czwartek, 28 marca 2013

Poddasze 4 - opowiadanie




Inspektor Zawojny siedział przy biurku w swoim gabinecie z twarzą ukrytą w dłoniach. Idąc za sugestią agenta Jąderki, wysłał żonę z dzieckiem do domu jej rodziców w Radomiu i obecnie gratulował sobie w duchu tej decyzji. Zgodnie z przepowiednią tajemnicze zjawiska nasilały się i zataczały coraz szersze kręgi. Zawojny przed chwilą otrzymał informację, że miało miejsce tragiczne i trudne do wyjaśnienia zdarzenie na stacji metra Pole Mokotowskie. Zgodnie z relacją Sosnkiewicza peron zaścielały powykręcane zwłoki. Sama stacja też wyglądała strasznie. Wszędzie walało się potłuczone szkło witryn reklamowych i żyrandoli. Wstępne ekspertyzy wykazały, że pechowcy padli ofiarą uduszenia, ale wyciek gazu i innych szkodliwych substancji zdecydowanie wykluczono. Wszystkie ofiary miały pomiażdżone kości, łącznie z czaszkami, co przedstawiało makabryczny widok. Fachowcy rozkładali ręce i nie potrafili podać przyczyn masakry.
Zawojny wiedział jednak dokładnie, co się stało, i współczuł tym ludziom nagłej śmierci pod tonami pojawiającej się znikąd ziemi. Zamyślił się. Kim właściwie był agent Jąderko? I, co ważniejsze, dlaczego opowiedział o tym wszystkim jemu? I dlaczego on sam nie zasugerował nawet kolegom przyczyn wydarzeń? Jąderko, kimkolwiek był, nie zobowiązał go przecież do dyskrecji. Nie musiał! Pomyślał z goryczą inspektor. Nikt by mu przecież i tak nie uwierzył.
– Szefie, szefie! – Aspirant Sosnkiewicz wyglądał, jakby ducha zobaczył. – Masakra na moście Świętokrzyskim!
– Na moście?
– Właściwie nie na moście, ale pod nim. W wodzie roi się od samochodów i ludzi. Niektórym chyba udało się wydostać z tonących pojazdów i …
– Jezus Maria! – Zawojny poderwał się i sprintem pobiegł do radiowozu. Sosnkiewicz ledwie mógł za nim nadążyć.
Na nabrzeżu kłębił się tłum gapiów, utrudniając pracę ekipom ratunkowym, które dotarły na miejsce chwilę przed Zawojnym. Chaos panujący w rzece był trudny do ogarnięcia. Paru świadków zdarzenia krążyło z obłędem w oczach po nabrzeżu i mamrotało coś o nagłym zniknięciu i ponownym pojawieniu się mostu. Wyłapywani przez sanitariuszy chętnie oddawali się w objęcia ogłupiających środków na uspokojenie. Pontony i łodzie krążyły wokół tonących wraków, a jeden z ratowników krzyczał, by natychmiast przysłano płetwonurków.
Zawojny już miał wkroczyć do akcji i rozpędzić gapiów, gdy nagle rozpoznał w tłumie tajemniczego agenta. Odcinał się wyraźnie od reszty ludzi gładką, jakby polerowaną łysiną. Jąderko rozejrzał się na boki i zaczął się ostrożnie wycofywać. Po chwili oddalał się pospiesznym krokiem w stronę Starówki.
– Przejmij akcję i zrób porządek z cywilami. Wezwij posiłki z posterunku. – Zawojny klepnął Sosnkiewicza w ramię i ruszył w ślad za agentem.
Jąderko sprawiał wrażenie człowieka, który nie do końca wie, dokąd zmierza. Gdy dotarł do Placu Zamkowego, uważnie zlustrował okna otaczających go kamienic. Najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał. Po chwili podjął wędrówkę Traktem Królewskim, co jakiś czas zatrzymując się i bacznie obserwując budynki.
Gdy dotarli do zbiegu ulic Nowy Świat i Chmielnej, przystanął gwałtownie. Zawojny, doświadczony przecież w czynnościach operacyjnych w terenie, ledwie zdołał ukryć się za załomem bramy. Zdębiał, gdy agent podszedł prosto do niego.
– Wyczuwam tu bardzo silną koncentrację energii, drogi inspektorze – powiedział Jąderko poważnie. – To musi być gdzieś tutaj. Na pewno niedaleko. Myślę, że powinniśmy się kierować w głąb Chmielnej. Chodźmy! Nie ma czasu do stracenia!
Oszołomiony Zawojny ruszył za agentem.
***
Żyłem historią mojej Żydówki. Nic innego nie istniało. Tekst spływał przez całą noc i był rozpaczliwym śpiewem przeszłości. Przeszłości, która nagle stała się teraźniejszością. Przespałem niespokojnie dwie godziny, by ponownie dopaść do komputera. Gorączkowo porządkowałem i wygładzałem tekst, niespokojnie spoglądając na mansardowe okno. Z opowieści wyłapywałem nazwiska zbrodniarzy wojennych i skrupulatnie spisywałem wiadomości o nich według własnego klucza. Tabela zawierała trzy rubryki. W pierwszą wpisywałem nazwisko nazisty, w drugą wszystkie detale jego przestępstw, a w trzeciej, jeśli tylko byłem w stanie to zidentyfikować, imiona, nazwiska i wiek ofiar. Miałem nadzieję, że więcej danych uda mi się uzyskać, gdy zakończymy tragiczną opowieść życia Żydówki. Nie zapytałem jej dotąd o imię. Uznałem, że wyjawi je sama w odpowiednim momencie.
Około południa tabela zawierała dziewięć nazwisk. Najdłuższą rubrykę ponurych zbrodni zebrał niejaki Joachim Kellerman. Doliczyłem się szesnastu relacji z bezpośrednich egzekucji i licznych przypadków podżegania podwładnych do morderstw na kobietach i dzieciach. A wszystko to w murach getta. W miejscu, w którym udręczeni ludzie walczyli codziennie o kromkę chleba i życie.
O pierwszej nie wytrzymałem napięcia i ponownie napisałem wiadomość do dziewczyny. O dziwo, odpisała od razu.
Jestem. Nie wiem jak, ale znów jestem. Czy zapisałeś wszystko?
Wszystko.
Dobrze. Nazwiska też?
Też. Potrzebuję więcej danych. No wiesz, tych zbrodniarzy.
Wszystko ci opowiem.
I ponownie popłynęła struga słów. Strasznych i tak doskonale pełnych, że odczuwało się nieomal fizyczny ból. Dziewczyna miała niesamowity talent i mogłem tylko tłuc bezsilnie głową w biurko, że miała pecha urodzić się właśnie wtedy. Wtedy, czyli kiedy? – podszepnął mój wewnętrzny diabeł. Nie kłóciłem się z nim. Miał rację. Oszalałem, rzeczywistość zatarła linie czasu albo objawił się mój geniusz. Było mi wszystko jedno. Chciałem jej zdań. Tylko tego pragnąłem.
***
– Stój! – powiedział Jąderko.
Inspektor zatrzymał się posłusznie i powiódł wzrokiem po fasadzie kamienicy. Nie było w niej niczego, co mogłoby zainteresować policję śledczą, ale agent wyglądał na mocno poruszonego.
– To coś dzieje się właśnie tutaj i w tej chwili. – Zdecydowanie otworzył drzwi.
Marmurowe schody wiły się wąską klatką schodową. Jąderko mijał kolejne drzwi, nie poświęcając im nawet spojrzenia. Na ostatnim piętrze było tylko jedno mieszkanie z prawej strony. Z lewej widać było fragment ściany zabity deskami.
– To tu – powiedział agent.
Zawojny spodziewał się, że Jąderko zechce sforsować barykadę sosnowych desek, ale agent odwrócił się na pięcie i zapukał do mieszkania po lewej stronie. Po chwili drzwi otworzył mężczyzna i bez słowa spojrzał na intruzów.
– Mamy zgłoszenie awarii – beznamiętnie powiedział Jąderko.
– Gówno prawda – uśmiechnął się uprzejmie facet. – Wejdźcie, skoro musicie. – Uchylił drzwi.
Mieszkanie było schludne i… bezosobowe. Gdyby ktoś pytał inspektora o zdanie, to przyznałby, że sprawiało wrażenie kompletnie niezamieszkanego. Bez duszy.
– Witaj, Theo. – Jąderko podszedł do mężczyzny i energicznie go uścisnął.
– Witaj, Adamie – odparł bez entuzjazmu mężczyzna.
Zawojny kompletnie nie rozumiał tego, co rozgrywało się na jego oczach. Na wszelki wypadek zajął się dyskretną lustracją lokalu.
– Mam wrażenie, że coś tu masz dla nas, Theo – uśmiechnął się zimno agent.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– A ja chyba wiem. Jak ma na imię? Jak ją ściągnąłeś?
Inspektor wycofał się niezauważony i wszedł pomieszczenia przyległego do salonu. Sypialni, jak się wkrótce okazało. Pierwszą rzeczą, jak rzuciła mu się w oczy, był komputer. Tekst sam się na nim pojawiał, generując rozbłyski światła. Stanął zafascynowany i zaczął czytać.
…można powiedzieć, że to koniec mojej historii. Wiem, że jest kwestią czasu i ktoś z lokatorów złoży donos. Mam nadzieję, że przekazałam wszystkie potrzebne dane. Spraw, proszę, by nas pomścili.
Zawojny zerknął w czeluść okna balkonowego i nagle poczuł ogromną potrzebę zaczerpnięcia majowego powietrza. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Inspektor wyszedł i zerknął w lewą stronę. Sąsiedni balkon, przynależący do zabitego deskami mieszkania, praktycznie nie istniał. Z krawędzi kamienicy sterczały ostre, szare zęby betonu zwieńczone kikutami zardzewiałych prętów. Dokładnie naprzeciwko widać było rzęsiście oświetlone mansardowe okno, a w nim sylwetki mężczyzn szarpiących kobietę. Inspektor policzył piętra i wbiegł do mieszkania.
***
Muszę przyznać, że pojawienie się Adama wstrząsnęło mną w nie mniejszym stopniu niż to, że przyprowadził śmiertelnika z aktualnej epoki. Miałem nadzieję, że nikt z agencji nie wpadnie na mój trop w Warszawie, ale sam się podłożyłem. Śledzenie zbrodniarzy i kontakt z duchami ich ofiar miałem we krwi i właśnie się okazało, że nie jestem w stanie od tego uciec.
– Theo, tym razem jest źle – wciął się w moje myśli Adam Jąderko.
– Musiałem…
– Wiem.
– Mam nazwiska. Dziewięć. I obciążające relacje…
– Theo, zrozum! Mamy tysiące ofiar.
Z sypialni wypadł koleś Jąderki i powiódł błędnym wzrokiem po salonie.
– W kamienicy naprzeciwko dzieje się coś złego! – krzyknął i pobiegł w stronę drzwi wyjściowych.
– Adam! – krzyknąłem. – Zrób coś, do cholery. Człowieka szkoda.
– Poczekaj – odparł spokojnie Jąderko. – Jest wielka szansa, że wypłoszy Kellermana.
– O czym ty mówisz?!! – wrzasnąłem.
– Pierwszy na twojej liście.
– Wiem, kim jest Kellerman, do cholery!
– A wiesz, że ukrywa się tuż obok?
– Kurwa, co tu się dzieje?
Podbiegłem do okna. Kamienica wariowała. Pojawiała się i znikała jak w stroboskopie. W dole ulicy mignął mi cień mężczyzny. Olałem Adama i ruszyłem schodami w dół. W oknach klatki odbijało się ostre światło płynące z poddasza. W chwili, w której wypadłem na ulicę, zrozumiałem. Odkryli kryjówkę Żydówki…
– Theo, to na nic! – krzyczał z balkonu Jąderko.
Przystanąłem i rozejrzałem się. Mrok zakłamywał wszystko, ale żar papierosa grubasa był doskonale widoczny. Okolica drżała, jakby była fatamorganą. Nie byłem w stanie stwierdzić, w której epoce jestem.
Przyprowadzony nie wiadomo po co mężczyzna zamajaczył przy wejściu do sąsiedniej kamienicy. Dziwna sprawa, ale tym razem wyraźnie widziałem budynek, a nie prześwit z obecnych czasów. Wszedłem do środka. Zaatakował mnie smród kapusty i fekaliów. Wspiąłem się po schodach na poddasze.
Tupot Niemców był nieomal nierzeczywisty. Mieszał się gruchaniem gołębi. Zamgloną rzeczywistość przeszył dziewczęcy krzyk. Widziałem wyłącznie schody i drewno podłogi. Wytężałem wszystkie zmysły, ale troska o nieświadomego niebezpieczeństwa człowieka zaburzała wizję.
Wpadłem na poddasze. Mężczyzna stał na środku pokoju. Nie widział tańczących na ścianach cieni minionej tragedii, ale musiał wyczuwać nienormalną aurę tego miejsca. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. W jego oczach czaił się strach. Pod stopami poczułem delikatne drżenie podłogi. Rzuciłem się na faceta i wypchnąłem go przez okno, wypadając wraz z nim. Lepsze to niż zmiażdżenie ciała w znikających i pojawiających się bez ostrzeżenia elementach konstrukcyjnych pięter znajdujących się pod nami. Tuż przed zderzeniem z brukiem zamknąłem oczy. Miałem nadzieję, że poskładają nam kości.
***
Znacie takie uczucie, gdy budzicie się z głębokiego niebytu i nie wiecie, gdzie jesteście, a do tego dopada was ból paraliżujący każdy fragment ciała? Jestem przekonany, że właśnie tego stanu doświadczają wszyscy pacjenci tuż po powrocie do świadomości. Wydaje mi się, że właściwą reakcją jest wówczas natychmiastowa chęć ponownego odpłynięcia. Szczęśliwcy wygrywają na loterii bonus w postaci aplikowanej przez miłosiernego lekarza śpiączki farmakologicznej. Mnie to najwyraźniej ominęło.
Ostrożnie uchyliłem powieki, a moje oczy momentalnie zalało ostre światło, spotęgowane szpitalną bielą. Kto do cholery projektował szpitalne wnętrza!? Mózg podjął gorączkową analizę stanu organizmu. Już po chwili wiedziałem, że zakuli mnie w gips. Koło łóżka siedział Jąderko i bacznie mi się przyglądał.
– Kręgosłup? – wychrypiałem.
– Mówią, że w porządku, Theo. Dasz radę. W końcu się obudziłeś.
– Długo spałem?
– Prawie trzy doby.
– A ten drugi?
– Żyje i ma się tak jak ty.
– Czyli kiepsko – podsumowałem.
– Żyje, Theo – powiedział z naciskiem Adam. – Ty też.
– Jak to się wszystko…
– Wszystko jest w porządku stary, odpoczywaj – próbował mnie zbyć łysol.
– Mów!
– No, jak zobaczyłem, że wypadacie z tego okna, to jednocześnie nastąpiło zakrzywienie przestrzeni i balkon po lewej stronie jakby się zmaterializował.
– Był tam. Był cały czas, gdy tam mieszkałem. Dlaczego…
– Dlaczego nie poznałeś, że grubas, czy tam jak go zwą, Kellerman, to duch?
– Właśnie.
– Nie wiem chłopie. Nazwijmy to wypaleniem zawodowym. Rozwód i …
– Tyle lat układ sił istniał bez najmniejszych zachwiań. W samym środku miasta – wszedłem mu w słowo.
– Kondensacja jego energii była tak silna, jak u tej dziewczyny. Można powiedzieć, że się równoważyli i to utrzymywało ulicę w jako takim porządku. Ale potem…
– … wprowadziłem się ja i wyzwoliłem katastrofę.
– Theo, to nie czas na wyrzuty, chłopie. Nie twoja wina.
– Moja, Adamie. Tylko moja. Zawładnęła mną żądza spisania książki i nie zrozumiałem, co się dzieje. Te wszystkie ofiary…
– Prędzej czy później zła energia i tak by się uwolniła – uciął stanowczo Jąderko. – W każdym razie Kellerman został zneutralizowany, a dziewczyna zniknęła bez śladu.
Adam podniósł się i wygładził kanty spodni. Przez chwilę bacznie mnie obserwował, a potem westchnął i krzywo się uśmiechnął.
– No, to dochodź do siebie. Agencja o ciebie zadba. Bywaj, druhu.
– Dziewczyna…
– To już nieważne. Odpoczywaj. – Jąderko skinął głową i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi.
Leżałem spokojnie, ale rozpierały mnie radość i podniecenie.
Tak, nie wątpiłem, że agencja o mnie zadba, jeśli tylko dam jej na to szansę. Dziewczyna została zneutralizowana. Miałem jej książkę. Miałem nazwiska i wszystkie dowody na wyłączność, a także nowe ciało. Względnie młode i gotowe na ostateczne poświęcenie dla sprawy. Przez chwilę smakowałem na języku nowe odkrycie lingwistyczne. Dojrzewało goryczą popękanych ust, ale nie dało za wygraną.
Mein Name ist Joachim Kellerman.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz