środa, 12 września 2012

Opowiadanie - Na początku był człowiek część 3




Dozorca Tus’o patrolował ściany habitatu i z niepokojem wypatrywał śladów wiosennej modyfikacji tkanki. Jak dotąd nic się nie działo, więc w połowie zakrętu mężczyzna zawrócił i skierował kroki do gabinetu dyrektora placówki. Zapukał w drzwi wykonane ze zrogowaciałej tkanki.
– Proszę wejść – rozległ się stłumiony głos i dozorca Tus’o wszedł do środka. Dyrektor wyglądał na zmęczonego.
Przez ostatnie trzynaście cykli był oddelegowany przez Radę do innych zadań, a teraz, zaledwie sześć dni przed przyjęciem samic wrócił do czynnego zarządzania habitatem. Zdaniem Tus’o mężczyzna bardzo się postarzał, ale dozorca miał zaufanie do przełożonego. Wspólnie wyhodują już trzecie pokolenie dzieci, więc nie wątpił w kompetencje dyrektora. Ten nie tracił zimnej krwi nawet w obliczu najbardziej nietypowych zdarzeń, jak choćby to sprzed czternastu cykli.
Tus’o do końca życia zapamięta wieczór, gdy wraz z młodą opiekunką, jedną z wybranych z ostatniego festiwalu był na popołudniowym obchodzie. W korytarzach panowała cisza. Dzieci wisiały w równych szeregach przyssane do gruczołów żywiciela. Miały już ponad cykl i było kwestią czasu, gdy zostaną oderwane od ścian i odprowadzone pod skrzydła szkolnych nauczycieli. Tus’o wspominał szkolne lata z rozrzewnieniem i zazdrościł tym maluchom niewinności i nadchodzących lat szczęśliwego życia. Za zakrętem jego towarzyszka stanęła nagle i wydała z siebie krótki, rozpaczliwy krzyk. Potem dozorca był wściekły, że dał się ponieść wspomnieniom i stracił czujność, a młodą opiekunkę obdarzył głęboką antypatią za to, że pierwsza zauważyła niekontrolowaną absorbcję dzieci. Pół ściany zapadło się, a maluchy zostały zassane przez tkankę. Gdzieniegdzie ze ściany wystawały jeszcze maleńkie stópki. Opiekunka pobiegła z krzykiem do dyrektora, choć właściwie, to Tus’o powinien to uczynić, ale nie mógł. Stał przed ścianą w bezruchu i spazmatycznie łapał powietrze. Jak przez mgłę pamiętał, że do korytarza wpadł dyrektor w towarzystwie łkającej kobiety i kilkunastu osiłków.
– Odrywajcie nieuszkodzone! – ryknął dyrektor i doskoczył do ściany.
Wspólnie uratowali wtedy większość dzieci, ale Tus’o do dzisiejszego dnia nie mógł sobie wybaczyć tej spowolnionej reakcji. Nie mógł również zrozumieć, dlaczego żywiciel postanowił wówczas wchłonąć niedojrzałe organizmy.
Dyrektor siedział za biurkiem. Dozorca Tus’o podszedł bliżej i zameldował gotowość habitatu na przyjęcie lokatorek.
– Dziękuję – odparł przełożony i zatopił wzrok w tajemniczych zwojach spoczywających przed nim na blacie.
Tus’o wymamrotał niezrozumiale słowa pożegnania i ruszył do drzwi, ale zawahał się i odwrócił.
– Panie dyrektorze, przepraszam, że się ośmielam zapytać, ale nie daje mi spokoju ta sprawa z maluchami z poprzedniego święta wiosny – powiedział stanowczo. – Co się wtedy właściwie stało?
– Nie wiem dokładnie, ale to jeden z kolejnych znaków, że dzieje się coś nietypowego.
– Nietypowego?
– Według najstarszych członków Rady żywiciel wkracza w jakiś kolejny etap życia. Nie wiemy jaki, bo jak panu wiadomo pamięć pokoleń nie sięga tak daleko, by wiedzieć coś więcej o etapach jego rozwoju.
– A co to może dla nas oznaczać? – ostrożnie zapytał dozorca.
– Nie wiem. – Dyrektor bezradnie rozłożył ręce. – Ale…
– Tak?
– Niech to zostanie między nami, dobrze?
– Oczywiście, panie dyrektorze.
– Mam wrażenie, że w każdą zmianę trzeba włożyć więcej wysiłku, a każdy wysiłek wymaga dodatkowej energii. Czerpanej z pożywienia oczywiście.
– I dlatego te dzieciaczki … Co to z nami będzie? – wyszeptał Pan Tus’o.
Dyrektor tylko pokręcił głową i westchnął znużony.
Parka na ladzie kompletnie nie zwróciła uwagi na troje młodych ludzi przeciskających się do wnętrza stoiska. Zgodnie z podejrzeniami Ad-eima, Ka-han skorzystał z zamieszania i musiał się gdzieś wymknąć. W każdym razie pod kontuarem go nie było. Od gładkiej monotonii wnętrza odcinała się głęboka, biała szrama tkanki zarysowana dokładnie w tym miejscu, w którym sprzedawca zapadł się wcześniej pod ziemię. Ad-eim kucnął i delikatnie dotknął blizny. Zafalowała pod jego ręką niespokojnie.
– Widziałam już coś takiego – szepnęła Dziewiętnastka kucając obok chłopaka. – Kiedyś podobna była u nas w dormitorium i w środku zniknęła dziewczynka. Nauczycielka mówiła, że to żywiciel, ale ja podsłuchiwałam pod gabinetem, bo miałam dyżur porządkowy na korytarzu i usłyszałam, że żywiciel nie zostawia takich śladów, bo nie musi. Blizny są znakiem, że wyjątkowo potężni ludzie próbowali dokonać gwałtu na tkance a ona z jakichś powodów im ustąpiła. Wtedy, u nas na korytarzu, jakiś niegodziwy człowiek porwał dziewczynkę i wciągnął pod spód. Nigdy jej nie odnaleziono. – Rozgorączkowana zacisnęła dłoń na ramieniu samca.
Ad-eim zadrżał, ale nie wycofał dłoni. Przez chwilę upajał się ciepłem falującej tkanki. Wrażenie potęgowała bliskość smukłego ciała Dziewiętnastki. Zakręciło mu się w głowie, ale niecierpliwe palce postanowiły zgłębić tajemnicę i po chwili wahania wczepiły paznokcie w szczelinę. Tkanka ustąpiła. Chłopak odskoczył i zasłaniając ciałem samicę, i Da-rika wpatrywał się w coraz szerszą rozpadlinę. Jego trzeźwy umysł atakowały piżmowe zapachy napływające od placu. Tkanka otwierała się przed nim ze złowieszczym jękiem doprowadzonej do ostateczności samicy, która garściami czerpała maszke.
– Widać wejście! – przerwała milczenie dziewczyna. – Chodźmy!
– Stój, idiotko! – wrzasnął Ad-eim. – Nie zapominaj czym jest tkanka.
– Jak ty się do niej odzywasz? – włączył się w wymianę zdań Da-rik.
– Zamknij się! – warknął wybraniec.
Da-rik zagryzł wargi. Nie odpowiedział na zaczepkę. Odegra się później. Teraz obserwował jak rywal nachyla się ostrożnie nad szczeliną i bacznie obserwuje jej wnętrze.
– Coś tam jest? – zapytała niecierpliwie samica.
– A żebyś wiedziała! Znalazła się nasza zguba – odparł Ad-eim.
Ka-han siedział nieruchomo na dnie szczeliny. Miał zakneblowane usta i związane ręce.
– No proszę! – gwizdnął przeciągle Da-rik wyłaniając się zza pleców Ad-eima – Ktoś był szybszy od nas. Ale to nie zmieni faktu, że ubiję frędzla własnoręcznie! – wrzasnął i wskoczył do środka.
– Da-rik! – krzyknęła Dziewiętnastka i podbiegła do krawędzi.
– Stój!
Ad-eim chwycił ją w pasie i przytrzymał. Przez jego ciało przebiegł dziwny dreszcz, więc natychmiast ją od siebie odepchnął i kucnął nad dołem.
– Da-rik! – wrzasnął, widząc jak ten kopie bezbronnego Ka-hana. – Opanuj się do cholery! Zatłuczesz go, a warto by się dowiedzieć kto go tak urządził.
Chłopak znieruchomiał posłusznie, głośno dysząc z wysiłku i opuścił zaciśnięte pięści. W tej samej chwili jakieś dłonie pociągnęły go do tyłu i zniknął z pola widzenia. W ciszy i bez zbędnej szamotaniny.
– Szlag! Nie ruszaj się stąd – nakazał dziewczynie Ad-eim i wskoczył za Da-rikiem.
Wylądował łagodnie. Tkanka była wyjątkowo sprężysta i przyjmowała ciężar, by natychmiast powrócić do pierwotnej postaci. Przez chwilę oswajał wzrok z panującym wewnątrz mrokiem, by w końcu ujrzeć Da-rika zwisającego bezwładnie w ramionach tego samego starca, który pilnował wcześniej stoiska Rady. Zza pleców dobiegały Ad-eima stłumione dźwięki wydawane przez zakneblowanego Ka-hana. Nie odwrócił się. Wolał nie spuszczać starego z oczu.
– Puść go! – zażądał.
Stary kompletnie zignorował chłopaka, delikatnie dotknął tkanki, a ta usłużnie oddarła pas stosownej długości, by skrępować nową ofiarę.
– Umiesz kierować tkanką? – Ad-eim kręcił z niedowierzaniem kręcił głową. – Przecież to niemożliwe!
Sprzedawca sprawnie skrępował i zakneblował Da-rika, poczym położył go delikatnie na podłożu.
– Wróciłeś jednak.
Obrzucił chłopaka badawczym spojrzeniem i zmusił tkankę do wygenerowania dwóch stołków. Gestem zaprosił Ad-eima i usiadł stękając.
– Starość mnie dopadła i kości trzeszczą – pożalił się. – No ale powiedz lepiej, co cię chłopcze sprowadza?
– Szukałem Ka-hana. Oddaj mi go! – Wybrany nie skorzystał z zaproszenia; przyczaił się do skoku.
– A, ten mały tam? – machnął lekceważąco stary. – Niestety nie mogę go oddać, zaplanowałem go jako przekąskę dla siebie i żywiciela. Musisz zrozumieć, że za wolę współpracy muszę się tkance jakoś odwdzięczyć, a i sam gustuję w stałych, świeżych pokarmach. Kompletnie nie pojmuję tej ludzkiej namiętności do hormonów i preparowanej tkanki.
– To ty ukradłeś dziewczynkę z dormitorium? – Ad-eim usłyszał z plecami oskarżycielskie pytanie Dziewiętnastki.
– Do cholery, miałaś nie ruszać się z miejsca!
– O! Witam wybraną panienkę – stary pochylił głowę w parodii ukłonu. – Kolega panienki ma rację. Powinnaś zostać na górze, chociaż w sumie nie ma to w tej chwili właściwie żadnego znaczenia.
– Skąd wiesz, że jestem wybraną? – zapytała dziewczyna.
– Wiem o wszystkim, co się tutaj dzieje. Opowiada mi tkanka. Wystarczy tylko słuchać – stary wyszczerzył zęby w uśmiechu. – I przy okazji – zwrócił się do Ad-eima – kondolencje z okazji śmierci Pani New’u. Dla Ciebie i tego biednego Da-rika. A swoją drogą, wiecie, że Pani New’u przez jakiś czas myślała o tym, by powiedzieć mu, że jest wybrańcem? Stwierdziła, że wynagrodzi mu wszystkie lata, a w ostatecznym rozrachunku i tak niczego to nie zmieni, prawda? W końcu wszyscy ci głupcy z placu zostaną pożarci przez żywiciela. Białko lubi białko.
– Kłamiesz! – wrzasnęła Dziewiętnastka
– Oj! Kochany Ad-eim zapomniał wspomnieć o małym sekreciku? Panienka nie wie, że tylko on i dziewięciu innych przeżyje, a wszystkie koleżanki panienki zostały przeznaczone do rozrodu? Och, a Pani Saf’u nie wspomniała pewnie, że po urodzeniu dzieci wszystkie koleżanki zostaną wygnane z habitatu, dzieci przyklei się do gruczołów żywiciela, a młode matki popędzi się w dół jelit do struktur trawiennych? Panienka oczywiście po urodzeniu dziecka tego tu wybrańca zostanie oddelegowana do pracy na rzecz Rady. Taki los wybranej.
– To prawda? – dziewczyna patrzyła zimno na Ad-eima.
Chłopak pokręcił z rezygnacją głową i opuścił wzrok na Da-rika. Oczy skrępowanego wyrażały kompletne niedowierzanie, ale gdy zderzyły się ze spojrzeniem Ad-eima, momentalnie zabarwiły się przerażeniem.
– Pani New’u opowiedziała mi o tym. – przyznał niechętnie wybrany.
Dziewiętnastka wymierzyła mu policzek i odeszła w drugi koniec pieczary.
– Może być problem z tym dzieciątkiem wybrańca i wybranej – zarechotał stary.
– Zamknij się! – wrzasnął Ad-eim. – O co ci chodzi?
– No i po co te nerwy? – zachichotał starzec. – W swojej młodzieńczej zapalczywości nie zwróciłeś uwagi na moje wcześniejsze słowa. To już nie ma żadnego znaczenia, a festiwal nie będzie trwał siedem dni. A fakt, że jesteś wybrańcem, zdecydowanie przestał się liczyć. I właśnie dlatego wszyscy tu zostaniecie a ja przemknę się do kanału rodnego żywiciela. To by było na tyle!
Stary poderwał się zwinnie i kilkoma gestami zmusił tkankę, by skrępowała Ad-eima. Chłopak szamotał się chwilę, ale musiał ustąpić. Z góry zaczęły miarowo kapać krople soków trawiennych.
– No to żegnaj, chłopcze – powiedział pogodnie sprzedawca złudzeń.
Nie zdążył wykonać najlżejszego gestu. Upadł obezwładniony ciosem w skroń.
– Ad-eim! – krzyczała Dziewiętnastka przeskakując ciało starego. Za nią stał nieruchomo wyzwolony z więzów Ka-han. – Uwolniłam go, więc nam pomógł a teraz nie kręć się, to cię jakoś odplączę.
– Nie sądzę! – powiedział Ka-han. – Dzięki za uwolnienie, ale i tak stąd nie wyjdziecie.
Ka-han odbił się od dna i zniknął w zmniejszającej się w oczach szczelinie.
– Mocno trzyma! – poskarżył się Ad-eim demonstrując krępujące go pasy tkanki.
Dziewczyna zaczęła je szarpać zębami i po dłuższej chwili uporała się z więzami. Wejście było już tylko wąskim przesmykiem łączącym ich z placem.
– Szybko! – dziewczyna pociągnęła Ad-eima za rękę i zmusiła do podniesienia się z klęczek.
– A Da-rik? – zaprotestował.
– Nie zdążymy, zobacz!
Szczelina zaczęła się zasklepiać ze złowieszczym sykiem. Jej budowniczy leżał nieprzytomny i nie panował nad strukturą. Wolę tego zagadkowego człowieka przeważyła naturalna potrzeba uzupełniania ubytków. W ostatniej chwili wypełzli na powierzchnię żegnani wzrokiem pogodzonego z losem Da-rika.
Żywiciel wygrzebał się spod warstwy czarnego podłoża. W ciągu ostatnich kilku godzin mróz zelżał do – 5 stopni a popielaty horyzont zaczęły barwić krwiste promienie morderczego słońca. Stan zimowej hibernacji powoli mijał. Wszędzie dookoła spod powierzchni gramolili się inni. Większość z nich była o wiele większa. Przeważały osobniki dorosłe, w pełni ukształtowane i gotowe do prokreacji wiosennej, która zajmie je przez najbliższe siedem dni. Później promienie gwiazdy rozgrzeją atmosferę planety do prawie 100 stopni i cała kolonia pospiesznie zakopie się ponownie i zaniecha wszelkiej aktywności. Żywiciel był zaledwie nastolatką, którą stado nazwało Uhrr i która dzisiaj dostąpi seksualnej inicjacji. Jej organizm już od kilku zimowych cykli mobilizował wszystkie zapasy energii na chwilę, w której uda jej się przywabić dorosłego samca i ukształtować jajo. Zazwyczaj siedmiodniową wiosnę wykorzystywała na bierną obserwację stada, a na pobór energii pozwalała sobie pod koniec okresu przyswajalnego ciepła. Wtedy również odwracała się na chwilę i kładła się na wznak pragnąc nagrzać całe ciało przed kolejną, wieloletnią zimą. Teraz było inaczej. Już od chwili, w której mróz ustąpił ruszyła na chwiejnych, nienawykłych do chodzenia odnóżach i ułożyła się brzuchem do góry przed pierwszym napotkanym samcem. Czekała.
– O co mu chodziło z tym, że to już nie ma znaczenia? – zapytała Dziewiętnastka, gdy tylko udało jej się odzyskać oddech.
– Nie mam pojęcia – odparł Ad-eim leżąc na boku i ciężko dysząc. – Ale mam wrażenie, że Ka-han usłyszał znacznie więcej, więc musimy ruszyć za nim. Stary wspominał coś o kanale rodnym. Wiesz, gdzie to może być?
– Chyba trzeba się kierować w dół placu.
Chłopak podniósł się z trudem i wyciągnął dłoń w stronę samicy. Pobiegli. Zewsząd tryskały fontanny, a maszke dosłownie lało się po podłożu. Wszyscy mieli nieprzytomne spojrzenia i nawet na chwilę nie przerywali kopulacji. Ad-eim z przerażeniem rozpoznał w ciżbie kilkoro szkolnych nauczycieli też zatraconych w doznaniach. Przez chwilę pożałował, że nie ma czasu robić tego, co oni, ale odegnał podstępne myśli, uchwycił mocniej rękę dziewczyny i zaczął torować sobie drogę pomiędzy spoconymi ciałami. Przedzierali się z uporem, do czasu gdy na plecy rzuciła ich nieznana siła. Plac zmieniał orientację. Wszyscy zgromadzeni potoczyli się w dół spiętrzającej się tkanki skąpanej w maszke. Tłum zawył histerycznie, by po chwili wydać z setek płuc polifoniczny wyraz zachwytu. Ad-eim, obejmując ramieniem dziewczynę zdołał zatrzymać się za straganem oferującym suszone ciasteczka.
Delikatne, ledwie mlecznie zabarwione powłoki brzuszne żywiciela ukazały wschodzącą gwiazdę. Czerwień oprawiona w granat dalekich przestrzeni sparaliżowała wszystkich. Na oczach ludzi dokonał się cud. Niektórzy krzyczeli, inni wyplątywali się z ramion sąsiadów i klękali, a większość po prostu leżała i rozszerzonymi emocjami oczami chłonęła zewnętrzny świat.
Ad-eim pomyślał, że dla tego widoku można nawet umrzeć i mocniej przygarnął Dziewiętnastkę.
– Idziemy! – Dziewczyna pogładziła go po policzku i zerwała się na równe nogi. – Musimy dogonić Ka-hana.
Podniósł się ciężko i bez przekonania. Szli w dół placu rozświetlonego promieniami gwiazdy. Ludzie zastygli w oczekiwaniu, więc było dużo łatwiej ich wymijać. Tuż przy wyjściu dogonił ich brzęczący dźwięk wzburzonych głosów. Dziewiętnastka odwróciła się i ujrzała ciemny, wielki cień, który zasłaniał światło gwiazdy. Spojrzała w głąb kanałów rodnych i w oddali zamajaczyła jej sylwetka, która mogła być Ka-hanem.
– Rusz się do cholery, tu zaraz stanie się coś złego! – wrzasnęła dziewczyna.
Uhrr była bardzo podekscytowana i niezwłocznie wyeksponowała swoje powłoki na działanie światła. Instynkt, oraz wieloletnie obserwacje przekonały ją, że jeśli samiec ma podejść właśnie do niej i zrealizować zapłodnienie w sposób, który naraża ją na minimalny wydatek energii, to trzeba czekać cierpliwe Miała szczęście. Jej ciało wkrótce przesłonił ogromny cień.
Ad-eim i Dziewiętnastka biegli w dół kanału rodnego, co jakiś czas widząc znikający za krzywizną cień umykającego Ka-hana. Za ich plecami tkanka ze złowieszczym trzaskiem absorbowała uczniów i uczennice. Nawet według szczątkowej wiedzy wybrańca scenariusz festiwalu fatalnie różnił się od wcześniejszych obchodów.
– Widzę go – wyszeptała dziewczyna.
Ka-han kręcił się obok owalnego przedmiotu, przezroczystego i drgającego w cieple tkanki.
– Zatłukę cię! – wysyczał Ad-eim. – Za Da-rika i Panią New’u.
– Mam cię w dupie! – wrzasnął Ka-han. – I tak już nie żyjesz. Wszyscy jesteście trupami! Nic już nie jest ważne, nic!
Owalna bańka drgała coraz mocniej.
Ka-han podszedł, tak zawsze na szkolnym korytarzu, i obdarzając Ad-eima pogardliwym uśmiechem pchnął go mocno. Chłopak po raz pierwszy w życiu zdecydował mu się postawić. Utrzymał się na nogach i sparował pchnięcie. Gromadzona latami złość znalazła ujście i spotęgowała siłę Ad-eima. Wrogowie zwarli się w bójce. Dziewiętnastka instynktownie wyczuła, że nie powinna ingerować. Ostrożnie przesuwając się w bok dotarła do zagadkowej bańki i oparła na niej ręce. W tej samej chwili nieznana siła wepchnęła ją do środka. Uszy wypełniła głucha cisza. Z zewnątrz nie docierały żadne dźwięki. Próbowała się wydostać, napierając na przezroczystą przeszkodę całym ciałem, ale ta nie ustępowała. Stanęła zrozpaczona i bezsilnie obserwowała pojedynek.
Ad-eim wydał z siebie ryk i ostatkiem sił powalił Ka-hana na ziemię. Przygwoździł go własnym ciężarem i zacisnął drżące z wysiłku dłonie na jego szyi. Odwieczny wróg ogłuszony wcześniejszym gradem wściekłych ciosów nie był w stanie oderwać duszących go rąk. Osunął się bezwładnie, a Ad-eim uskakując przed coraz bardziej wzburzonymi strumieniami soków trawiennych rozglądał się za dziewczyną. Ujrzał ją uwięzioną w bańce i podbiegł.
– Wychodź stamtąd! – krzyknął.
Dziewiętnastka coś mówiła. Ad-eim widział, że jej wargi się poruszają, ale nie docierał do niego żaden dźwięk. Położyła dłonie na przezroczystej błonie i pokręciła głową.
– Nie możesz?
Ad-eim przyłożył dłonie do dłoni dziewczyny i poczuł, że jakaś potężna siła wciąga go do środka. A sekundę później wszystko wokół zalało oślepiające światło.
Żar obejmował Uhrr aż do bólu pancerza. Coś było nie tak. Górujący nad nią samiec zaczął się tlić. Gwiazda, która stanowczo zbyt szybko zawładnęła nieboskłonem, bez ostrzeżenia eksplodowała. Na chwilę przed tym, zanim jej ciało rozsypało się w popiół, żywicielka chciała wydać z siebie ryk przerażenia. Nie mogła. Czerpiąc pożywienie wyłącznie ze środka organizmu, nie posiadała otworu gębowego i strun głosowych. Całym sensem jej istnienia było stworzenie odpornego na niesprzyjające warunki planety jaja. A to wymagało spożytkowania całego zapasu protein. Wyjałowienia organizmu z życiodajnych ludzi. Jajo po absorpcji nasienia było wydalane, a pozbawiona pożywienia samica umierała. Tego Uhrr nie wiedziała. Nie wiedziała również, że jajo, jedyna rzecz, która miała znaczenie dla ciągłości gatunku zostało zainfekowane przez ludzi. I wreszcie, jakie to miało znacznie w obliczu zagłady? Nienazwana planeta i bezimienna gwiazda w spektakularnych feeriach światła przechodziły do historii kosmosu. Zostało tylko jajo.
Ad-eim instynktownie nakrył własnym ciałem Dziewiętnastkę i zacisnął powieki. W ogłuszającej ciszy i ciemności zamkniętych oczu docierał do niego wyłącznie głuchy łomot własnego serca. Kokon amortyzował wszystkie wstrząsy. Gdy chłopak odważył się ostrożnie unieść głowę znad karku dziewczyny, ujrzał niknący w oddali żar barwiący granatem nieprzeniknione ciemności.
– Dziewiętnastko? – odezwał się niepewnym głosem.
Dziewczyna poruszyła się, ale nie odpowiedziała.
– Jesteś ranna?
– Nie.
Miękkie, kobiece ciało przywarło do Ad-eima, który nieomal natychmiast odnalazł drogę. Za błoną jaja rozciągały się smugi mijanych gwiazd, jedynych obserwatorek chwil, które są sensem istnienia gatunków. Kiedyś jajo żywiciela opadnie na inną planetę a wraz z nim materiał genetyczny pasożyta, ale teraz liczyła się tylko ona.
– Dziewiętnastko?
– Tak? – wyszeptała na progu spełnienia.
– Nadaję ci imię Ei-eva.

4 komentarze:

  1. To jest nienormalne, że takie rzeczy gniją na blogach a publikuje się chłam, który nie zasługuje nawet na pobieżne przelecenie tekstu wzrokiem. Działaj dalej autorko. Szacun

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie do końca tak :)Opowiadanie było wcześniej publikowane, więc nie jest tak źle ;)
    W każdym razie dziekuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. a jakaś książka jest w planach?

    OdpowiedzUsuń