Zaczyna się niewinnie i nic nie wskazuje na to, że opatrzność zawiedzie
głównego bohatera do złowieszczo gotyckiego domu na końcu świata. Domu – spadku
po nieznanym krewnym. Jak mawiają, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda,
ale w tym konkretnym przypadku Konrad, czyli właśnie wzmiankowany bohater,
wpadł po uszy, i jeśli już koniecznie mamy się trzymać stomatologicznej
terminologii, wszedł w paszczę domu, gdzie nic nie jest normalne.
I cóż zastał w środku?
Jeśli spodziewaliście się zakurzonych mebli i gęstych pajęczyn, to
spieszę drogich czytelników rozczarować. Wnętrze domu, choć mocno złowieszcze i
staromodne w wystroju, jest wychuchane, czyściutkie i swojsko pachnie
wypiekanymi przez pradawnego potwora kruchymi ciasteczkami. Za serwis
sprzątający robi ONO, czyli Licho, prawdziwy anioł z alergią na pierze ze
swoich skrzydełek. Po domostwie plącze się jeszcze niezmiernie romantyczny
panicz Szczęsny, a raczej widmo, które zostało po nim, gdy w siedemnastym roku
życia palnął sobie z dubeltówki w łeb pośród malowniczej scenerii zagonu
kapusty. Z miłości sobie palnął, gwoli ścisłości.
Oprócz dobrodziejstwa metafizycznego inwentarza Konrad przejmuje także
drobiazg futrzany, czyli kota i niezwykłego królika, a przy okazji zawiera
znajomość z panem Kusym, etatową złotą rączką w gotyckim domu zwanym Lichotką.
A teraz będę chwalić i wytykać.
Najpierw wytknę, co wytknąć należy, i będziemy mieć z głowy. Akcja,
intrygi, zaskakujące momenty. Niewiele tu tego. Cztery opowiadania o Lichotce
toczą się leniwie, bez spektakularnych fajerwerków i pogryzionych nerwowo
paznokci czytelnika (przez czytelnika). Wgniatającej w fotel puenty też tu nie
znajdziemy.
Wytknięte zostało, ale jak się okazuje, leniwe tempo zdarzeń może mieć pozytywne strony, nie znajdziecie bowiem wielu innych pozycji literackich, w których nastrój, obrazy, dźwięki i smaki wylewałyby się kaskadami z kolejnych stronic. Ileż tu życia, plastycznie przedstawionych charakterów i wysublimowanego języka w najlepszym gatunku. A dowcipu na kopy.
Wytknięte zostało, ale jak się okazuje, leniwe tempo zdarzeń może mieć pozytywne strony, nie znajdziecie bowiem wielu innych pozycji literackich, w których nastrój, obrazy, dźwięki i smaki wylewałyby się kaskadami z kolejnych stronic. Ileż tu życia, plastycznie przedstawionych charakterów i wysublimowanego języka w najlepszym gatunku. A dowcipu na kopy.
No i Licho. Z autorskiego rozkazu rodzaju nijakiego, choć bynajmniej
nijakie nie jest. Mikrego wzrostu i poczciwego usposobienia przypomina naiwnego
dzieciaka o niezłomnej (czasem opacznie rozumianej) lojalności.
Anioł mówi: zrobiłom, zepsułom, oparzyłom, posprzątałom i okrasza
entuzjastyczne wypowiedzi wdzięcznym „alleluja!”.
Niewykluczone, że wkrótce profesor Miodek poprowadzi prelekcję na temat
zmian w zastosowaniu rodzaju nijakiego w języku polskim.
Czego Wam, przyszłym i obecnym fanom Marty Kisiel z głębi serca życzę.
Marta Kisiel
Dożywocie
Fabryka Słów 2010
Stron: 369
Cena: 31,90
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz