Nie od dzisiaj wiadomo, że spektakularny debiut nie czyni z autora
pisarza. Wręcz przeciwnie – im wyżej zawiesi poprzeczkę swoim pierwszym
dziełem, tym surowiej czytelnicy ocenią kolejne.
Najmniej bezpieczne są kontynuacje, pisane nierzadko pod naciskiem fanów. Fan książki to takie podłe bydlę, oczarowane i bezkrytycznie zakochane w utworze, które po owej kontynuacji spodziewa się fajerwerków, bajerów i ogólnie wielkiego „wow!”. Fan liczy na powtórkę stanów umysłu, które przy poprzedniej lekturze zelektryzowały go do tego stopnia, że nockę zawalił przy czytaniu i do pracy zaspał.
Najmniej bezpieczne są kontynuacje, pisane nierzadko pod naciskiem fanów. Fan książki to takie podłe bydlę, oczarowane i bezkrytycznie zakochane w utworze, które po owej kontynuacji spodziewa się fajerwerków, bajerów i ogólnie wielkiego „wow!”. Fan liczy na powtórkę stanów umysłu, które przy poprzedniej lekturze zelektryzowały go do tego stopnia, że nockę zawalił przy czytaniu i do pracy zaspał.
W jaźni podłego bydlęcia, niecierpliwie oczekującego na wydanie drugiej
części ukochanego „Metra 2033”, z pewnością roiły się scenariusze, dialogi i
smaczki wątków, które ledwie zarysowane w części pierwszej kiełkowały nerwowym
oczekiwaniem na ucztę godną przygód Artema. Dodatkową podnietą umysłu były
pojawiające się w różnych miejscach Internetu informacje, że książka powstaje
przy współudziale fanów, którzy na forum i na blogu autora zamieszczali swoje
pomysły. To wszystko sprawiło, że na premierę książki „Metro 2034” pióra
Dmitrija Głuchowskiego czekałam z utęsknieniem.
Pierwsza część, „Metro 2033”, urzekła prostotą pomysłu tak genialnego,
że człowiek sobie myśli: trudno uwierzyć, iż nikt wcześniej o tym nie napisał.
Wyobraźcie sobie świat po zagładzie nuklearnej i niedobitki ludzkości
stłoczone w na wpół zrujnowanych tunelach moskiewskiego metra. Ci ludzie walczą
o przetrwanie, ale jednocześnie nie wynieśli żadnej nauki z armagedonu na
powierzchni. Nadal tworzą obozy, frakcje polityczne, stawiają druty kolczaste,
bariery i zasieki. Wzorem minionych pokoleń kultywują biurokrację i bawią się
cierpieniem braci w niedoli. Z jednej strony martwią się, że zostało ich tak
niewielu, zżymają się, że bezmyślna polityka wykończyła piękne jak sen życie na
powierzchni, a z drugiej tworzą pod ziemią repliki kolejnych ustrojów z lepszym
lub gorszym powodzeniem wdrażanych na powierzchni w toku dziejów.
Komunizm przeplata się z faszyzmem, gdzieś tam obok pojawiają się frakcje inteligenckie, które próbują zachować i krzewić mądrość spalonych narodów. Z narażeniem życia kolekcjonują przyniesione z powierzchni księgi i żyją. Z każdej strony książki krzyczy afirmacja życia mimo wszystko. Dla stłoczonych w pigułce życia ludzi nawet szczur przebiegający przez tunel metra jest wydarzeniem. I to jest genialne.
Komunizm przeplata się z faszyzmem, gdzieś tam obok pojawiają się frakcje inteligenckie, które próbują zachować i krzewić mądrość spalonych narodów. Z narażeniem życia kolekcjonują przyniesione z powierzchni księgi i żyją. Z każdej strony książki krzyczy afirmacja życia mimo wszystko. Dla stłoczonych w pigułce życia ludzi nawet szczur przebiegający przez tunel metra jest wydarzeniem. I to jest genialne.
Czym może nas zaskoczyć kontynuacja powieści?
Teoretycznie pojawia się świeża kompania bohaterów, którzy przemierzają
podziemia koncentrując się na…
No właśnie - tak do końca nie wiadomo na czym. Pojawia się choroba,
pojawiają się te same stacje i uwikłani w akcję ludzie. Pojawia się leciwy
Homer, którego filozoficzne wynurzenia z dużą dozą prawdopodobieństwa
współgrają z myślą autora. Pojawia się legendarny Hunter, co najmniej
wypłowiały i odarty z nimbu tajemniczości. I wreszcie pojawia się Sasza,
dziewczę pomimo okoliczności wielce niewinne i pod betonem jednej stacji
chowane. Oddajmy autorowi sprawiedliwość, ponieważ postać jest zarysowana fajnie
i niejednemu czytelnikowi tłukło się po czaszce, jak owo dziewczę mogło
zachować ludzkie uczucia po przeżyciu tego, co autor był łaskaw jej
przeznaczyć.
Chętnie poszukałabym więcej smaczków, które sprawiłyby, że „Metro 2034”
będzie choć w kilku procentach tak doskonałe jak część poprzednia, ale nie da
się. Naprawdę.
Z przykrością przyznaję, że fabuła jest odtwórcza, dialogi szczątkowe,
akcja się nie klei, a jej oś łamie się po kilkudziesięciu stronach. Autor nie
potrafił poprowadzić bohaterów w stronę przygód, nie wykorzystał potencjału
drzemiącego w wymyślonym i ugruntowanym w wyobraźni czytelnika świecie
moskiewskiego metra. Próba wplecenia w akcję Artema, głównej postaci z „Metra
2033”, też się nie udała. Nowy Artem, podrzucony w kilku chaotycznych scenach,
wydaje się zupełnie obcy, a jego postać, nie mając kompletnie znaczenia dla
misji, bardziej przeszkadza niż ciekawi.
Narracja jest sprawna (za co tłumaczowi podziękujmy), pióro również.
Szkoda tylko, że za elokwentnymi spostrzeżeniami i wywodami nie poszło nic
więcej.
Ja czuję niedosyt i lekkie rozczarowanie, ale liczę na to, że młody
autor otrząśnie się po niezbyt pochlebnych recenzjach, weźmie się w garść i
wykorzysta w pełni potencjał. Ja osobiście życzyłabym sobie, żeby załoga
moskiewskiego metra nawiązała łączność z metrem paryskim czy londyńskim. Albo
warszawskim. :)
Dmitry
Glukhovsky
Metro 2034
Tłum. Paweł Podmiotko
Insignis Media 2010
Stron: 488
Cena: 39,90
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz