Przez trzy
kolejne dni nic się nie wydarzyło. Siedziałem przed komputerem, próbując
kontynuować pracę nad tekstem, jednak każdy wyraz, ba, nawet każda dopisana
litera kompletnie nie pasowała do całości. Kasowałem ze złością ciągi zdań, by
z nadzieją dopisywać kolejne, ale wszystko na nic. Pogrążałem się we frustracji.
W piątek wieczorem zatrzasnąłem z furią laptopa i postanowiłem wyjść na spacer.
Może widok ludzi podziała na mnie stymulująco.
Na ruchliwą
uliczkę spływał powoli zmierzch. Przechodnie pędzili w sobie tylko znanym celu
i kierunku. Stanąłem i przymknąłem oczy. Ludzki strumień opływał mnie
obojętnie. Ciekawe, co musiałbym zrobić, żeby ktokolwiek mnie zauważył?
Zgodnie z
moimi przypuszczeniami do znajdującego się rzekomo tuż obok parku musiałem
maszerować szybkim krokiem przez dobre piętnaście minut. Spacer dobrze mi
zrobił. Rześkie powietrze wygładziło nieco wzburzony nurt myśli i na większość
spraw spojrzałem z pewnym optymizmem. Założyłem, że wszyscy – zwłaszcza
początkujący – pisarze muszą mieć okresy załamania wiary we własne możliwości.
Wena wróci. Z pewnością.
Przez
godzinę krążyłem zamyślony po parkowych alejkach. Zmierzch przeszedł w ciepły,
wiosenny wieczór, a wokół zapłonęły stylowe latarnie.
Alejka
opustoszała. Byłem obecnie jedynym amatorem spacerów. Postanowiłem wracać do
domu. Park położony na zboczu pagórka zmusił mnie do szybkiego marszu pod górę.
Z tej perspektywy szereg kamienic, w której znajdowało się moje mieszkanie, był
wyraźnie widoczny ponad wierzchołkami rozłożystych klonów. Szereg domów z
przeciwnej strony ulicy wznosił się ukośnie po prawej stronie, eksponując
podświetlone płaszczyzny okien. Co ciekawe, w miejscu, w którym spodziewałem
się zobaczyć budynek z tajemniczym mansardowym oknem, ziała czarna pustka. W
pierwszej chwili założyłem, że dziwnym zbiegiem okoliczności światła we wszystkich
oknach są pogaszone i przez to budynek stał się całkowicie niewidoczny. Im
wyżej się jednak wspinałem tym bardziej stawało się oczywiste, że żadnego
budynku nie ma.
Kompletnie
ogłupiały, przyspieszyłem kroku, i po krótkim marszu wszedłem w moją uliczkę.
Wszystko wyglądało normalnie. Dołem ciągnęły się rzęsiście oświetlone sklepy i
kawiarnie. Pomiędzy rabatami kwiatów snuli się turyści i znudzona młodzież.
Stanąłem naprzeciwko miejsca, w którym jeszcze kilka godzin temu istniała
kamienica z mansardowym oknem. W tej chwili nie było tam zupełnie niczego,
jedynie przesmyk wiodący do położonych nieco w głębi domów. Odwróciłem się na
pięcie i pomaszerowałem w stronę wejścia do klatki schodowej w mojej kamienicy.
Zaczynałem poważnie obawiać się o swoje zdrowie psychiczne.
Wspiąłem się
po gładkich marmurowych schodach na ostatnie piętro i niezdecydowany stanąłem
przed drzwiami swojego mieszkania. Nie wiem, czego się obawiałem. Może tego, że
zniknie jak sąsiednia kamienica? Gdy w końcu odważyłem się przekręcić klucz w
zamku, odetchnąłem z ulgą i wszedłem do środka. Tu wszystko było na swoim
miejscu. Nie tracąc czasu na zdejmowanie butów, poszedłem do sypialni. Już w
progu zauważyłem, że kamienica, której wcześniej nie było, stoi sobie spokojnie
tam, gdzie widziałem ją wcześniej. Zakręciło mi się w głowie i usiadłem na
skraju łóżka, nie spuszczając oczu z dziwnego domu.
Dopiero
teraz zacząłem mu się baczniej przyglądać. Wcześniej zaprzątało mnie wyłącznie
małe okno poddasza, ale teraz lustrowałem gorączkowo całą fasadę. Już na
pierwszy rzut oka widać było, że jest bardziej zaniedbana niż jej sąsiadki. Na
wysokości drugiego piętra po poszarzałym tynku ciągnęła się czarna smuga –
najwyraźniej pamiątka po jakimś pożarze. Wszystkie okna były szczelnie
pozasłaniane kotarami, a na dole budynku nie było żadnych sklepów ani punktów
usługowych. Obok drewnianych drzwi, zapewne wiodących na klatkę schodową,
widniał ciąg zwyczajnych okien. Widocznie uchował się tam jakiś lokator.
Desperat, którego właściciel kamienicy nie mógł usunąć, tracąc tym samym
profity z zamiany parteru na lokal usługowy.
Nie dane mi
było jednak dłużej się tym zajmować. Komputer ożył i samowolnie otworzył
kolejny plik tekstowy. Pusty. Po chwili zaczęły się w nim pojawiać ciągi liter.
Dzisiaj mija równe trzynaście miesięcy mojej niewoli na strychu.
Pan Malinowski pewnie nazwałby mnie niewdzięcznicą, gdyby usłyszał te słowa,
ale jestem przekonana, że nie wie, jak to jest: siedzieć w maleńkim pokoiku na
poddaszu przez tak długi czas, bez kontaktu z ludźmi i bez możliwości wyjścia
choćby na chwilę. Ileż bym dała, by poczuć wiosenne krople deszczu na twarzy!
Kradzione życie zza rolety już mi nie wystarcza, a i z pewnością
nie jest bezpieczne. Chyba popadam w obłęd. Wczoraj spoglądałam na ulicę, która
w jednej chwili zmieniła się na moich oczach. Zrobiło się bardzo jasno pomimo
nocy, a czynszówki zalśniły mrugającymi światłami we wszystkich kolorach tęczy.
Przez chwilę wydawało mi się, że środkiem biegnie grupa kolorowo odzianych
istot, ale zaraz dziwny obraz zasnuł się mgłą i więcej nie wrócił.
– Jezu! –
wrzasnąłem i odepchnąłem krzesło od biurka.
***
– Cóż, nie
jest dobrze! – zawyrokował agent Jąderko po raz trzeci i pogładził się po
łysinie, nie przerywając spaceru po gabinecie inspektora Zawojnego.
O tym, że dobrze
nie jest, Zawojny doskonale wiedział sam. Sześć trupów – efekt niewyjaśnionych
wydarzeń poprzedniej nocy – jeszcze dobrze nie ostygło, a już mieli kolejne
ciała.
– Co pan o
tym wszystkim myśli? – zapytał dyplomatycznie.
– Drogi
panie inspektorze! Są na świecie rzeczy, które nam się nie śniły – westchnął
filozoficznie Jąderko. – No, może nie nam, ale wam – dodał po chwili namysłu.
– Jak mam to
rozumieć? – zapytał inspektor, bez powodzenia starając się stłumić irytację.
–
Podejrzewam, że mamy tu do czynienia z nałożeniem się czasoprzestrzeni.
– Słucham?!
– Jakby to
panu prosto wyjaśnić … – Agenta najwyraźniej bawiła sytuacja. – Mamy fragmenty
ciał i, jak wykazała analiza, strzępy mundurów z czasów drugiej wojny
światowej. Gdybym miał się zakładać, to chłopaki mieli niezłego pecha. Jechali
sobie spokojnie Traktem Królewskim w 1941 albo może 1942 roku i nagle trafili
do dziury czasowej. Wyskoczyli w 2011. Pewnie uznaliby to za chwilową ułudę,
ale w miejscu, w którym w 1941 droga biegła prosto, w naszych czasach coś im
stanęło na drodze i była to wiadoma budka z kebabami.
– Pan jest
szalony! – szepnął Zawojny.
– Drogi
kolego – uśmiechnął się z wyższością Jąderko. – Z chęcią posłucham racjonalnego
i bardziej wiarygodnego wyjaśnienia.
– A wypadek
na Szpitalnej? A wbity na pal chłopak? Albo Rosjanka ze zmiażdżonymi nogami?
– Drogi
inspektorze! Przecież to proste. Niech pan sobie z łaski swojej wyobrazi, że
idzie pan ulicą i nagle na rzeczywistość z 2011 roku nakłada się materialny
obraz tego samego miejsca sprzed sześćdziesięciu lat. Nie wie pan dokładnie, co
tam było, prawda?
– Nadal nie
rozumiem …
– Chłopak
miał pecha stanąć w miejscu, w którym w tamtej rzeczywistości stał jakiś
metalowy słup lub maszt. Wizja minęła, maszt zniknął, ale śmiercionośne skutki
pozostały. Skoda prawdopodobnie wbiła się w niemiecki pojazd opancerzony,
sądząc po kolorze farby na zderzaku.
– A
pielęgniarka?
–
Nierówności terenu.
– Słucham?
– W miejscu,
w którym odnaleziono ciało, w czasach okupacji była betonowa zapora. Niewysoka.
Taka do kolan …
– Skąd…
– Skąd wiem?
Wystarczy prześledzić zdjęcia ulicy z tamtego okresu.
W pokoju
zapadła cisza, zakłócona jedynie miarowym szumem komputera. Zawojny zerknął
przez okno na zalaną światłem latarni ulicę i przez chwilę wyobrażał sobie, że
jej środkiem jedzie kolumna niemieckich czołgów i wozów opancerzonych.
– Skąd to
się wzięło? – szepnął bezradnie.
– To nigdy
nie jest do końca wiadome.
– Chce pan
powiedzieć, że w przeszłości zdarzały się podobne wypadki?!
– Zgadza
się, choć nigdy na taką skalę. I co ciekawe, zjawisko zatacza coraz szersze
kręgi. Wczoraj był to rejon ulic Chmielnej i Szpitalnej, a dzisiaj mamy
przypadki z Traktu Królewskiego i z okolic Placu Defilad. Siła, która utrzymuje
tunel czasowy, potęguje się z każdą chwilą. Jeśli jej nie powstrzymamy, to
rzeczywistości będą się nakładać na coraz większych obszarach i materializujące
się obiekty z tamtych lat będą zagrażały całej ludności.
– Możemy coś
z tym zrobić?
– Prywatnie
czy oficjalnie?
– Prywatnie.
– Niech pan
odeśle rodzinę jak najdalej od Warszawy. Na kilka dni powinno wystarczyć.
– A
oficjalnie?
– Prowadzimy
śledztwo.
Agent
Jąderko skinął głową inspektorowi i skierował się w stronę drzwi wyjściowych.
Zawojny tkwił nieporuszony za biurkiem i stukał palcami w blat.
– Widzę w
tym pewną nieścisłość – odezwał się do pleców agenta.
– To znaczy?
– Skoro we
wszystkich przypadkach ofiary pochodzą z naszych czasów, a rzeczy, które je
zabiły, znikają w przeszłości, to skąd trupy Niemców?
– Bardzo
dobre pytanie, inspektorze. Nieoficjalnie odpowiedziałbym, że to świadczy o
generowaniu anomalii jednocześnie tam i u nas.
– I co to
oznacza dla nas?
– Z
pewnością to, że zjawisko się nasili. Chyba że uda się ustalić źródło po naszej
stronie i zdusić w zarodku.
Agent skinął
głową Zawojnemu i opuścił gabinet.
***
Zaglądaliście
kiedyś do Narodowego Archiwum Cyfrowego? Pewnie nie, a wielka szkoda. Już na
wstępie zdumiałaby was dokumentacja zdjęciowa dotycząca warszawskich basenów.
Puszycie się i wstrząsacie piórkami nad minioną ciemnotą? Daj wam, obecny
rządzie, równie zjawiskowy basen jak przedwojenne cudeńko z Łazienkowskiej. Nie
o tym jednak chciałem pisać.
Prześledziłem
wszystkie dostępne materiały, odbyłem pielgrzymki do bibliotek i wysłałem
pytania do instytutów historycznych wszystkich uczelni. Nikt nie udzielił mi
informacji o stojących naprzeciwko mojego oknach kamienicach. Może kiedyś miały
inne numery?
Krążyłem po
mieszkaniu jak lew po klatce i co chwilę wychodziłem na balkon. Kamienica z
mansardowym oknem stała sobie spokojnie i wyglądała złowieszczo normalnie. Parę
razy skinąłem głową grubasowi, który ponownie przyrósł do barierki i pstrykał
niedopałkami za balustradę. Jak zwykle nie zwrócił na mnie uwagi .
Ogarnęła
mnie nowa obsesja. Przez całą dobę miałem włączony komputer i potrafiłem nawet
kilka razy w nocy sprawdzać, czy Żydówka nie stworzyła nowego pliku tekstowego.
Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Nie
próbowałem dopisywać czegokolwiek do tekstu. Już wcześniej się przekonałem, że
cudze ciągi liter nie akceptują intruzów. Usiadłem jednak przed monitorem i od
niechcenia gładziłem wypukłości klawiatury.
– Jesteś tam? – napisałem pytanie w
pliku z relacją wizji ulicy Chmielnej z XXI wieku. Nie spodziewałem się
odpowiedzi. Musiałem coś zrobić z palcami. Obwiodłem palcem wskazującym spację
i zapatrzyłem się w okno balkonowe.
– Jestem – rozbłysnął ekran.
– Jezu –
wyszeptałem – Co tu się do cholery dzieje?
– Wszystko jest w porządku –
zamigotał komputer.
Podniosłem
się niezgrabnie z podłogi i położyłem drżące palce na klawiaturze.
– Kim jesteś? – napisałem.
– Nie wiem.
– Słyszysz moje myśli i mnie widzisz!
– wystukałem gorączkowo.
– Przepraszam.
– Jak to możliwe?
– Nie wiem.
– CZEGO ODE MNIE CHCESZ???? –
wystukałem capsem, nie mając specjalnie złudzeń, że moja rozmówczyni zrozumie
pisany krzyk.
– Niczego.
– Masz komputer? Jak się ze mną komunikujesz?
– CO NIBY MAM MIEĆ?
Przynajmniej
była pojętna i załapała niuanse konwersacji obecnych czasów.
– Nieważne. Powiedz, jak się ze mną łączysz.
– Śnię. Śnisz mi się. Chyba.
– Kim jesteś? – ponowiłem.
– Nie wiem tak naprawdę. Śnię chyba.
– Piszesz książkę? – zaryzykowałem
pytanie.
– ŚLEDZISZ MNIE?
– Nie, nie śledzę. Po prostu… Nie wiem, jak to
wyjaśnić, ale ja też widzę twoje myśli, tylko na moim… Na takiej jakby maszynie
do pisania.
– Jak to możliwe?!
– Nie wiem, nie umiem tego wyjaśnić. Tak samo
jak ty nie umiesz mi powiedzieć, jak czytasz moje myśli. Może to faktycznie
jest jakiś dziwny sen?
– Nie piszę książki ani wspomnień. Nie mam na
czym. Układam sobie zdania w głowie i powtarzam do znudzenia, by zapamiętać.
Kiedyś, jeśli dane mi będzie przeżyć, spiszę to wszystko na papierze. Choć
właściwie to nie wiem po co. Ostatnio zbyt wielu ciekawych wydarzeń nie było w
moim życiu.
– Piszesz świetnie. – Wyplułem to
zdanie jak gorzką pigułę i z zazdrością.
– I tak nic z tego nie pozostanie. Czuję, że
nie przeżyję tej cholernej wojny.
– Nie mów tak.
– Kiedy to prawda! Żal mi jedynie pamięci tych
wszystkich, którzy teraz żyją już tylko w mojej głowie.
– Pisałem Ci, że twoje myśli zapisują się na
mojej maszynie? Możemy spisać całą książkę. Przechowam ją do czasu, gdy
będziesz wolna.
– Nigdy nie będę wolna. Ale dobrze, zgadzam
się. Obiecasz, że pokażesz moje zapiski innym ludziom?
– Tak.
– Czy obiecasz mi, że gdy wojna się skończy,
ogłosisz światu nazwiska tych wszystkich zbrodniarzy z getta?
– Tak, obiecuję ci to.
A potem
słowa popłynęły świetlistą strugą do edytora tekstowego. Chłonąłem całym sobą
przerażającą opowieść żydowskiej pisarki. Dzień przerodził się w wieczór, a
wieczór w noc. Tekst spływał nieprzerwanie jeszcze przez wiele godzin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz