Off Road
Szara i nierówna droga doprowadzała mnie do
szału. Po obydwu biegnących w stronę Warszawy pasach parły ociężale,
plujące spalinami TIR-y. Kurwa! Sunie taki palant setką, a zza niego
wyrywa się inny wał, który jadąc sto jeden na godzinę przez dobre dziesięć
minut, blokuje lewy pas. Tkwiłem w potrzasku gigantycznych ciężarówek,
które nie dość, że smrodziły niemiłosiernie, to jeszcze kompletnie przesłaniały
świat. Do wnętrza samochodu zaczął się sączyć odór spalin, więc wrzuciłem obieg
zamknięty i przy okazji pogłośniłem radio. Jakiś baran właśnie opowiadał
o kolejnym sukcesie naszego kochanego rządu. Cieszył się jak dziecko, że
udało się wybudować dwadzieścia kilometrów autostrady. Informację o tym,
że to oszałamiająco długie pasmo betonowego szczęścia wybudował prywatny
inwestor i zdziera z kierowców gigantyczny haracz za przejazd, typ
z radia taktownie przemilczał. Jechałem tamtędy w zeszłym tygodniu,
więc wiem, jak jest. Teraz dla odmiany wlokłem się trasą katowicką
i czułem, że za chwilę eksploduję ja albo mój przepełniony pęcherz. Przez
cholerne TIR-y nie widziałem żadnych tablic informacyjnych, więc totalnie nie
miałem pojęcia, kiedy na horyzoncie pojawi się jakakolwiek stacja benzynowa.
– Biorąc pod uwagę przejściowe trudności,
można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego
odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze
swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice
złożone naszym wyborcom... – plótł w eter obłąkany głos.
Wkurzony na maksa, wyłączyłem radio
i skupiłem się na ciężarówkach, które właśnie kończyły mozolny manewr
mijania. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy TIR zwolnił
lewy pas, był zad kolejnej zwalistej maszyny. Nie zdążyłem wpuścić nawet
odrobiny świeżego powietrza, znów hamowałem w chmurze spalin. Obieg
zamknięty robił swoje. Czułem, że ociężała senność wgniata mnie w fotel
kierowcy z miażdżącą siłą. Powstrzymując siłą woli opadające powieki,
włączyłem ponownie radio. Ekspert od dróg szczęśliwie zniknął już
z anteny, ale jego miejsce zajęła jakaś wyjąca wniebogłosy cizia
w towarzystwie komputerowych szarpidrutów. Darła ryja, udowadniając
udręczonym słuchaczom, że angielskie słowo „parasolka” można rozciągnąć
w łkaniach i jękach tak dalece, że stanie się ono sensem trwającego
przeszło minutę refrenu. Trzeba panience policzyć na plus, że wybudziła mnie
z letargu. Jej irytujący wokal doprowadzał mnie do szału w stopniu
nie mniejszym niż wywody speca od autostrad. Po prawej stronie pojawiła się
luka między ciężarówkami. Niewielka, ale wystarczająca, bym zauważył tablicę,
na której uprzejmie informowano, że za osiemset metrów będzie zjazd na stację
benzynową. Co mózg odrzucił jako ewidentną głupotę, pęcherz zatwierdził, więc
zredukowałem bieg i wdusiłem pedał gazu. Przemknąłem pomiędzy tonami
prącego na północ żelastwa. Usłyszałem pisk opon TIR-a i basowe trąbienie.
W niekończącej się sekundzie niepewności muzyka ucichła, łomot serca
wypchnął z uszu błony bębenkowe i tylko przypadkowi zawdzięczam, że
zapanowałem nad nieodpartą potrzebą sikania. Wypadłem na pobocze
i gwałtownie zahamowałem. Nieopodal widniał zjazd na stację. TIR-y
z jakiegoś powodu stanęły w karnym rzędzie. Pogratulowałem sobie
udanej akcji i ciesząc się jak dziecko na rychłe spotkanie z zafajdaną
muszlą klozetową, odczułem coś na kształt satysfakcji, że kretyni będą tak stać
w szeregu, w czasie gdy ja się kulturalnie odsikam i usiądę
w barze nad ciepłą kawą. Kto wie, może nawet przestawię nawigację na
najkrótszą trasę i ominę cały korek, jadąc bocznymi drogami? Wszystko było
lepsze niż cholerna katowicka.
Wjechałem powoli na stację i minąłem
dystrybutory. Nie chcąc psuć chwili szczęścia, nie sprawdziłem nawet cen
paliwa. Nie to zresztą było w tej chwili sprawą priorytetową. Zaparkowałem
przed wejściem do sklepu i ruszyłem kłusem na poszukiwanie toalety.
Zamajaczyła w końcu korytarza. Wpadłem do środka i zatrzasnąłem za
sobą drzwi. Niecierpliwie rozpiąłem rozporek. I nic. Nieopanowana
potrzeba, która mnie tu przywiodła, zniknęła bezpowrotnie. Kompletnie ogłupiały
analizowałem sygnały własnego ciała. Lekki jak młody bóg wyszedłem
z kabiny i umyłem ręce w strumieniu lodowatej wody. Tłumaczyłem
sobie, że pewnie stres tak zadziałał.
Wszedłem do baru. Kilka plastikowych stolików
stało w całkowitym chaosie, a zwieńczeniem nieładu były brutalnie
czerwone krzesła. Za niebieskim kontuarem snuła się znudzona życiem kasjerka.
Wystrój lokalu najwyraźniej powierzono autystycznemu projektantowi, który
dysponował kredkami we wszelkich kolorach. Podszedłem do wodzącej różowymi
paznokciami po żółtym blacie panienki i uśmiechnąłem się blado. Zamówiłem
kawę i hot-doga. W takich miejscach kawa smakowała zwykle jak
zaparzone trociny. Usiadłem przy stoliku tuż koło okna. Miałem stąd doskonały
widok na trasę. TIR-y ciągle stały na prawym pasie. Tego, co działo się na
lewym, siłą rzeczy nie widziałem. Młoda, całkiem fajna kelnerka z upiętymi
w kok jasnymi włosami podeszła do mnie i zamaszystym ruchem postawiła
przede mną talerzyk z bułą. Dziewczyna miała ładne, regularne rysy, ale
gdy dzienne światło zalało jej twarz, dało się zauważyć zalążki beznadziei,
która już wkrótce wyrysuje na skórze głębokie rozpadliny zmarszczek.
– Jakiś wypadek był – poinformowała ścianę
ponad moim lewym ramieniem.
– Tutaj? – zapytałem, patrząc głęboko
w jej piwne oczy.
– Nie słyszy pan? Karetki wyją – wyjaśniła
ze wzruszeniem ramion i oddaliła się z godnością.
Syreny rzeczywiście wyły, co dla mnie stanowiło
sygnał, że najwyższy czas znaleźć w nawigacji jakiś objazd. Olałem kubek
z kawą i bladą bułę. Straciłem ochotę na specjalność
schizofrenicznego baru. Wyszedłem i brodząc w rozmoczonej brei, która
całkiem niedawno była śniegiem, podszedłem do samochodu. Ponownie zerknąłem na
trasę. Plandeki pobliskich ciężarówek rozświetlały fioletowe refleksy. Znaczy,
karetki już dotarły na miejsce.
Otworzyłem drzwi auta i wsiadłem do środka.
Włączyłem nawigację. Na ekranie wyświetlił się komunikat: Błąd systemu.
Wkurzony do reszty, zakląłem szpetnie i zacząłem manipulować przy radiu
w nadziei, że może powiedzą coś na temat wypadku i podadzą
alternatywne możliwości dojazdu do Warszawy. W eterze panowała głucha
cisza. Nie znalazłem nawet charakterystycznych dla zadupia trzasków. Oparłem
głowę o zagłówek i z westchnieniem rezygnacji zamknąłem oczy. Po
chwili metaliczny odgłos otwieranych drzwi przywołał mnie do rzeczywistości.
Na siedzeniu pasażera, ciężko sapiąc, mościła się
jakaś starucha.
– Co pani... – zdołałem wyjąkać.
– Zamknij się i jedź – zaszeleściła
suchym i bezbarwnym głosem, ucinając moje protesty.
Zdumiony patrzyłem na ubraną w fioletowy
dres babę. Świdrowała mnie wyblakłymi niebieskimi oczami. Niecierpliwym ruchem
sękatej dłoni odgoniła słowa protestu, które cisnęły mi się na usta. Pokręciła
przecząco głową, wyprzedając o sekundę moje myśli.
– Nie waż się uciekać – szepnęła
i obnażyła nadgniłe słupki zębów, wyraźnie mnie ostrzegając.
Odwróciła głowę w prawą stronę
i zerknęła w lusterko od strony pasażera. Przez moment nie widziałem
jej twarzy, a jedynie niechlujnie rozrzucone na plecach siwe włosy. Gdy
ponownie przyszpiliła mnie spojrzeniem, w jej oczach pojawiły się czarne
błyski. Odsunąłem się najdalej, jak tylko pozwalała na to ciasnota samochodu.
Miałem już pewność, że starucha jest wariatką i marzyłem tylko o tym,
by spieprzać w siną dal.
– Ostrzegam cię po raz ostatni – wysyczała,
co odebrało mi chęć do wykonania jakiegokolwiek gwałtownego ruchu. Bałem się,
że wyciągnie z kieszeni kosę i pośle mnie jednym, szaleńczym
pchnięciem do krainy wiecznych łowów. Położyłem drżące dłonie na kierownicy.
– Z prawej pusto. Jedź za budynek
stacji i kieruj się na Grabówek.
Za cholerę nie wiedziałem, gdzie to jest, ale
posłusznie ruszyłem. Tocząc się powoli, mijałem z lewej strony zabudowania
stacji. Kątem oka zauważyłem czerwone Audi, które jechało w naszą stronę,
najwyraźniej wchodząc na kurs kolizyjny. W mgnieniu oka podjąłem decyzję.
Przyspieszyłem nieznacznie, mając nadzieję, że uda mi się sprowokować stłuczkę
i w zamieszaniu umknę z samochodu. Kierowca audioli gadał przez
telefon i zdawał się mnie nie widzieć. Przycisnąłem mocniej gaz
i wtedy wydarzyły się dwie rzeczy. Moje auto samo z siebie zahamowało
z piskiem opon, o centymetry unikając zderzenia. Starucha spojrzała
karcąco. W tej samej chwili dał się słyszeć charakterystyczny odgłos
blokowanych drzwi.
– No to się doigrałeś.
Obłąkane babsko postukało końcem wykrzywionego,
długiego paznokcia w zapięcie pasa. Ten wyśliznął się posłusznie
z plastikowego więzienia i prężąc swoje czarne, połyskliwe cielsko
owinął się wokół mojej szyi. Nie zdążyłem nawet unieść rąk w próbie
oderwania gada, gdy z terkotem zwalnianej blokady reszta pasa
unieruchomiła mnie na dobre. Stara zachichotała i pstryknęła paluchami.
Samochód stanął dęba, po czym ruszył z kopyta w gęstniejący mrok.
Skręciliśmy w pooraną dziurami drogę lokalną. Trzęsło jak cholera. Siwy
łeb niechcianej pasażerki podskakiwał w rytmie wybojów, a kłapiąca
szczęka zniekształcała jej szatański rechot. Krzywa dobrego samopoczucia
staruchy pięła się w górę wprost proporcjonalnie do mojego spiętrzającego
się przerażenia. Za oknami migały światła kolejnych wiosek, których nazw nie
byłem w stanie zarejestrować.
Po dobrej godzinie karkołomnej jazdy samochód
nieco zwolnił i skręcił w las. Toczyliśmy się po piaszczystej drodze,
a gałęzie niepokojonych świerków smagały przednią szybę.
– Już niedaleko – zaanonsowała złowieszczo
stara.
W jej słowach było coś ostatecznego. Strach
wyklarował zmętniałe myśli i po raz pierwszy od długich minut poczułem, że
mam władzę w nogach. Samochód toczył się leniwie w stronę oszronionej
polanki. Wiatr trącał drzewa i od niechcenia pędził białe chmury po
granatowym niebie. Las w świetle reflektorów wyglądał cicho
i niewinnie. Jakby odgadując moje myśli, starucha pstryknęła
i światła samochodu zgasły. Teraz całym oświetleniem scenerii przed maską był
pojawiający się cyklicznie księżyc. Upiorna baba pochyliła się do przodu
i wyraźnie czegoś wypatrywała. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do
mroku. W lodowatym świetle księżyca zza drzew zaczęły się wyłaniać
podłużne, czarne kształty. Płynąc nad ziemią, zacieśniały krąg wokół samochodu.
– Nowi kumple na ciebie czekają – objaśniła
wariatka, odwracając się do mnie. Tym razem jej oczy zamigotały szkarłatem.
Zacząłem wić się w krępujących mnie pasach,
by odwrócić uwagę od moich nóg. Starucha przygładziła poły ortalionowej bluzy
i otworzyła drzwi. Wysiadła i zatrzasnęła je za sobą z impetem,
po czym podniosła dłoń w geście pozdrowienia. Chmara cieni zgięła się
w pełnym szacunku pokłonie i rozstąpiła na boki. Babsko stanęło tuż
przed maską i rozpostarło ramiona. Zapomniany silnik pomrukiwał, dodając
otuchy. Namacałem pedał gazu i ruszyłem do przodu. Wyraz wściekłości
w szkarłatnych oczach zdeterminował mnie do działania. Przyspieszając,
modliłem się w duchu, by starej nie zwiało na bok. Cienie z szelestem
pryskały sprzed maski i pospiesznie umykały za linię drzew. Wciąż
widziałem przed sobą wykrzywioną w grymasie furii szarą gębę.
W chwili gdy rozmaśliłem cielsko upiornej baby na świerku, opadły czarne,
krępujące mnie pasy. Kątem oka zauważyłem jeszcze wybałuszone, teraz wodniście
niebieskie oczy i chwyciłem oswobodzonymi dłońmi kierownicę. Wyjechałem na
wstecznym na skraj polanki i manewrując gorączkowo, wyskoczyłem na leśną
drogę, zerkając z niepokojem w lusterka. Cienie najwyraźniej nie
miały zamiaru mnie gonić.
Wypadłem na drogę lokalną i kierując się
ciepłem światła latarni, przemknąłem przez wioski w stronę stacji
benzynowej, którą opuściłem zaledwie kilka godzin temu. Zadawało mi się, że
minęła wieczność od chwili, w której blondynka podała mi lurowatą kawę.
Budynek wyłonił się z mroku. Reflektory omiotły ciche i ciemne
zabudowania. Wokół panowała pustka.
Zaparkowałem pod wejściem do sklepu. Wysiadłem.
Przez chwilę szarpałem się z archaicznymi drzwiami, ale były zamknięte na
głucho. Skierowałem kroki w stronę baru. Najwyraźniej w ciągu kilku
ostatnich godzin bar wyburzono, bo za rogiem napotkałem kompletną pustkę.
Zniechęcony poszedłem w stronę dystrybutorów. Nawet one zmieniły wygląd.
Wyglądały jak przeżytki PRL-u. Na każdym z nich widniał napis CPN. Coś nie
grało ewidentnie. Przez chwilę pomyślałem, że zboczyłem z drogi, ale rzut
oka na katowicką upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu. Wprawdzie TIR-ów
nie było widać, ale w sumie o tej porze nie było w tym nic
dziwnego. Zerknąłem z niepokojem na pobliskie zarośla. W mdłym
świetle księżyca ponownie ujrzałem cienie. Równie dobrze mogło to być złudzenie
optyczne, smugi przygiętych drzew, ale wolałem nie ryzykować. Wskoczyłem do
samochodu i pospiesznie wyjechałem na trasę. Ta rozlewała się czernią
nieskalanego asfaltu aż po horyzont. Odruchowo włączyłem radio. Z trzasków
wyłonił się po chwili dźwięk „Dmuchawców” Urszuli. Wdzięczny, że tym razem
oszczędzili mi Dody, Gagi i innych fantasmagorycznych tworów, rozluźniłem
się i wygodniej umościłem w fotelu. Droga przede mną była ziszczeniem
pobożnych życzeń polskiego kierowcy. Muzyka ucichła.
– Obywatele i obywatelki! – wyskandował
w eter wyjątkowo rześki głos. – Biorąc pod uwagę przejściowe trudności,
można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego
odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze
swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice
złożone naszym rodakom!
Mając wrażenie déja vu, omiotłem
z niedowierzaniem mijaną okolicę. Nie zmieniła się.
– Przedstawiliśmy fragment przemówienia
pierwszego sekretarza partii, Edwarda Gierka, który niedawno uroczyście
otworzył nową trasę z Katowic do Warszawy – zaszemrał łagodnie głos
radiowca.
– Co jest, kurwa? – zadałem retoryczne
pytanie.
– Historia lubi się powtarzać, co? –
zaszydził spiker.
– Słyszysz mnie?
– Pewnie!
– To niemożliwe! – zaprotestowałem.
– Dla naszych władz wszystko jest możliwe! –
zaoponował typek.
Ta posrana słowna przepychanka sprawiła, że
bezwiednie docisnąłem gaz.
– Zwolnij – zasugerował łagodnie mój
rozmówca.
– A po co?
– Walisz na Warszawę, a musisz się
cofnąć pod Częstochowę.
– Pojebało cię? – zarechotałem. – Jadę do
domu i żadna siła mnie nie cofnie.
– Ostrzegałem – odparł lakonicznie
radiowiec.
Coś zmusiło moje nogi do wyhamowania,
a bezwolne ręce wykręciły kierownicę w lewą stronę. Przejechałem
przez pas trawy na drugą stronę trasy i kompletnie nie wiedząc, co się
dzieje, ruszyłem ostro na południe. W opuszczonym przez dziwacznego typa
eterze właśnie rozległa się zapomniana piosenka Zdzisławy Sośnickiej. Właśnie
dojeżdżałem do Częstochowy i miałem nadzieję, że ta cała obłąkana historia
ma podtekst metafizyczny, który zawiedzie mnie na Jasną Górę.
– Zerknij w lewą stronę – zaszemrał
usłużnie radiowiec.
Posłusznie odwróciłem wzrok. W mroku
materializowały się zwaliste zarysy TIR-ów. Stały nieruchomo, a wokół
uwijali się strażacy. Zwolniłem.
Pomiędzy dwoma ciężarówkami tkwił zgnieciony
w harmonijkę samochód. Strażacy właśnie wyłamywali pozostałości drzwi.
Zahamowałem i jak urzeczony obserwowałem ich poczynania. Radio charczało
piosenką Limahla. Typ piskliwie proklamował „Never ending story”. Wysiadłem.
Ratownicy wyciągnęli z wraku ciało denata. Groteskowo rozrzucone kończyny
mogły należeć do kogokolwiek. Zbryzgana krwią, blada i nienaturalnie
wykrzywiona twarz już nie. Wyglądałem strasznie. Odwróciłem się
i pospiesznie wsiadłem do samochodu. Ruszyłem z piskiem opon. Limahl
ciągle zawodził.
– Już rozumiesz? – zaszemrało radio.
– Tak, rozumiem, usnąłem i śni mi się
jakaś pierdolona szopka – warknąłem w odpowiedzi.
Trasa uciekała mi spod kół, gdy bezwiednie
przyspieszałem.
– Nie uciekniesz. – zapewnił mnie głos. –
Możesz przeć w górę strumienia czasu, ale i tak nie uciekniesz.
Radio wygenerowało z siebie kilka trzasków
i ucichło. Samochód gładko sunął po szosie. Odetchnąłem z ulgą
i zerknąłem w lusterko. Wokół głowy wyrosły mi siwe strąki włosów.
Zogniskowałem spojrzenie w swoich źrenicach, które momentalnie wyblakły.
Dłonie, wczepione w kierownicę, wydłużyły się nieznacznie. Oderwałem je
z wrzaskiem. Paznokcie pożółkły i zmieniły się w szpony.
Z szelestem dresu zawróciłem łagodnie w stronę Warszawy.
– Jakaś rodzina rozbiła się przed
Tomaszowem. Trzeba ich przeprowadzić. Tak jak by to zrobiła Stara, ale jej już
nie ma, więc martw się sam – zameldowało radio.
– Jak długo mam jechać? – zapytałem
i bynajmniej nie miałem na myśli liczby kilometrów dzielących mnie od
śmiertelnego wypadku pod Tomaszowem.
– Biorąc pod uwagę przejściowe trudności,
można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego
odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze
swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice
złożone naszym trupom.
Głos zachichotał złośliwie i po chwili
ucichł. Jechałem w stronę przeznaczenia. Nie było alternatywnej trasy.
Nawigacja zamilkła na wieki wieków amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz