czwartek, 28 marca 2013

Poddasze 3 - opowiadanie





Przez trzy kolejne dni nic się nie wydarzyło. Siedziałem przed komputerem, próbując kontynuować pracę nad tekstem, jednak każdy wyraz, ba, nawet każda dopisana litera kompletnie nie pasowała do całości. Kasowałem ze złością ciągi zdań, by z nadzieją dopisywać kolejne, ale wszystko na nic. Pogrążałem się we frustracji. W piątek wieczorem zatrzasnąłem z furią laptopa i postanowiłem wyjść na spacer. Może widok ludzi podziała na mnie stymulująco.
Na ruchliwą uliczkę spływał powoli zmierzch. Przechodnie pędzili w sobie tylko znanym celu i kierunku. Stanąłem i przymknąłem oczy. Ludzki strumień opływał mnie obojętnie. Ciekawe, co musiałbym zrobić, żeby ktokolwiek mnie zauważył?
Zgodnie z moimi przypuszczeniami do znajdującego się rzekomo tuż obok parku musiałem maszerować szybkim krokiem przez dobre piętnaście minut. Spacer dobrze mi zrobił. Rześkie powietrze wygładziło nieco wzburzony nurt myśli i na większość spraw spojrzałem z pewnym optymizmem. Założyłem, że wszyscy – zwłaszcza początkujący – pisarze muszą mieć okresy załamania wiary we własne możliwości. Wena wróci. Z pewnością.
Przez godzinę krążyłem zamyślony po parkowych alejkach. Zmierzch przeszedł w ciepły, wiosenny wieczór, a wokół zapłonęły stylowe latarnie.
Alejka opustoszała. Byłem obecnie jedynym amatorem spacerów. Postanowiłem wracać do domu. Park położony na zboczu pagórka zmusił mnie do szybkiego marszu pod górę. Z tej perspektywy szereg kamienic, w której znajdowało się moje mieszkanie, był wyraźnie widoczny ponad wierzchołkami rozłożystych klonów. Szereg domów z przeciwnej strony ulicy wznosił się ukośnie po prawej stronie, eksponując podświetlone płaszczyzny okien. Co ciekawe, w miejscu, w którym spodziewałem się zobaczyć budynek z tajemniczym mansardowym oknem, ziała czarna pustka. W pierwszej chwili założyłem, że dziwnym zbiegiem okoliczności światła we wszystkich oknach są pogaszone i przez to budynek stał się całkowicie niewidoczny. Im wyżej się jednak wspinałem tym bardziej stawało się oczywiste, że żadnego budynku nie ma.
Kompletnie ogłupiały, przyspieszyłem kroku, i po krótkim marszu wszedłem w moją uliczkę. Wszystko wyglądało normalnie. Dołem ciągnęły się rzęsiście oświetlone sklepy i kawiarnie. Pomiędzy rabatami kwiatów snuli się turyści i znudzona młodzież. Stanąłem naprzeciwko miejsca, w którym jeszcze kilka godzin temu istniała kamienica z mansardowym oknem. W tej chwili nie było tam zupełnie niczego, jedynie przesmyk wiodący do położonych nieco w głębi domów. Odwróciłem się na pięcie i pomaszerowałem w stronę wejścia do klatki schodowej w mojej kamienicy. Zaczynałem poważnie obawiać się o swoje zdrowie psychiczne.
Wspiąłem się po gładkich marmurowych schodach na ostatnie piętro i niezdecydowany stanąłem przed drzwiami swojego mieszkania. Nie wiem, czego się obawiałem. Może tego, że zniknie jak sąsiednia kamienica? Gdy w końcu odważyłem się przekręcić klucz w zamku, odetchnąłem z ulgą i wszedłem do środka. Tu wszystko było na swoim miejscu. Nie tracąc czasu na zdejmowanie butów, poszedłem do sypialni. Już w progu zauważyłem, że kamienica, której wcześniej nie było, stoi sobie spokojnie tam, gdzie widziałem ją wcześniej. Zakręciło mi się w głowie i usiadłem na skraju łóżka, nie spuszczając oczu z dziwnego domu.
Dopiero teraz zacząłem mu się baczniej przyglądać. Wcześniej zaprzątało mnie wyłącznie małe okno poddasza, ale teraz lustrowałem gorączkowo całą fasadę. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest bardziej zaniedbana niż jej sąsiadki. Na wysokości drugiego piętra po poszarzałym tynku ciągnęła się czarna smuga – najwyraźniej pamiątka po jakimś pożarze. Wszystkie okna były szczelnie pozasłaniane kotarami, a na dole budynku nie było żadnych sklepów ani punktów usługowych. Obok drewnianych drzwi, zapewne wiodących na klatkę schodową, widniał ciąg zwyczajnych okien. Widocznie uchował się tam jakiś lokator. Desperat, którego właściciel kamienicy nie mógł usunąć, tracąc tym samym profity z zamiany parteru na lokal usługowy.
Nie dane mi było jednak dłużej się tym zajmować. Komputer ożył i samowolnie otworzył kolejny plik tekstowy. Pusty. Po chwili zaczęły się w nim pojawiać ciągi liter.
Dzisiaj mija równe trzynaście miesięcy mojej niewoli na strychu. Pan Malinowski pewnie nazwałby mnie niewdzięcznicą, gdyby usłyszał te słowa, ale jestem przekonana, że nie wie, jak to jest: siedzieć w maleńkim pokoiku na poddaszu przez tak długi czas, bez kontaktu z ludźmi i bez możliwości wyjścia choćby na chwilę. Ileż bym dała, by poczuć wiosenne krople deszczu na twarzy!
Kradzione życie zza rolety już mi nie wystarcza, a i z pewnością nie jest bezpieczne. Chyba popadam w obłęd. Wczoraj spoglądałam na ulicę, która w jednej chwili zmieniła się na moich oczach. Zrobiło się bardzo jasno pomimo nocy, a czynszówki zalśniły mrugającymi światłami we wszystkich kolorach tęczy. Przez chwilę wydawało mi się, że środkiem biegnie grupa kolorowo odzianych istot, ale zaraz dziwny obraz zasnuł się mgłą i więcej nie wrócił.
– Jezu! – wrzasnąłem i odepchnąłem krzesło od biurka.
***
– Cóż, nie jest dobrze! – zawyrokował agent Jąderko po raz trzeci i pogładził się po łysinie, nie przerywając spaceru po gabinecie inspektora Zawojnego.
O tym, że dobrze nie jest, Zawojny doskonale wiedział sam. Sześć trupów – efekt niewyjaśnionych wydarzeń poprzedniej nocy – jeszcze dobrze nie ostygło, a już mieli kolejne ciała.
– Co pan o tym wszystkim myśli? – zapytał dyplomatycznie.
– Drogi panie inspektorze! Są na świecie rzeczy, które nam się nie śniły – westchnął filozoficznie Jąderko. – No, może nie nam, ale wam – dodał po chwili namysłu.
– Jak mam to rozumieć? – zapytał inspektor, bez powodzenia starając się stłumić irytację.
– Podejrzewam, że mamy tu do czynienia z nałożeniem się czasoprzestrzeni.
– Słucham?!
– Jakby to panu prosto wyjaśnić … – Agenta najwyraźniej bawiła sytuacja. – Mamy fragmenty ciał i, jak wykazała analiza, strzępy mundurów z czasów drugiej wojny światowej. Gdybym miał się zakładać, to chłopaki mieli niezłego pecha. Jechali sobie spokojnie Traktem Królewskim w 1941 albo może 1942 roku i nagle trafili do dziury czasowej. Wyskoczyli w 2011. Pewnie uznaliby to za chwilową ułudę, ale w miejscu, w którym w 1941 droga biegła prosto, w naszych czasach coś im stanęło na drodze i była to wiadoma budka z kebabami.
– Pan jest szalony! – szepnął Zawojny.
– Drogi kolego – uśmiechnął się z wyższością Jąderko. – Z chęcią posłucham racjonalnego i bardziej wiarygodnego wyjaśnienia.
– A wypadek na Szpitalnej? A wbity na pal chłopak? Albo Rosjanka ze zmiażdżonymi nogami?
– Drogi inspektorze! Przecież to proste. Niech pan sobie z łaski swojej wyobrazi, że idzie pan ulicą i nagle na rzeczywistość z 2011 roku nakłada się materialny obraz tego samego miejsca sprzed sześćdziesięciu lat. Nie wie pan dokładnie, co tam było, prawda?
– Nadal nie rozumiem …
– Chłopak miał pecha stanąć w miejscu, w którym w tamtej rzeczywistości stał jakiś metalowy słup lub maszt. Wizja minęła, maszt zniknął, ale śmiercionośne skutki pozostały. Skoda prawdopodobnie wbiła się w niemiecki pojazd opancerzony, sądząc po kolorze farby na zderzaku.
– A pielęgniarka?
– Nierówności terenu.
– Słucham?
– W miejscu, w którym odnaleziono ciało, w czasach okupacji była betonowa zapora. Niewysoka. Taka do kolan …
– Skąd…
– Skąd wiem? Wystarczy prześledzić zdjęcia ulicy z tamtego okresu.
W pokoju zapadła cisza, zakłócona jedynie miarowym szumem komputera. Zawojny zerknął przez okno na zalaną światłem latarni ulicę i przez chwilę wyobrażał sobie, że jej środkiem jedzie kolumna niemieckich czołgów i wozów opancerzonych.
– Skąd to się wzięło? – szepnął bezradnie.
– To nigdy nie jest do końca wiadome.
– Chce pan powiedzieć, że w przeszłości zdarzały się podobne wypadki?!
– Zgadza się, choć nigdy na taką skalę. I co ciekawe, zjawisko zatacza coraz szersze kręgi. Wczoraj był to rejon ulic Chmielnej i Szpitalnej, a dzisiaj mamy przypadki z Traktu Królewskiego i z okolic Placu Defilad. Siła, która utrzymuje tunel czasowy, potęguje się z każdą chwilą. Jeśli jej nie powstrzymamy, to rzeczywistości będą się nakładać na coraz większych obszarach i materializujące się obiekty z tamtych lat będą zagrażały całej ludności.
– Możemy coś z tym zrobić?
– Prywatnie czy oficjalnie?
– Prywatnie.
– Niech pan odeśle rodzinę jak najdalej od Warszawy. Na kilka dni powinno wystarczyć.
– A oficjalnie?
– Prowadzimy śledztwo.
Agent Jąderko skinął głową inspektorowi i skierował się w stronę drzwi wyjściowych. Zawojny tkwił nieporuszony za biurkiem i stukał palcami w blat.
– Widzę w tym pewną nieścisłość – odezwał się do pleców agenta.
– To znaczy?
– Skoro we wszystkich przypadkach ofiary pochodzą z naszych czasów, a rzeczy, które je zabiły, znikają w przeszłości, to skąd trupy Niemców?
– Bardzo dobre pytanie, inspektorze. Nieoficjalnie odpowiedziałbym, że to świadczy o generowaniu anomalii jednocześnie tam i u nas.
– I co to oznacza dla nas?
– Z pewnością to, że zjawisko się nasili. Chyba że uda się ustalić źródło po naszej stronie i zdusić w zarodku.
Agent skinął głową Zawojnemu i opuścił gabinet.
***
Zaglądaliście kiedyś do Narodowego Archiwum Cyfrowego? Pewnie nie, a wielka szkoda. Już na wstępie zdumiałaby was dokumentacja zdjęciowa dotycząca warszawskich basenów. Puszycie się i wstrząsacie piórkami nad minioną ciemnotą? Daj wam, obecny rządzie, równie zjawiskowy basen jak przedwojenne cudeńko z Łazienkowskiej. Nie o tym jednak chciałem pisać.
Prześledziłem wszystkie dostępne materiały, odbyłem pielgrzymki do bibliotek i wysłałem pytania do instytutów historycznych wszystkich uczelni. Nikt nie udzielił mi informacji o stojących naprzeciwko mojego oknach kamienicach. Może kiedyś miały inne numery?
Krążyłem po mieszkaniu jak lew po klatce i co chwilę wychodziłem na balkon. Kamienica z mansardowym oknem stała sobie spokojnie i wyglądała złowieszczo normalnie. Parę razy skinąłem głową grubasowi, który ponownie przyrósł do barierki i pstrykał niedopałkami za balustradę. Jak zwykle nie zwrócił na mnie uwagi .
Ogarnęła mnie nowa obsesja. Przez całą dobę miałem włączony komputer i potrafiłem nawet kilka razy w nocy sprawdzać, czy Żydówka nie stworzyła nowego pliku tekstowego. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Nie próbowałem dopisywać czegokolwiek do tekstu. Już wcześniej się przekonałem, że cudze ciągi liter nie akceptują intruzów. Usiadłem jednak przed monitorem i od niechcenia gładziłem wypukłości klawiatury.
Jesteś tam? – napisałem pytanie w pliku z relacją wizji ulicy Chmielnej z XXI wieku. Nie spodziewałem się odpowiedzi. Musiałem coś zrobić z palcami. Obwiodłem palcem wskazującym spację i zapatrzyłem się w okno balkonowe.
Jestem – rozbłysnął ekran.
– Jezu – wyszeptałem – Co tu się do cholery dzieje?
Wszystko jest w porządku – zamigotał komputer.
Podniosłem się niezgrabnie z podłogi i położyłem drżące palce na klawiaturze.
Kim jesteś? – napisałem.
Nie wiem.
Słyszysz moje myśli i mnie widzisz! – wystukałem gorączkowo.
Przepraszam.
Jak to możliwe?
Nie wiem.
CZEGO ODE MNIE CHCESZ???? – wystukałem capsem, nie mając specjalnie złudzeń, że moja rozmówczyni zrozumie pisany krzyk.
Niczego.
Masz komputer? Jak się ze mną komunikujesz?
CO NIBY MAM MIEĆ?
Przynajmniej była pojętna i załapała niuanse konwersacji obecnych czasów.
Nieważne. Powiedz, jak się ze mną łączysz.
Śnię. Śnisz mi się. Chyba.
Kim jesteś? – ponowiłem.
Nie wiem tak naprawdę. Śnię chyba.
Piszesz książkę? – zaryzykowałem pytanie.
ŚLEDZISZ MNIE?
Nie, nie śledzę. Po prostu… Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale ja też widzę twoje myśli, tylko na moim… Na takiej jakby maszynie do pisania.
Jak to możliwe?!
Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić. Tak samo jak ty nie umiesz mi powiedzieć, jak czytasz moje myśli. Może to faktycznie jest jakiś dziwny sen?
Nie piszę książki ani wspomnień. Nie mam na czym. Układam sobie zdania w głowie i powtarzam do znudzenia, by zapamiętać. Kiedyś, jeśli dane mi będzie przeżyć, spiszę to wszystko na papierze. Choć właściwie to nie wiem po co. Ostatnio zbyt wielu ciekawych wydarzeń nie było w moim życiu.
Piszesz świetnie. ­– Wyplułem to zdanie jak gorzką pigułę i z zazdrością.
I tak nic z tego nie pozostanie. Czuję, że nie przeżyję tej cholernej wojny.
Nie mów tak.
Kiedy to prawda! Żal mi jedynie pamięci tych wszystkich, którzy teraz żyją już tylko w mojej głowie.
Pisałem Ci, że twoje myśli zapisują się na mojej maszynie? Możemy spisać całą książkę. Przechowam ją do czasu, gdy będziesz wolna.
Nigdy nie będę wolna. Ale dobrze, zgadzam się. Obiecasz, że pokażesz moje zapiski innym ludziom?
Tak.
Czy obiecasz mi, że gdy wojna się skończy, ogłosisz światu nazwiska tych wszystkich zbrodniarzy z getta?
Tak, obiecuję ci to.
A potem słowa popłynęły świetlistą strugą do edytora tekstowego. Chłonąłem całym sobą przerażającą opowieść żydowskiej pisarki. Dzień przerodził się w wieczór, a wieczór w noc. Tekst spływał nieprzerwanie jeszcze przez wiele godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz