Wszystko zaczyna się pewnego deszczowego wieczoru, gdy do niezbyt
reprezentacyjnego biura detektywa Taylora wchodzi wystrzałowa kobieta, z
gatunku tych, które przeciętni faceci jedynie w snach widują. Kobieta wygląda
jak milion dolarów i sporo z tej puli jest w stanie zaoferować za pomoc w
odnalezieniu zaginionej córki. Rzuca sugestię, że nastolatka może przebywać w
Nightside, bo do takich wniosków doszli inni detektywi, którzy zajmowali się
sprawą. Co ciekawe, stanowczo odmawiali dalszego śledztwa. Joanna, bo tak ma na
imię bogata piękność, nie ma pojęcia, gdzie owo miejsce się znajduje. Taylor
natomiast wie, choć wolałby nie wiedzieć. Razem z kobietą schodzi do metra i
otwiera ukryte przed oczami zwyczajnych mieszkańców miasta drzwi wiodące do
zupełnie innego Londynu. Od pierwszych liter widać, że mroczne alter ego
szacownej aglomeracji to miejsce nietuzinkowe.
Zachęcona rozwojem sytuacji przygarnęłam „Coś z Nightside” i zaprosiłam na wspólną majówkę. Nawet ręce z uciechy zatarłam, wiedząc, że książka jest pierwszą z wielotomowej serii. No i się trochę rozczarowałam. Niby wszystko jest w porządku, ale…
Zachęcona rozwojem sytuacji przygarnęłam „Coś z Nightside” i zaprosiłam na wspólną majówkę. Nawet ręce z uciechy zatarłam, wiedząc, że książka jest pierwszą z wielotomowej serii. No i się trochę rozczarowałam. Niby wszystko jest w porządku, ale…
Właściwie całość się klei, potwory, sceny i pełne krwi landszafty na
poziomie, a dialogi momentami dowcipne. Narracja niezła. Trochę żal, że
nieznane światy zamknięte w szczątkowych opisach nie drażnią wyobraźni mocniej.
Kulminacyjna scena przejmująca, ale niestety dla wprawnego czytelnika
przewidywalna od kilku stron wstecz. Mimo wszystko mocna czwórka za pomysł.
Postać głównego bohatera jest nieco nijaka i pomimo sugestywnych ilustracji wciąż zmysłami ledwie uchwytna. Może taki był zamysł autorski? Nie będę się sprzeczać. Pierwszy tom serii zawsze niesie na podołku liter oczekiwanie, dlatego jestem pełna dobrej myśli, że w następnych tomach będzie barwniej, dokładniej i bardziej klimatycznie.
Postać głównego bohatera jest nieco nijaka i pomimo sugestywnych ilustracji wciąż zmysłami ledwie uchwytna. Może taki był zamysł autorski? Nie będę się sprzeczać. Pierwszy tom serii zawsze niesie na podołku liter oczekiwanie, dlatego jestem pełna dobrej myśli, że w następnych tomach będzie barwniej, dokładniej i bardziej klimatycznie.
Po lekturze miałam wrażenie, że autor chciał zbyt wielki worek pomysłów
wepchnąć do jednej historii i na wysmakowanie detali miejsca mu zabrakło.
Liczę, że w kolejnych częściach autor wyhamuje tempo i pozwoli czytelnikowi
przyjrzeć się spokojnie dziwnemu miejscu, w którym konie boją się dentysty, a w
popularnym pubie czas zatrzymał się w latach sześćdziesiątych ubiegłego
stulecia.
Inną rzeczą, która kompletnie do mnie nie przemówiła, jest ilość flaków,
krwi i bezeceństw wszelakich. Autor podjął próbę opisania świata, przy którym
Sodoma i Gomora to program edukacyjny dla przedszkolaków. Miało być ciemno i
straszno i do pewnego stopnia było, ale nie do końca. Przerazić może nawet cień
na ścianie, pod warunkiem że stworzy się w książce stosowny klimat. Green
natomiast postawił na ilość. Z każdej strony bombardują jaźń czytelnika robale,
mordercy, bandy łajdaków a nawet krwiożerczy kosmici. Po kolejnej stronie
permanentnej masakry potencjalny odbiorca zwyczajnie ma przesyt i niestraszne
mu wyprute flaki. By nie wspomnieć o tym, że opis poderżniętego gardła czyta z
kliniczną obojętnością.
Z całą mocą podkreślam jednak, że pomimo powyższych niedostatków pozycję
można polecić. Może tak troszkę na wyrost, ale warto. Jestem dobrej myśli i
czekam na następne tomy.
Aha, pochlebne słowo dla tłumacza wtrącam.
Simon R. Green
Coś z Nightside
Tłum. Mateusz Repeczko
Fabryka Słów, 2011
Stron: 215
Cena: 32,90
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz