„Dobić
dziada” to rzecz zdolna pogodzić frakcję czytelników książek i ugrupowanie
fanów komiksów. Ta pozycja jest po trosze przedstawicielem obydwu gatunków,
najbezpieczniej więc będzie nazwać ją albumem. Nie byle jakim zresztą. Twarde
okładki, zszyte porządnie kartki papieru kredowego i 100% Jakuba Wędrowycza
wewnątrz.
Brzmi
dobrze?
Jakub
Wędrowycz to postać nietuzinkowa i bohater literacki, który – paradoksalnie –
dzięki zespołowi cech typowych dla antybohatera, zyskał sympatię rzesz
czytelników. Ten warchoł zatracony, amator samogonu i tanich win, wreszcie
watażka siejący pogrom wśród nadprzyrodzonych i zupełnie ziemskich wrogów, od
dawna gwarantuje zainteresowanie kolejnymi książkami opisującymi jego przygody.
Trudno się więc dziwić, że magii wioskowego pijaka uległ również Andrzej Łaski,
który miał wiele okazji do złapania bakcyla, czy raczej infekcji, ponieważ
towarzyszy Wędrowyczowi już od jakiegoś czasu, ilustrując owego w „Czarowniku
Iwanowie” i „Kronikach Jakuba Wędrowycza”.
Ale do
rzeczy.
Album duetu
dwóch panów Andrzejów jest podzielony na dwie części. Pierwsza z nich to kilka
wędrowyczowych historii przedstawionych w formie komiksu. I ta część właśnie
została wydrukowana na wspomnianym wyżej papierze kredowym. Trzeba Andrzejowi
Łaskiemu oddać honory, bo i technika rysunku dobra, i całość jak najbardziej
pasująca klimatem. Nierówna, nawet nieco chaotyczna kreska doskonale
charakteryzuje bajzel panujący na co dzień w malowniczych Wojsławicach. Jedno
tylko lekko zgrzyta. Drogi autorze! Jeśli już przedstawiasz kolejne sceny w ten
nie do końca uładzony sposób, to nie pisz „dymków” w równie niechlujnym stylu,
bo osiągniesz efekt barszczu, do którego włożono dwa grzybki. Nikt tu nie mówi
o kaligrafii, ale stylizacja pisma na pospolite bazgroły nie pomaga zrozumieć
dialogów. I jeszcze ta pozioma kreska nad polskimi znakami w miejsce kropki, by
nie wspomnieć o tym, że skoro dymki są przedstawione drukowanymi literami, to
znakomita większość polskich znaków (w tym J na przykład) w ogóle tych
wątpliwej jakości ozdobników nie potrzebuje. No zgrzyta po prostu.
Część druga
albumu stylizowana jest na gazetę o wdzięcznym tytule „Niski gumofilc” i z
pewnością nie ma nic wspólnego z „Wysokimi obcasami”. Oprócz opowiadań
autorstwa drugiego z panów Andrzejów znajdziemy w niej także kolumnę ogłoszeń
drobnych, a nawet horoskop dla wszystkich znaków Zodiaku. Dla niektórych
pomyślny, dla niektórych mniej. Mnie fortuna obiecała status biznesmena, jeśli
zajmę się szmuglem z Ukrainy, więc nie mam wyjścia i album polecić muszę!
Nie tylko
dlatego zresztą. Rzecz mocna i jedyna w swoim rodzaju. Wielbiciele Jakuba W. z
pewnością nie będą zawiedzeni.
Andrzej Pilipiuk, Andrzej Łaski
Dobić dziada
Fabryka Słów 2011
Stron: 63 + 32
Cena: 49,90 zł
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz