Wyjrzałem
ostrożnie zza liści i badałem dno. Wyczuwałem jakąś nieuchwytną zmianę w
otoczeniu i dopiero po chwili zorientowałem się, że w przedpokoju zapaliło się
światło. Moja żona wróciła. Rzuciłem się w stronę mojej wypisanej czarnymi
kamyczkami wiadomości. Zniknęła!, zostały po niej wyłącznie żałosne sterty
żwiru. Za moimi plecami rozległ się szyderczy rechot, więc odwróciłem się
gwałtownie i stanąłem oko w oko z tym porąbanym skorupiakiem. Nienawiść stłumiła
racjonalne myślenie, nawet się nie zdziwiłem, że rak potrafi się śmiać i do
tego złośliwie.
-
Zabiję cię! – wrzasnąłem i, nie zważając na zdecydowanie większe gabaryty
przeciwnika, ostro natarłem.
-
Chciałbym to widzieć – odezwał się rak zblazowanym głosem.
Zdumienie
osadziło mnie w miejscu. Przełknąłem siebie w roli gupika, zaakceptowałem
hrabiego muchę, ale gadający rak? Mój rak? Ten sam, za którego zapłaciłem 150
złotych w sklepie akwarystycznym? Wtedy właśnie zrozumiałem, że to wszystko mi
się śni i za Boga nie mogę się obudzić. Paradoksalnie, z punktu poprawił mi się
nastrój. W końcu skoro to wszystko nie dzieje się naprawdę, to nic mi nie
grozi.
- Od
kiedy to skorupiaki potrafią gadać? A jeśli potrafią gadać, to może niech taki
jeden idiota odpowie mi łaskawie, co mu przeszkadzał mój napis na piasku? –
zapytałem wobec tego agresywnie i bez cienia strachu w glosie.
-
Siedzę w tym tak samo jak ty, baranie – skomentował, niezupełnie odpowiadając
na zadane pytania. – Tylko, że ty możesz się stąd wyrwać, a ja nie mam szans!
To se razem posiedzimy – zarechotał ponownie.
Porażony
absurdem sytuacji parsknąłem śmiechem a z moich rybich ust posypały się
perliste bąbelki. Do mojego boku łasiła się samica, naprzeciw mnie stał rak i
właśnie ogłaszał, że także jest ofiarą inwersji bez szans na powrót do własnego
ciała, a do tego rybia brać właśnie wzmogła kotłowaninę w okolicach uchylonej
pokrywy. Do kuchni weszła moja żona i pochyliła się zaglądając do wnętrza
akwarium. Przez chwilę patrzyła uważnie a potem sypnęła do środka szczyptę
pokarmu. Gupiki zwariowały.
-
Jesteś tu? – zapytała moja żona.
Zdębiałem
i podpłynąłem do samej szyby a wraz ze mną cała banda ryb. Nie dało się ich
odgonić. Niczym się od nich nie odróżniałem. Chciałem dać żonie jakiś znak, ale
nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
- Chyba
kompletnie zwariowałam – powiedziała, gasząc jednocześnie światło w moim
więzieniu.
Po raz
pierwszy od chwili gdy tu utknąłem wodę spowił mrok. Kompletnie zdezorientowany
tłukłem się pomiędzy roślinkami, po omacku próbując trafić do swojej kryjówki.
- Nie
chcesz wiedzieć kim jestem? – głos dobiegł z niebezpiecznie małej odległości.
Wzmogłem
czujność i nie zaryzykowałem odpowiedzi. Po cichu wycofałem się pod pierwsze
zarośla, o jakie otarł się mój ogon.
- Wiem gdzie
jesteś, przede mną się nie ukryjesz – rak ewidentnie się nudził.
Kuźwa,
czym ja sobie zasłużyłem na to wszystko? Jakby wszystkiego było mało, mój
prześladowca widzi w ciemnościach, podczas gdy ja jestem ślepy jak kret?
- Otóż
musisz wiedzieć, że jestem ważnym politykiem i swoją obecną postać zawdzięczam
niefortunnemu spotkaniu podczas próby zjedzenia obiadu.
Nawet
najlżejszym szmerem nie zdradzałem swojej lokalizacji. Wzmianka o polityku
dodatkowo wzmogła moją czujność.
- To
było w Tajlandii. Podszedł do stolika taki jeden kitajec, czy jak mu tam i
zaciągnął mnie do akwarium. Przykucnąłem, zajrzałem i po chwili siedziałem już
w środku. A moje ciało padło jak długie, zresztą dokładnie wiesz jak jest, więc
co ci będę gadał. Co z nim dalej zrobili, to już nie wiem. Ja natomiast
uratowałem się cudem. Pewnie skończyłbym na kupce ryżu, ale następnego dnia do
knajpy przyszła grupa nawiedzonych akwarystów, takich łowców gatunków. Ich
także kelner cholerny powiódł przed szybę i wtedy jeden z nich wskazał na mnie
palcem i zaczął gorączkowo coś tam gadać. Chyba po angielsku gadał, bo nic nie
rozumiałem, ale przeżegnałem się szczypcami, bo poczułem, że mój czas się
kończy i zaraz wyląduję we wrzątku. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło.
Zapakowali mnie w foliowy worek i wręczyli temu gościowi. Ten sprzedał mnie
innemu kolesiowi i dalej już poszło. W końcu trafiłem do akwarystycznego w
którym mnie kupiłeś.
Na
swoje nieszczęście najwyraźniej, pomyślałem i bezszelestnie odpłynąłem głębiej,
do samego systemu korzeniowego rośliny.
- Nie
mam pojęcia, gdzie jest moje ciało. Pewnie zostało w Tajlandii – głos raka
przeszył nocną ciszę akwarium.
Nie
odpowiedziałem. Siedziałem przy korzeniu i nasłuchiwałem. Cisza, której tłem
był kojący szmer brzęczyka podziałała usypiająco nie tylko na mojego
prześladowcę. Odpłynąłem i śniłem.
Wstałem z fotela i przeciągnąłem się. Żona,
zwinięta w kłębek na kanapie oglądała jakieś pierdoły w telewizji. Miałem na
dzisiaj dość komputera. Poszedłem do kuchni po piwo.
- Nakarm ryby, dobrze? – zawołała żona z
pokoju.
Otworzyłem butelkę i postawiłem ją na
kuchennym blacie. Z szafki wyjąłem opakowanie wybitnie śmierdzącego żarcia dla
ryb. Wsypałem odrobinę do akwarium i usiadłem na stołku. Lubiłem podglądać
wodne życie zamknięte w szklanym więzieniu.
Pomiędzy gupiki wpadł rak, cholerny pasożyt i
destruktor. Ryby rozpierzchły się na boki, ale jeden młody samiec nie zdążył.
Niebieski skorupiak chwycił go szczypcami a ryba wiła się rozpaczliwie. Słuszny
gniew we mnie zagrał i wsadziłem rękę do wody. Bacznie śledząc sytuację w
akwarium manewrowałem dłonią, by uchwycić cholernika. Gdy w końcu go
unieruchomiłem, ten wyciągnął w stronę szyby wijącą się rybę. W jej oczach
widać było strach i cierpienie.
Koszmar
ma to do siebie, że kończy się gwałtownym przebudzeniem. Wzdrygnąłem się i
zassałem ogromną masę wody w próbie krzyku. Właściwie dobrze się stało, że z
moich rybich ust nie wydarł się żaden dźwięk, bo dzięki temu uchwyciłem strzęp
wielce interesującego dialogu.
-
Wczoraj mu powiedziałem, chyba mocno nim wstrząsnęło – szeptał rak.
- Czyli
wszystko przebiega według planu? – zabzyczał dyskretnie Bogdan.
-
Zgadza się.
- Mam
nadzieję. Ściągnięcie go do środka zajęło nam dwa tygodnie. Nie wiem jak ty,
ale ja czuję, że mucha nie dożyje jesieni. Kończy mi się czas.
- Rak
chyba też młody nie jest, a do tego żona gupika ma teraz inne sprawy na głowie
i nie czyści filtrów.
- Nie
narzekaj, dobrze? To jest element planu, jakoś to przeżyjesz. Chłoptaś jest już
nasz. Dobrze, że ten napis mu zniszczyłeś.
- No a
co miałem zrobić? Nie może uciec za wcześnie. Najpierw musimy mu pokazać, że
bez nas nie da rady uciec.
-
Trzymaj rękę na pulsie. Ja wrócę koło południa. – zabzyczał mucha i odleciał.
Moje
myśli galopowały. W niepojęty dla mnie sposób te dwa sukinsyny obserwowały mnie
przez ostatnie tygodnie i uknuły dziwaczny spisek. Mamy być ich sposobem na
ratunek. Musiałem robić dobrą minę do złej gry. Jeśli będę spektakularnie
naiwny, wówczas kochani koledzy uczynią wszystko żebym uciekł. Oczywiście w
nadziei, że z wdzięczności odnajdę ich ciała. Gwoli ścisłości gazety czytam
regularnie i wiem, że ciało polityka sprowadzono do kraju. To jednak był ten
wycinek wiedzy, którym zdecydowanie nie zamierzałem się dzielić ani ze
skorupiakiem, ani ze zdradzieckim muchą. Podejmując decyzję wypłynąłem
spomiędzy liści. Rzut oka na lekko rozmyty z tej perspektywy ścienny kalendarz
wskazywał, że właśnie w bólach szarego świtu rodziła się sobota. Żona z
pewnością spała. Rozkosznie zaróżowiona, zakopana w satynę kołdry. To dawało mi
czas na działanie.
- Ej! –
krzyknąłem w stronę jaskini skorupiaka.
-
Czego? – odpowiedział, nieudolnie symulując głos wyrwanego ze snu niewinnego
raka.
-
Słuchaj, może jakoś sobie pomożemy?
Rak
wyszedł przed chałupę i rozpostarł imponujące cielsko na piasku. Jego wąsy,
dłuższe niż cały odwłok nieprzerwanie skanowały dno.
- Co
proponujesz? – zapytał.
-
Znajdę twoje ciało, tylko pomóż mi stąd wyjść – wypaliłem.
Durny
polityk najwyraźniej właśnie na to czekał.
- Wiesz
kim jestem? – zapytał.
- No
pewnie, w mediach podawali relacje z wyjazdu posła z ramienia …
-
Dobra, dobra. Cicho – wrzasnął rak. – Sprawdzisz wszystko w googlach, tak?
-
Wszystkiego się dowiem, nie przejmuj się. Jest tu jeszcze taka mucha … -
zawiesiłem wyczekująco głos.
-
Mucha? Jaka mucha? – zapytał niewinnie polityk w chitynowym pancerzyku.
- No
hrabia Bogdan, też zamieniony, tyle że w muchę. Musiałeś słyszeć nasze rozmowy
– wyjaśniłem chytrze.
- A coś
tam bzyczało, ale nie mam w zwyczaju podsłuchiwania, więc wybacz …
Jasne!,
pomyślałem. Nie masz w zwyczaju tak jak ta cała twoja partia. A nie nagrywałeś
tylko dlatego, że nie miałeś na czym.
- No
tak – odparłem. – To może zreferuję w skrócie przebieg naszych rozmów. Hrabia
Bogdan tkwi w ciele muchy już ponad miesiąc i niefortunnie nie ma pojęcia,
gdzie zostało ulokowane jego własne ciało. Odkrył sposób jak odwrócić inwersję
i …
-
Inwersję? – wtrącił obłudnie rak.
-
Inwersja to zamiana tożsamości – starałem się zachować neutralny ton. – Dlatego tu jesteśmy, ale jeśli będziemy
współpracować, to wydostaniemy się z tego wszyscy trzej.
- Skąd
to przekonanie? – polityk podetkał sobie do otworu gębowego świeżutki liść
mojego bezcennego Anubisa i zaczął go beznamiętnie przeżuwać.
-
Ponieważ jako jedyny wiem, gdzie jest moje ciało, prawda? Wystarczy skomunikować
się z moją żoną, ale jeśli będziesz psuł moje wiadomości, to raczej nic z tego
nie wyjdzie! – odparłem z mocą.
-
Bracie! – wrzasnął z entuzjazmem rak – Pomożemy!
Czując
się jak na wiecu partii uśmiechnąłem się krzywo i wróciłem do konstruowania
napisu. Po chwilę na piasek wytoczył się fałszywy skorupiak i zaczął popychać
na środek czarne kamyczki. Praca zajęła nam mniej więcej dwie godziny, ale
efekt był imponujący. HELP było jeszcze wyraźniejsze, ułożone z podwójnego
rzędu kamyków. Żona musiała to zauważyć.
Z
rozgłośnym bzyczeniem nadciągnął hrabia i przysiadł na skraju pokrywy.
- Ach
przyjacielu, cóż moje oczy widzą! – eksplodował egzaltacją.
-
Witamy! – odparłem, uzbrajając się w czujność.
-
Powinszować napisu.
- Nie
tylko moja w tym zasługa. Proszę pozwolić, że przedstawię pana Stanisława..
-
Uszanowanie! – wtrącił się rak.
- Pan
Stanisław, poseł z … - z całych sił grałem głupka.
-
Niezmiernie jestem rad z tej znajomości! – znów wciął się polityk.
- Ja
również i pozwolę sobie wyrazić swoją radość widząc panów poczynania. –
zabrzęczał Bogdan.
-
Myślę, że to powinno zadziałać i wkrótce wszyscy trzej znajdziemy się w
zupełnie innych okolicznościach – skorupiak akcentując słowo „zupełnie”
najwyraźniej sugerował zgrabną akcję korupcyjną.
- Ja ze
swojej strony z pewnością nie omieszkam panów ugościć w naszych rodzinnych
stronach! – Bogdan oczami wyobraźni już dekorował sale pałacu kolorami partii.
-
Myślę, że moja żona zrozumie napis, ale nie będzie wiedziała co z tym fantem
zrobić. Potrzebne będą dalsze informacje. Czy macie panowie jakieś pomysły? –
zapytałem.
- Drogi
przyjacielu! Jeśli to nie pomoże, to wypiszemy instrukcje cukrem na kuchennym
blacie, albo ponownie ułożymy informacje na piasku. Damy radę. – uspokajająco
zaszemrał hrabia.
-
Przyjaciele! – zaczął uroczyście rak i momentalnie umilkł.
Do
kuchni weszła żona. Mucha pospiesznie umknął a rak wycofał się za kamienie.
Gupiki, kompletnie nieświadome dramatyzmu sytuacji, chmarą wypłynęły spomiędzy
krzaków w nadziei na sesję karmienia. Moja kobieta włączyła światło w akwarium
i zamarła. Jej usta bezgłośnie się poruszały. Bez trudu wyczytałem swoje imię.
Żona próbowała przeniknąć wzrokiem wnętrze i mnie namierzyć. Po chwili poddała
się z westchnieniem zawodu i nasypała szczodrą porcję żarcia. Wyszła, gasząc
uprzednio światło. Gdybym miał się zakładać, to powiedziałbym, że pojechała do
szpitala. Miałem nadzieję, że po moje ciało.
- Więc
może ktoś w końcu mi powie, jakie są rokowania? – wycedziła żona Krzysztofa z
całych sił powstrzymując krzyk.
Lekarz
- student właściwie, taki młody dupek, któremu już zdołano wszczepić rozbuchaną
godność osobistą w miejsce wiedzy - wzruszył arogancko ramionami. Gwoli
ścisłości, spędził cały dzień na kuciu
łacińskich cytatów, bez których nie da się parzyć kawy docentom. W efekcie nie
widział żadnego pacjenta, a już z pewnością faceta o którego pytała kobieta.
-
Rokowania są pomyślne! – zełgał na poczekaniu.
-
Czyli?
Ze
skrzypieniem przedwojennych łożysk środkiem korytarza przetoczył się wózek
kuchenny. Porcje parówek, oblepione nabytym w niedogrzanym korytarzu tłuszczem,
łypały filuternie.
Kobieta,
przełykając dzielnie kompletny absurd podawania zapakowanej w podłużne folijki
siekanki ścięgien, oczu i mózgów osobom na ścisłej diecie, zmiażdżyła
pogardliwym spojrzeniem gówniarza w szarawym kitlu. Gnój nadawał się do
pożarcia i zjadliwej notki w Fakcie, ale paradoksalnie miał głos decyzyjny w
sprawach życia i śmierci. Zwłaszcza tego drugiego. To sprawiło, że zmusiła
twarz do przybrania wyrazu łagodnej zadumy i oczy do cielęcego spojrzenia,
które miało zasygnalizować durniowi, że jest boski, mądry i wspaniały, a mała
kobietka niczego nie rozumieć i kochać mądry pan doktor z młodzieńczym
trądzikiem.
- Czy
męża można teraz odwiedzić? – zapytała aksamitnym głosem.
- Nie
widzę przeciwwskazań – zagulgotał, choć nie miał pojęcia o kim mowa. Jak mu
starsi koledzy tłumaczyli, fakt opieki nad oddziałem to sprawa umowna, a
pacjentów świetnie doglądają pielęgniarki.
Żona
Krzysztofa bez słowa wyminęła młodego debila, który wkrótce będzie debilem w
średnim wieku a jedyną różnicą między nimi będzie tytuł naukowy tego drugiego.
Korytarz był obstawiony łóżkami z chorymi, którzy usiłowali skrywać
dolegliwości pod przykrótkimi kołdrami –
jedynym gwarantowanym przez szpital narzędziem dyskrecji. Pogodzeni z losem, co
jest eleganckim określeniem umierających, pacjenci mimowolnie obserwowali
kobietę. Ostatni dowód na istnienie prawdziwego życia poza murami umieralni.
Krzysztof
leżał dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej widziała go poprzednio. Nie
poruszał się i miał zamknięte oczy. Wsunęła dłoń pod koszulę na jego plecach,
by sprawdzić, czy nie ma odleżyn. Plecy były gładkie i mokre. Kobieta wsunęła
dłoń głębiej. Pomiędzy udami, na ceratowym prześcieradle stała kałuża moczu
wypływająca z niezmienianej od Bóg wie kiedy kaczki. Mężczyzna zatrzepotał
dłońmi i na chwilę otworzył niewidzące oczy.
…
Co
chwilę zerkałem, w nadziei, że zauważę jakiś ruch w kuchni, ale nic się nie
działo.
Rak
wylazł i usadowił się na środku kamienia. Nie komentował, żarł liście anubiasa
i od niechcenia popychał czarne kamyczki w literze H.
Milczeliśmy,
choć każdy z innego powodu.
…
Ukraść
wózek, dźwignąć Krzysztofa i wyjąć mu wcześniej te wszystkie cholerne rurki, to
była bułka z masłem. Przejście przez korytarz i próba przedostania się do windy
też nie była tak wielkim problemem. Nawet dotarcie poza teren szpitala po
wyszczerbionym podjeździe dla inwalidów było wykonalne. Zamówienie stosownej
taksówki już nie.
Po
kilkunastu nieudanych próbach, żona Krzysztofa zdarła z siebie płaszcz i
troskliwie owinęła nim ciało. Po czym pchnęła wózek w górę ulicy.
…
Zawsze
ufałem w zdrowy rozsądek mojej żony i jej racjonalne spojrzenie na świat. Byłem
pewien, że zrozumiała i próbuje mnie uratować.
- Panie
Hrabio – zagaiłem, próbując zyskać na czasie. – Zechce mi Pan opowiedzieć co
nieco o losach pańskiej szlachetnej rodziny?
Wiedziałem,
że taki haczyk nadęty mucha z pewnością łyknie.
- Ach,
doprawdy niezmiernie jestem zaszczycony, że Pan o moją szlachetną rodzinę się
dopytuje. Otóż w XII wieku nasz protoplasta Sebastian, w swej umysłu
przenikliwości żupnikiem będąc …
Bla bla
bla, pomyślałem bez grama szacunku dla protoplasty Sebastiana i niecierpliwie
zerknąłem do kuchni. Gdzieś tam, na granicy słyszalności rejestrowałem kolejne
perypetie krewniaków Bogdana. Mucha wyraźnie się rozkręcił i właśnie dochodziła
do połowy XVIII wieku. Rak trwał nieporuszony na kamieniu.
Do
kuchni zakradło się światło z przedpokoju.
…
Wtłoczenie
wózka do mieszkania nie było skomplikowane. Problem tkwił w kuchennych
futrynach, za wąskich, by swobodnie przetoczyć staromodny wózek przez próg.
Krzysztof był zbyt ciężki, by wnieść go do kuchni, więc kobieta wyjęła ze
schowka dłuto, dzięki któremu zawsze przycinali na odpowiednią grubość choinkę.
Z determinacją godną słusznej sprawy przerabiała na drzazgi oporne drewno przez
dobrą godzinę.
…
Hałas
odłupywanych futryn był ogłuszający. W wodzie głos roznosi się zupełnie
inaczej, a gwałtowne dźwięki sprawiają ból. Siedzący na brzegu pokrywy Bogdan
zupełnie tego nie dostrzegał i w swoich opowieściach właśnie docierał do połowy
XIX wieku.
Czekałem.
…
Przepchnięcie
wózka przez żałosne wspomnienie eleganckich futryn okazało się proste i po
chwili wózek znalazł się przed akwarium. Ryby jak zwykle zleciały się w nadziei
na żarcie. Kobieta podeszła i chwyciwszy ciało męża za włosy nakierowała jego
zamknięte oczy na zbiornik.
…
Odgoniłem
samice i podpłynąłem do szyby. Wraz ze mną kotłowało się kilku innych samców,
ale tym razem miałem pewność, że uda mi się wyróżnić. Trzymałem w pysku
odgryziony przez posła Stanisława liść anubiasa.
Musiała
mnie poznać.
…
Jedna z
ryb zaczęła wariować. Podpłynęła z liściem w pysku. Zataczała się pod jej
ciężarem kręcąc w okolicach filtra dziwaczne młynki. Krzysztof.
…
Za
szkłem moja żona strzeliła moje ciało z całej siły w pysk. Oczy ciała otworzyły
się w nagłym szoku i wpiły się w szybę wyrażając bezmierne zdumienie.
Schwyciłem spojrzenie i, z miażdżącym wolę życia przerażającym dźwiękiem,
poszybowałem w chwilowy niebyt.
…
Powrót
do ciała okazał się bolesnym doznaniem. Ciążenie sprawiło, że załkałem z
tęsknoty za wodą, kończyny nie chciały mnie słuchać a do tego w całym ciele
czułem ból odleżyn. Niczego nie
rozumiałem. Łacińskie źródła hrabiego nie kłamały. Dopadła mnie czasowa
amnezja.
- Jak się
czujesz? – zapytała troskliwie żona niecierpliwie odganiając muchę.
Skinąłem
głową, starając się włożyć w gest maksimum entuzjazmu.
- To
dobrze kochanie – powiedziała. – Jezu, jak mnie ta mucha wkurwia! - Moja
ukochana chwyciła gazetę i pacnęła od serca owada.
Dopiero
kilka tygodni później przypomniałem sobie, że
ową muchą był Bogdan ale pewności nie miałem, podobnie, jak nigdy bym
się nie przyznał, że byłem gupikiem.
Wkrótce
odzyskałem władzę w rękach i w nogach.
Akwarium z gupikami żona oddała sąsiadowi, ale ten całkiem głupi nie był i
stanowczo odmówił przyjęcia raka. Kiedyś, dawno temu dostałem w prezencie na
urodziny małe akwarium wyposażone w filtr i światło. Taki zestaw dla debila i
policzek dla profesjonalnego akwarysty. Zapakowałem tam skorupiaka.
Zbiorniczek ulokowałem naprzeciw
telewizora, który z upodobaniem nastawiam na debaty wyborcze. Niech i poseł
Stanisław ma coś od życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz