcie, bzykanko i wydalanie. Ewentualnie
okazjonalny kanibalizm, gdy któraś z samic gupika urodzi młode. Powoli
docierała do mnie beznadziejność położenia. Jak mam przekazać żonie, że tkwię
uwięziony w ciele płomiennie czerwonego gupika w naszym akwarium? No dobra,
chwilowo miałem inne zmartwienia. Do jaskini podpełzł rak i właśnie zapuszczał
wąsy do środka. Spanikowany glonojad czmychnął pod warstwę piasku i
najwyraźniej próbował zrobić podkop, a ja zamarłem pod powałą i gorączkowo
myślałem nad sposobem wydostania się z pułapki.
Jedyną
rzeczą, jaka przyszła mi do głowy była próba wprowadzenia przeciwnika w błąd.
Chwyciłem w usta kilka ziarenek piasku i nadymając skrzela wyplułem je w stronę
ciekawskich wąsów. Rak na chwilę stracił orientację, więc omijając go z lewej
wystrzeliłem ze skorupy orzecha w stronę filtra. Miałem nadzieję, że tam uda mi
się choć na chwilę schronić przed tym cholernym żarłokiem. Jak cudu
wyczekiwałem chwili, gdy moja żona pojawi się w końcu w kuchni. Tymczasem
dryfowałem skulony w centymetrowej szczelinie pomiędzy szybą a tylną ścianą
filtra.
…
Najgorsze
są chwile, gdy się budzisz i na otumaniony, spowolniony mózg zwala się
niepojęty ciężar zdarzeń minionego dnia. Żona otworzyła oczy. Błękitna zasłona
wydymała się delikatnie w porannym, wiosennym powietrzu. Chwilę później kobietę
dopadło wspomnienie męża leżącego nieruchomo na białej terakocie. Wstała i apatycznie
poczłapała do łazienki. Lustro pokazało tę samą trzydziestoletnią staruszkę,
która wczoraj snuła się po szpitalnych korytarzach. Kobieta narzuciła na plecy
szlafrok i powlokła się do kuchni. Widok białych płytek podłogowych osadził ją
w progu. Stała niezdecydowana czy ma wejść i jak gdyby nigdy nic zaparzyć sobie
kawę, czy raczej wycofać się do przedpokoju i tkwić tam, aż nadejdzie koniec
świata. To dziwne, ale rzut oka na rozświetlone akwarium pomógł jej podjąć
decyzję. Przekroczyła próg i zgasiła jarzeniówkę. Po chwili namysłu włączyła ją
ponownie i uniosła klapkę. Nasypała szczyptę pokarmu i skierowała się w stronę
czajnika.
…
Gdy
moja żona wsypała pokarm, gupiki zwariowały, a woda się zakotłowała. Powyższym
emocjom towarzyszyło kolektywne oddawanie stolca, który serpentynami odrywał
się od rybich dupek i łagodnie osiadał na piasku. Nic mnie tak nie wkurwiało
jak czyszczenie dna z rybich odchodów i za każdym razem zastanawiałem się,
dlaczego człowiek kontroluje, kiedy się wypróżnia, tak samo koty, psy i
większość stworzeń, a ryba wali pod siebie i nawet o tym nie wie. A może wie,
tylko ma to gdzieś. Przywarłem do przedniej ściany akwarium i patrzyłem na
żonę. Plecy otulone białym szlafrokiem nachyliły się nad kuchenką i po chwili
wyprostowały. W czajniku grzała się woda, a ogromna postać mojej małżonki
zbliżyła się ponownie do akwarium.
-
Jedzcie – powiedziała głaszcząc szybę. – Ja nie mogę.
Przypadłem
do zarysu jej dłoni, ale taką sztuczkę zna większość regularnie karmionych
rybek, więc nie wzbudziłem w żonie nawet cienia zainteresowania. Wyszła z
kuchni i podejrzewam, że wybierała się do szpitala by odwiedzić moje ciało.
Niedługo
minie doba od momentu mojego uwięzienia, a ja nadal nie mam pojęcia jak się
stąd wydostać. Co więcej, zagrożenia znam wyłącznie z teorii, bo jestem zbyt
tchórzliwy, by zbadać całe środowisko. Opieram się tylko na obserwacji z
zewnątrz, ale jak się okazuje to zdecydowanie zbyt mało.
Skorupa
kokosa najwyraźniej nie była bezpiecznym schronieniem, a siedzenie za filtrem
nie popychało akcji ratunkowej do przodu. I jeszcze ten rak, skurwysyn. Żona
się uparła, żeby go kupić. Ładny taki, mówiła, niebieski i taki samotny w tym
sklepie! Kupiłem, co miałem zrobić? Przełknąłem nawet to, że chamidło ze sklepu
bez mrugnięcia okiem wcisnęło mi polskiego raka, który rzekomo przyleciał
specjalnie dla mnie z Tajlandii i zainkasowało 150 złotych polskich.
Wylazł
właśnie ze swojego kąta i niespiesznie usiadł koło mojej ulubionej roślinki. Z
godnością zignorował tabletki specjalnie dla niego kupionego pokarmu (50
złotych!) leżącego w zasięgu otworu gębowego. Niespiesznie uchwycił młody
listek Anubiasa i odciął. Myślicie, że zjadł? A skąd! Poszatkował i wypuścił.
Schowałem się za stertą fantazyjnie ułożonych czerwonych kamieni. Można powiedzieć, że miałem tam względny spokój. Stanowczo
odganiałem napalone samice, które co jakiś czas naruszały spokój mojej samotni.
Byłem przekonany, że jako wyższy gatunek nie mam prawa ulec pierwotnym,
prymitywnym instynktom. Poza tym – zdradzić żonę z samicą gupika? Niedorzeczne
i nienormalne.
Nie
ukrywam, że z każdą chwilą moja osobowość podlegała degeneracji. Nie czarujmy
się – tkwiłem w akwarium. Na miłość boską, czy taki wariant życia komukolwiek
się choćby przyśnił? Śmiem twierdzić, że nawet Hitchcock nie wymyślił czegoś
tak idiotycznego. Ogarnęła mnie rezygnacja. Pewnie poddałbym się i wskoczył do
filtra, by ten przemielił mnie na łuski, gdyby nie Bogdan.
…
-
Funkcje życiowe są bez zarzutu – powiedział lekarz, ten sam, który kiedyś
uporczywie myślał o tym, czy w toalecie na pierwszym piętrze jest papier
toaletowy.
Gwoli
ścisłości – nie było, ale przezorny lekarz zawsze nosi przy sobie gaziki.
- Co
więc mu dolega? – zapytała kobieta.
- No
więc konsylium orzekło, że pacjenta trzeba skierować na kolejne badania i …
- Jakie
konsylium? W jakim składzie? Kto orzekł? Poproszę o nazwiska!
- Ale
proszę się uspokoić! – wrzasnął, zdecydowanie niespokojny lekarz.
-
Zadałam panu pytanie i czekam na odpowiedź!
- Ja
nie muszę z ogóle z Panią rozmawiać, więc żegnam! – Uczeń Hipokratesa nadął się
i odszedł.
Żona
patrzyła przez chwilę w głąb korytarza, za którego rogiem właśnie znikał
łopoczący, fartuch jej rozmówcy.
- A
pies cię srał – wyszeptała i obróciła się na pięcie.
Z
pewnymi wyrzutami sumienia opuszczała szpital i zostawiała w nim męża, ale po
rozmowie z debilem, którego z nieznanych jej powodów ktoś mianował doktorem,
nabrała pewności, że jedynie medycyna niekonwencjonalna coś tu pomoże.
Pod
Wyszkowem, w otulinie puszczy Białej mieszkała pewna babka. Pekaes odchodził z
Dworca Wileńskiego o 16.45. Żona podała kierowcy dychę i bohatersko wkroczyła w
świat spoconych pracowników sezonowych. Droga, zakorkowana i pełna kolein
doprowadziła autobus do skrętu z białostockiej na Długosiodło. Po obydwu
stronach szosy rozpościerał się las. Kobieta wyskoczyła na pobocze i rozejrzała
się. Zrobiło się dość późno i właśnie zapadał zmierzch. Droga znikająca w lesie
za przydrożnym zajazdem sprawiała całkiem niezłe wrażenie. Gdzieś tam, za
kolejnym zakrętem znajdowała się miejscowość, której próżno było szukać na
mapie. Ba! Nawet Google Maps głupiały, gdy wpisywano nazwę owej wioski. Jedyną
historyczną wzmianką o osadzie było rzekome uzbrojenie dachów w blachę na
okoliczność przejazdu Towarzysza Gierka trasą białostocką. Plotki z połowicznym
pokryciem w rzeczywistości.
No
fakt, pojawiło się w wiosce kilku miastowych, coś tam pomierzyli, pomamrotali i
za kilka tygodni do wsi wjechały cztery fury pełne zrolowanej blachy. Fachowcy
wyskoczylio z szoferek i szybko poprzycinali surowiec. Ten z kolei został
sprawnie zamocowany na północnej stronie dachów, skutecznie przesłaniając
strzechę. Można uznać, że towarzysz Gierek, jeśli rzeczywiście przejechał trasą
białostocką tuż za ruskimi czołgami, spuchł z dumy na widok kwitnących
nowoczesnym budownictwem komunistycznych włości.
Jednak
kobieta, przedzierając się z trudem pomiędzy krzakami dzikich malin, zupełnie o
tym nie myślała. Miała świadomość, że zboczyła z głównej drogi, ale coś
ciągnęło ją w zarośla, a instynkt podpowiadał, że zmierza wprost do chałupy
babki. Spod nóg wyprysnął jej z przeciągłym miauknięciem spasiony, czarny
kocur. Na wprost, nieznacznie zamaskowana gałęziami sosen majaczyła drewniana
chałupa. W dwóch, niewielkich oknach widać było poblask płonącego w środku
ognia. Kobieta skradała się bezszelestnie po wilgotnym mchu. Gdy drzwi
otworzyły się przed nią z przeciągłym skrzypieniem, zamarła, ale po chwili
ruszyła brawurowo do środka.
…
Bogdan
sprawił, że w moje rybie ciało ponownie wstąpił duch człowieka, którym przecież
ciągle byłem, ale coraz częściej o tym zapominałem. Z dużym trudem odpierałem
awanse samic i zaczepki głodnych samców. Od trzech dni mojej żony nie było w
mieszkaniu. W tym czasie wykorzystywałem liście, by schodzić z oczu rakowi. W
kuchni nic się nie działo. Gupiki nadal kłębiły się pod otworem pokrywy. Żarcia
nie było, ale po ostatnim karmieniu, tuż przed tym, zanim moja żona przepadła,
pokrywka została krzywo położona. Dla ryb, owa szczelina oznaczała, że zaraz
sypną jedzenie, więc trwały na posterunku od kilkunastu godzin. Ja wiedziałem,
że nic z tego. Żona wyszła i najwyraźniej nie miała zamiaru prędko wrócić.
Kuląc
płetwy przytuliłem się do kamienia i kalkulowałem siłę skoku. Gdybym się dobrze
postarał, to może uda mi się wyskoczyć na pokrywę. To powinno wystarczyć.
Zdechnę z braku wody i skończę tę bezsensowną szamotaninę.
Wystartowałem
z samego dna i machałem ogonem jak oszalały. Zbliżając się do powierzchni
zmobilizowałem wszystkie siły. Niepotrzebnie.
W
chwili, gdy wyskoczyłem, coś pacnęło mnie w głowę.
Mucha.
Mały śmierdziel i gównozjad wpadł w moją trajektorię lotu i unicestwił próbę
samobójczą. Opadłem ze stęknięciem pod lustro wody. Mucha nic sobie z tego nie
robiąc usiadła na wewnętrznej stronie pokrywy, zaledwie kilka milimetrów ponad
zwierciadłem wody.
- Pan
pozwoli, że się przedstawię, Bogdan hrabia Lubomirski – zabzyczała mucha.
-
Bardzo mi miło, Krzysztof, obecnie gupik – odparłem, ledwie opanowując
wściekłość.
- Wiem,
wiem i współczuję koledze – odparł.
-
Dziękuję.
Tylko
to przyszło mi do głowy. Coraz mocniej odczuwałem w niewielkim i filigranowym
układzie kostnym napór ludzkiego mózgu. Rybia fizjologia zwyczajnie tego nie
wytrzymywała. Z każdym dniem coraz trudniej było zebrać myśli i dręczyły mnie
koszmarne migreny. Mucha podająca się za hrabiego była elementem, który
zdecydowanie wymykał się poza ramy.
- Długo
tu Pan siedzi? – zagaił hrabia.
-
Cztery doby, co daje…
-
Dziewięćdziesiąt godzin piekła. Współczuję, ale muszę po namyśle przyznać, że
do rekordzistów Panu daleko.
- A
Pan? – zapytałem nerwowo trzepocząc płetwą ogonową.
- Ach!
Przyjacielu! – zabzykał Hrabia z egzaltacją. – już ponad miesiąc tułam się po
Warszawie w tej pożałowania godnej postaci.
- Ale
jak to się stało? – wtrąciłem niecierpliwie.
-
Normalnie, drogi przyjacielu. Miałem nieszczęście nawiązać niepożądany kontakt
wzrokowy z muchą, która nieszczęśliwie wylądowała na moich blinach. Chcąc
służbie oszczędzić fatygi osobiście pstryknąłem to nieszczęsne stworzenie w
skrzydełka. I to był błąd. Zaplątała się nieboga w ziarnach kawioru i spojrzała
z wyrzutem, ociężale machając skrzydełkami.
A po chwili …
-
Zassało Pana? Takie dziwne uczucie kurczenia się pod skórą…
- I ten
niewyobrażalny pisk, chce się aż rękoma uszy zatkać …
- Ale
nie można, bo te są już płetwami …
-
Skrzydełkami gwoli ścisłości. – doprecyzował hrabia Bogdan i fachowo zabzyczał
. – Ale o czym to ja mówiłem?
- O
kawiorze.
- No
tak, tak. Więc spanikowany oderwałem skrzydła od kawioru i w swej przytomności
umysłu podfrunąłem na pobliski żyrandol. A moje ciało, dobrze z tej perspektywy
widoczne zaczęło zachowywać się w sposób całkowicie kompromitujący członka
rodziny, która męstwem wsławiła się w czasie bitwy …
- Ciało
upadło? Pogrążyło się w śpiączce? Zamknięte oczy i delikatne, prawie
niezauważalne trzepotanie dłoni? – przerwałem niecierpliwie.
-
Niezauważalne? Drogi przyjacielu – zabrzęczał hrabia – moje biedne, opanowane
przez owadzi móżdżek ciało zaczęło gwałtownie machać rękoma, najwyraźniej w
nadziei na wydostanie się z restauracji drogą powietrzną. Muszysko, nie rozumiejąc,
że coś się zmieniło, zaczęło w panice miotać się po restauracji i tłuc
wszystko, co stanęło jej na drodze. Potem obezwładnili ją kelnerzy, ktoś wezwał
pogotowie. Wpadli, w kaftan owinęli, nawet się jakiś paparazzi trafił i zdjęcie
zrobił.
-
Poleciał pan za ciałem?
-
Próbowałem, ale zgubiłem karetkę tuż za Puławską. Jakiś wróbel mnie wypatrzył i
musiałem się salwować ucieczką do pobliskiego sklepu mięsnego, gdzie w obecnej
postaci nie byłem zbyt mile widziany. – Hrabia Bogdan umilkł zatapiając się w
dramatycznych wspomnieniach.
-
Rozumiem – wypełniłem po chwili ciszę, przerywaną wyłącznie pluskiem wody
lejącej się z filtrów. - U mnie było zwyczajnie. Padłem w kuchni na terakotę,
żona zawołała pogotowie, przyjechali, zabrali i tyle.
- A wie
Pan, dokąd Pana zawieźli? – zapytał hrabia.
-
Pewności nie mam, ale myślę, że do szpitala rejonowego – odparłem. – Zresztą,
cóż to ma za znaczenie?
- Wbrew
pozorom jest to szalenie istotna informacja, drogi Panie. Zapewne Pan wie, że
nasze godne pożałowania położenie nie jest przypadkiem beznadziejnym i …
- Chce
Pan przez to powiedzieć, że zamianę można odwrócić? – przerwałem mu niezbyt
grzecznie.
- Otóż
podobno można, co w sumie byłoby logiczne, aczkolwiek w dostępnej literaturze
medycznej nie znajdzie Pan opisu jakiegokolwiek przypadku inwersji wtórnej,
choć z pewnością wiele przypadków rzekomych udarów, czy też nagłego obłąkania
doskonale pasuje do objawów towarzyszącym inwersji pierwotnej.
-
Inwersji?
- Od
łacińskiego inversio, czyli zamiana – wyjaśnił hrabia uprzejmie. – To
niezmiernie ciekawe, bowiem pierwsze zapiski, jeszcze z czasów Imperium
Rzymskiego w których owo sformułowanie się pojawia w niewyjaśnionym dla
czytelnika kontekście, mogą oznaczać, że zjawisko nie jest czymś nowym i
powiedzmy związanym z jakimiś mutacjami, zatruciem, czy nadmiarem telewizji ...
- …
lecz jakimś starym procesem, któremu nie my pierwsi ulegliśmy. – dokończyłem.
-W
istocie, do podobnych wniosków doszedłem pomieszkując w Bibliotece Narodowej.
Tam też studiując wszelką dostępną literaturę próbowałem ustalić dokąd trafiło
moje ciało.
- No a
nie mógł pan wpisać w Google? – zapytałem.
- Drogi
panie Krzysztofie! Mucha waży setne części grama. Gdybym się nawet spod sufitu
rozpędził w celu natarcia na konkretne klawisze, jedyne co bym tym sposobem
zyskał, to trwałe uszkodzenie skrzydeł, przylg i wyjątkowo delikatnego
szkieletu.
- Czy
jest dla nas jakikolwiek ratunek?
- Otóż
niewykluczone, że jest. Jeśli moje badania mają pokrycie w rzeczywistości i,
jeśli rozumiem grekę oraz łacinę w dostatecznym stopniu, to ponowne nawiązanie
kontaktu wzrokowego powinno odwrócić proces.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz