Inspektor
Zawojny siedział przy biurku w swoim gabinecie z twarzą ukrytą w dłoniach. Idąc
za sugestią agenta Jąderki, wysłał żonę z dzieckiem do domu jej rodziców w
Radomiu i obecnie gratulował sobie w duchu tej decyzji. Zgodnie z przepowiednią
tajemnicze zjawiska nasilały się i zataczały coraz szersze kręgi. Zawojny przed
chwilą otrzymał informację, że miało miejsce tragiczne i trudne do wyjaśnienia
zdarzenie na stacji metra Pole Mokotowskie. Zgodnie z relacją Sosnkiewicza
peron zaścielały powykręcane zwłoki. Sama stacja też wyglądała strasznie.
Wszędzie walało się potłuczone szkło witryn reklamowych i żyrandoli. Wstępne
ekspertyzy wykazały, że pechowcy padli ofiarą uduszenia, ale wyciek gazu i
innych szkodliwych substancji zdecydowanie wykluczono. Wszystkie ofiary miały
pomiażdżone kości, łącznie z czaszkami, co przedstawiało makabryczny widok.
Fachowcy rozkładali ręce i nie potrafili podać przyczyn masakry.
Zawojny
wiedział jednak dokładnie, co się stało, i współczuł tym ludziom nagłej śmierci
pod tonami pojawiającej się znikąd ziemi. Zamyślił się. Kim właściwie był agent
Jąderko? I, co ważniejsze, dlaczego opowiedział o tym wszystkim jemu? I
dlaczego on sam nie zasugerował nawet kolegom przyczyn wydarzeń? Jąderko,
kimkolwiek był, nie zobowiązał go przecież do dyskrecji. Nie musiał! Pomyślał z
goryczą inspektor. Nikt by mu przecież i tak nie uwierzył.
– Szefie,
szefie! – Aspirant Sosnkiewicz wyglądał, jakby ducha zobaczył. – Masakra na
moście Świętokrzyskim!
– Na moście?
– Właściwie
nie na moście, ale pod nim. W wodzie roi się od samochodów i ludzi. Niektórym
chyba udało się wydostać z tonących pojazdów i …
– Jezus
Maria! – Zawojny poderwał się i sprintem pobiegł do radiowozu. Sosnkiewicz
ledwie mógł za nim nadążyć.
Na nabrzeżu
kłębił się tłum gapiów, utrudniając pracę ekipom ratunkowym, które dotarły na
miejsce chwilę przed Zawojnym. Chaos panujący w rzece był trudny do ogarnięcia.
Paru świadków zdarzenia krążyło z obłędem w oczach po nabrzeżu i mamrotało coś
o nagłym zniknięciu i ponownym pojawieniu się mostu. Wyłapywani przez
sanitariuszy chętnie oddawali się w objęcia ogłupiających środków na
uspokojenie. Pontony i łodzie krążyły wokół tonących wraków, a jeden z
ratowników krzyczał, by natychmiast przysłano płetwonurków.
Zawojny już
miał wkroczyć do akcji i rozpędzić gapiów, gdy nagle rozpoznał w tłumie
tajemniczego agenta. Odcinał się wyraźnie od reszty ludzi gładką, jakby
polerowaną łysiną. Jąderko rozejrzał się na boki i zaczął się ostrożnie
wycofywać. Po chwili oddalał się pospiesznym krokiem w stronę Starówki.
– Przejmij
akcję i zrób porządek z cywilami. Wezwij posiłki z posterunku. – Zawojny
klepnął Sosnkiewicza w ramię i ruszył w ślad za agentem.
Jąderko
sprawiał wrażenie człowieka, który nie do końca wie, dokąd zmierza. Gdy dotarł
do Placu Zamkowego, uważnie zlustrował okna otaczających go kamienic.
Najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał. Po chwili podjął wędrówkę Traktem Królewskim,
co jakiś czas zatrzymując się i bacznie obserwując budynki.
Gdy dotarli
do zbiegu ulic Nowy Świat i Chmielnej, przystanął gwałtownie. Zawojny,
doświadczony przecież w czynnościach operacyjnych w terenie, ledwie zdołał
ukryć się za załomem bramy. Zdębiał, gdy agent podszedł prosto do niego.
– Wyczuwam
tu bardzo silną koncentrację energii, drogi inspektorze – powiedział Jąderko
poważnie. – To musi być gdzieś tutaj. Na pewno niedaleko. Myślę, że powinniśmy
się kierować w głąb Chmielnej. Chodźmy! Nie ma czasu do stracenia!
Oszołomiony
Zawojny ruszył za agentem.
***
Żyłem
historią mojej Żydówki. Nic innego nie istniało. Tekst spływał przez całą noc i
był rozpaczliwym śpiewem przeszłości. Przeszłości, która nagle stała się
teraźniejszością. Przespałem niespokojnie dwie godziny, by ponownie dopaść do
komputera. Gorączkowo porządkowałem i wygładzałem tekst, niespokojnie
spoglądając na mansardowe okno. Z opowieści wyłapywałem nazwiska zbrodniarzy
wojennych i skrupulatnie spisywałem wiadomości o nich według własnego klucza.
Tabela zawierała trzy rubryki. W pierwszą wpisywałem nazwisko nazisty, w drugą
wszystkie detale jego przestępstw, a w trzeciej, jeśli tylko byłem w stanie to
zidentyfikować, imiona, nazwiska i wiek ofiar. Miałem nadzieję, że więcej
danych uda mi się uzyskać, gdy zakończymy tragiczną opowieść życia Żydówki. Nie
zapytałem jej dotąd o imię. Uznałem, że wyjawi je sama w odpowiednim momencie.
Około
południa tabela zawierała dziewięć nazwisk. Najdłuższą rubrykę ponurych zbrodni
zebrał niejaki Joachim Kellerman. Doliczyłem się szesnastu relacji z
bezpośrednich egzekucji i licznych przypadków podżegania podwładnych do
morderstw na kobietach i dzieciach. A wszystko to w murach getta. W miejscu, w którym
udręczeni ludzie walczyli codziennie o kromkę chleba i życie.
O pierwszej
nie wytrzymałem napięcia i ponownie napisałem wiadomość do dziewczyny. O dziwo,
odpisała od razu.
– Jestem. Nie wiem jak, ale znów jestem. Czy
zapisałeś wszystko?
– Wszystko.
– Dobrze. Nazwiska też?
– Też. Potrzebuję więcej danych. No wiesz, tych
zbrodniarzy.
– Wszystko ci opowiem.
I ponownie
popłynęła struga słów. Strasznych i tak doskonale pełnych, że odczuwało się
nieomal fizyczny ból. Dziewczyna miała niesamowity talent i mogłem tylko tłuc
bezsilnie głową w biurko, że miała pecha urodzić się właśnie wtedy. Wtedy,
czyli kiedy? – podszepnął mój wewnętrzny diabeł. Nie kłóciłem się z nim. Miał
rację. Oszalałem, rzeczywistość zatarła linie czasu albo objawił się mój
geniusz. Było mi wszystko jedno. Chciałem jej zdań. Tylko tego pragnąłem.
***
– Stój! –
powiedział Jąderko.
Inspektor
zatrzymał się posłusznie i powiódł wzrokiem po fasadzie kamienicy. Nie było w
niej niczego, co mogłoby zainteresować policję śledczą, ale agent wyglądał na
mocno poruszonego.
– To coś
dzieje się właśnie tutaj i w tej chwili. – Zdecydowanie otworzył drzwi.
Marmurowe
schody wiły się wąską klatką schodową. Jąderko mijał kolejne drzwi, nie
poświęcając im nawet spojrzenia. Na ostatnim piętrze było tylko jedno mieszkanie
z prawej strony. Z lewej widać było fragment ściany zabity deskami.
– To tu –
powiedział agent.
Zawojny
spodziewał się, że Jąderko zechce sforsować barykadę sosnowych desek, ale agent
odwrócił się na pięcie i zapukał do mieszkania po lewej stronie. Po chwili
drzwi otworzył mężczyzna i bez słowa spojrzał na intruzów.
– Mamy
zgłoszenie awarii – beznamiętnie powiedział Jąderko.
– Gówno
prawda – uśmiechnął się uprzejmie facet. – Wejdźcie, skoro musicie. – Uchylił
drzwi.
Mieszkanie
było schludne i… bezosobowe. Gdyby ktoś pytał inspektora o zdanie, to
przyznałby, że sprawiało wrażenie kompletnie niezamieszkanego. Bez duszy.
– Witaj,
Theo. – Jąderko podszedł do mężczyzny i energicznie go uścisnął.
– Witaj,
Adamie – odparł bez entuzjazmu mężczyzna.
Zawojny
kompletnie nie rozumiał tego, co rozgrywało się na jego oczach. Na wszelki
wypadek zajął się dyskretną lustracją lokalu.
– Mam
wrażenie, że coś tu masz dla nas, Theo – uśmiechnął się zimno agent.
– Nie wiem,
o czym mówisz.
– A ja chyba
wiem. Jak ma na imię? Jak ją ściągnąłeś?
Inspektor
wycofał się niezauważony i wszedł pomieszczenia przyległego do salonu.
Sypialni, jak się wkrótce okazało. Pierwszą rzeczą, jak rzuciła mu się w oczy,
był komputer. Tekst sam się na nim pojawiał, generując rozbłyski światła. Stanął
zafascynowany i zaczął czytać.
…można powiedzieć, że to koniec mojej historii. Wiem, że jest
kwestią czasu i ktoś z lokatorów złoży donos. Mam nadzieję, że przekazałam
wszystkie potrzebne dane. Spraw, proszę, by nas pomścili.
Zawojny
zerknął w czeluść okna balkonowego i nagle poczuł ogromną potrzebę
zaczerpnięcia majowego powietrza. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Inspektor
wyszedł i zerknął w lewą stronę. Sąsiedni balkon, przynależący do zabitego
deskami mieszkania, praktycznie nie istniał. Z krawędzi kamienicy sterczały
ostre, szare zęby betonu zwieńczone kikutami zardzewiałych prętów. Dokładnie
naprzeciwko widać było rzęsiście oświetlone mansardowe okno, a w nim sylwetki
mężczyzn szarpiących kobietę. Inspektor policzył piętra i wbiegł do mieszkania.
***
Muszę
przyznać, że pojawienie się Adama wstrząsnęło mną w nie mniejszym stopniu niż
to, że przyprowadził śmiertelnika z aktualnej epoki. Miałem nadzieję, że nikt z
agencji nie wpadnie na mój trop w Warszawie, ale sam się podłożyłem. Śledzenie
zbrodniarzy i kontakt z duchami ich ofiar miałem we krwi i właśnie się okazało,
że nie jestem w stanie od tego uciec.
– Theo, tym
razem jest źle – wciął się w moje myśli Adam Jąderko.
– Musiałem…
– Wiem.
– Mam
nazwiska. Dziewięć. I obciążające relacje…
– Theo,
zrozum! Mamy tysiące ofiar.
Z sypialni
wypadł koleś Jąderki i powiódł błędnym wzrokiem po salonie.
– W
kamienicy naprzeciwko dzieje się coś złego! – krzyknął i pobiegł w stronę drzwi
wyjściowych.
– Adam! –
krzyknąłem. – Zrób coś, do cholery. Człowieka szkoda.
– Poczekaj –
odparł spokojnie Jąderko. – Jest wielka szansa, że wypłoszy Kellermana.
– O czym ty
mówisz?!! – wrzasnąłem.
– Pierwszy
na twojej liście.
– Wiem, kim
jest Kellerman, do cholery!
– A wiesz,
że ukrywa się tuż obok?
– Kurwa, co
tu się dzieje?
Podbiegłem
do okna. Kamienica wariowała. Pojawiała się i znikała jak w stroboskopie. W
dole ulicy mignął mi cień mężczyzny. Olałem Adama i ruszyłem schodami w dół. W
oknach klatki odbijało się ostre światło płynące z poddasza. W chwili, w której
wypadłem na ulicę, zrozumiałem. Odkryli kryjówkę Żydówki…
– Theo, to
na nic! – krzyczał z balkonu Jąderko.
Przystanąłem
i rozejrzałem się. Mrok zakłamywał wszystko, ale żar papierosa grubasa był
doskonale widoczny. Okolica drżała, jakby była fatamorganą. Nie byłem w stanie
stwierdzić, w której epoce jestem.
Przyprowadzony
nie wiadomo po co mężczyzna zamajaczył przy wejściu do sąsiedniej kamienicy.
Dziwna sprawa, ale tym razem wyraźnie widziałem budynek, a nie prześwit z
obecnych czasów. Wszedłem do środka. Zaatakował mnie smród kapusty i fekaliów.
Wspiąłem się po schodach na poddasze.
Tupot
Niemców był nieomal nierzeczywisty. Mieszał się gruchaniem gołębi. Zamgloną
rzeczywistość przeszył dziewczęcy krzyk. Widziałem wyłącznie schody i drewno
podłogi. Wytężałem wszystkie zmysły, ale troska o nieświadomego
niebezpieczeństwa człowieka zaburzała wizję.
Wpadłem na
poddasze. Mężczyzna stał na środku pokoju. Nie widział tańczących na ścianach
cieni minionej tragedii, ale musiał wyczuwać nienormalną aurę tego miejsca.
Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. W jego oczach czaił się strach. Pod
stopami poczułem delikatne drżenie podłogi. Rzuciłem się na faceta i wypchnąłem
go przez okno, wypadając wraz z nim. Lepsze to niż zmiażdżenie ciała w
znikających i pojawiających się bez ostrzeżenia elementach konstrukcyjnych
pięter znajdujących się pod nami. Tuż przed zderzeniem z brukiem zamknąłem
oczy. Miałem nadzieję, że poskładają nam kości.
***
Znacie takie
uczucie, gdy budzicie się z głębokiego niebytu i nie wiecie, gdzie jesteście, a
do tego dopada was ból paraliżujący każdy fragment ciała? Jestem przekonany, że
właśnie tego stanu doświadczają wszyscy pacjenci tuż po powrocie do
świadomości. Wydaje mi się, że właściwą reakcją jest wówczas natychmiastowa
chęć ponownego odpłynięcia. Szczęśliwcy wygrywają na loterii bonus w postaci
aplikowanej przez miłosiernego lekarza śpiączki farmakologicznej. Mnie to
najwyraźniej ominęło.
Ostrożnie
uchyliłem powieki, a moje oczy momentalnie zalało ostre światło, spotęgowane
szpitalną bielą. Kto do cholery projektował szpitalne wnętrza!? Mózg podjął
gorączkową analizę stanu organizmu. Już po chwili wiedziałem, że zakuli mnie w
gips. Koło łóżka siedział Jąderko i bacznie mi się przyglądał.
– Kręgosłup?
– wychrypiałem.
– Mówią, że
w porządku, Theo. Dasz radę. W końcu się obudziłeś.
– Długo
spałem?
– Prawie
trzy doby.
– A ten
drugi?
– Żyje i ma
się tak jak ty.
– Czyli
kiepsko – podsumowałem.
– Żyje, Theo
– powiedział z naciskiem Adam. – Ty też.
– Jak to się
wszystko…
– Wszystko
jest w porządku stary, odpoczywaj – próbował mnie zbyć łysol.
– Mów!
– No, jak
zobaczyłem, że wypadacie z tego okna, to jednocześnie nastąpiło zakrzywienie
przestrzeni i balkon po lewej stronie jakby się zmaterializował.
– Był tam.
Był cały czas, gdy tam mieszkałem. Dlaczego…
– Dlaczego
nie poznałeś, że grubas, czy tam jak go zwą, Kellerman, to duch?
– Właśnie.
– Nie wiem
chłopie. Nazwijmy to wypaleniem zawodowym. Rozwód i …
– Tyle lat
układ sił istniał bez najmniejszych zachwiań. W samym środku miasta – wszedłem
mu w słowo.
–
Kondensacja jego energii była tak silna, jak u tej dziewczyny. Można
powiedzieć, że się równoważyli i to utrzymywało ulicę w jako takim porządku.
Ale potem…
– …
wprowadziłem się ja i wyzwoliłem katastrofę.
– Theo, to
nie czas na wyrzuty, chłopie. Nie twoja wina.
– Moja,
Adamie. Tylko moja. Zawładnęła mną żądza spisania książki i nie zrozumiałem, co
się dzieje. Te wszystkie ofiary…
– Prędzej
czy później zła energia i tak by się uwolniła – uciął stanowczo Jąderko. – W
każdym razie Kellerman został zneutralizowany, a dziewczyna zniknęła bez śladu.
Adam
podniósł się i wygładził kanty spodni. Przez chwilę bacznie mnie obserwował, a
potem westchnął i krzywo się uśmiechnął.
– No, to
dochodź do siebie. Agencja o ciebie zadba. Bywaj, druhu.
–
Dziewczyna…
– To już
nieważne. Odpoczywaj. – Jąderko skinął głową i bezszelestnie zamknął za sobą
drzwi.
Leżałem
spokojnie, ale rozpierały mnie radość i podniecenie.
Tak, nie
wątpiłem, że agencja o mnie zadba, jeśli tylko dam jej na to szansę. Dziewczyna
została zneutralizowana. Miałem jej książkę. Miałem nazwiska i wszystkie dowody
na wyłączność, a także nowe ciało. Względnie młode i gotowe na ostateczne
poświęcenie dla sprawy. Przez chwilę smakowałem na języku nowe odkrycie
lingwistyczne. Dojrzewało goryczą popękanych ust, ale nie dało za wygraną.
Mein Name ist Joachim Kellerman.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz