Moje
przemyślenia zaburzyło nieoczekiwane pojawienie się na monitorze zdań. Z
pewnością nie były mojego autorstwa.
Zawsze myślałam, że nie ma nic gorszego od strachu. Tego stopniowo
narastającego paraliżu wszystkich zmysłów. I punktu kulminacyjnego, w którym
panikę od stanu kompletnego zobojętnienia dzieli jeden maleńki krok. Wiem coś o
tym. Też byście wiedzieli, gdyby celował w was żołnierz, a nawet nacisnął spust
pistoletu. To wtedy nadchodzi zobojętnienie. Ulga właściwie, że już nie ma
sensu się bać. Co jednak, gdy pistolet się zacina? Uciekasz w głąb ciemnej
bramy i czujesz, jak odzyskujesz strach.
Siedzę na tym poddaszu ponad rok. Z nudów nauczyłam się na pamięć
wszystkiego, co wypełnia ten niewielki pokoik. Nie wierzycie? Podłoga:
piętnaście desek, sześćdziesiąt siedem sęków w deskach. Ściana z lewej strony:
cztery ślady po muchach i rdzawy zaciek w kształcie Afryki. Nie macie pojęcia,
ile podróży odbyłem w myślach do najdalszych zakątków Ziemi, ile rozmów
przeprowadziłam z ludźmi, których pamięć żyje już wyłącznie w mojej głowie…
Pan Malinowski, mój jedyny łącznik ze światem ludzi, mówi
niewiele. Zazwyczaj chrząka na powitanie i wręcza mi paczuszkę z czarnym
chlebem. Czasami słoik marmolady. Kiedyś odważyłam się zapytać, czy nie mógłby
mi przynieść książki, bo nuda mnie zabija. Odparł sucho, że to nie nuda zabija,
ale Niemcy. Zgadzam się z nim, ale co zrobić, gdy impas trwa, a ty czekasz, by
coś się w końcu wydarzyło. Powstrzymuję się od krzyku, choć czasem sobie myślę,
że nawet odkrycie kryjówki przez Niemców byłoby lepsze od nudy.
Mam jeszcze okno. Gdyby pan Malinowski wiedział, że wyglądam przez
nie, chyba by się wściekł i sam zadenuncjował mnie żandarmerii. Naraża dla mnie
życie. Nie tylko swoje, ale całej rodziny.
Siedziałem
oszołomiony przed monitorem i z niedowierzaniem kręciłem głową w miarę
pojawiania się kolejnych słów. Zerknąłem w ciemne okno mansardy naprzeciwko,
ale nie odnotowałem nawet najmniejszego ruchu. Co nie było w sumie dziwne –
ściana deszczu znacząco ograniczyła widoczność.
Wyglądam przez okno wyłącznie w nocy, więc niewiele ciekawych
rzeczy przez nie widzę. Ulica jest uśpiona, trwa godzina policyjna. Zapamiętuję
fasady sąsiednich budynków, odgadując przebieg ukrytych w mroku linii dachów.
Czasem bardzo ostrożnie wysuwam głowę poza nawis parapetu i oglądam uliczny
bruk i szyld zakładu szewskiego. Dzięki temu jestem w stanie wyobrazić sobie
dzienny miejski ruch na podstawie docierających do poddasza odgłosów i
zapamiętanych obrazów ulicy. Można powiedzieć, że dzień dostarcza mi dźwięku, a
noc obrazu. Całość składa się na smakowane ukradkiem życie, które pewnie nigdy
nie stanie się moim udziałem.
Czy mam marzenia? Któż ich nie ma? W końcu marzenia i nadzieja
umierają ostatnie. O czym marzył mój mały braciszek, zanim umarł na najbardziej
popularną, zabójczą mieszankę głodu i tyfusu? A Sara, moja najlepsza
przyjaciółka? Kiedyś bez przerwy gadała o przystojnym mężu i dzieciach. Z
wypiekami na twarzy szeptała mi na ucho podsłuchane od mężatek relacje z nocy
poślubnych. Czy nadal o tym marzyła, gdy gasła na bruku getta po zbiorowym
gwałcie dokonanym przez bandę tych cholernych…
Monitor
zgasł.
– Nie! Do
cholery! Nie teraz! – wyszeptałem.
Komputer był
kompletnie głuchy na moje prośby. Bateria całkowicie się wyczerpała. Prądu
pewnie nie będzie przez kilka kolejnych godzin. Wyszedłem na balkon prosto w
strugi deszczu. Kolejna błyskawica na chwilę rozświetliła okolicę. Okno
naprzeciwko było całkowicie zasłonięte roletą. Stałem więc i mokłem dalej. Nie
miałem nic lepszego do roboty.
***
Inspektor
Mieszko Zawojny miał ciężki poranek.. Ledwie zdążył usnąć po nocnej sesji
płaczu ząbkującej córki, gdy z kradzionej drzemki wyrwał go dźwięk służbowego
telefonu. Odszukał po omacku aparat i wcisnął guzik połączenia, modląc się w
duchu, by nie obudzić dziecka i żony.
– Zawojny,
słucham – wyszeptał.
– Bardzo
przepraszam, panie inspektorze, że niepokoję, ale coś tu się wydarzyło dziwnego
u nas i jakby to powiedzieć… Razem z Sosnkiewiczem żeśmy pomyśleli, że to
wykracza poza nasze kompetencje i pojmowanie, a teraz jeszcze ten agent nam się
na głowę zwalił i połowa CBŚ tu jedzie …
– Co ty
pierdolisz, Waszak? – nie wytrzymał Zawojny. – Co tam się do cholery dzieje?
– No, mamy
sześć ofiar śmiertelnych w kwadracie Nowy Świat, Chmielna i Szpitalna, i nie
wiadomo, co jest przyczyną zgonów.
– Kto
zawiadomił górę?
– No, to
myśmy z Sosnkiewiczem uradzili. Dzwoniliśmy do pana, ale pan nie odbierał…
Szlag by
trafił. To pewnie wtedy, gdy młoda darła się wniebogłosy. Ząbkujące niemowlę ma
moc zagłuszenia nawet syreny strażackiej, nie wspominając o służbowym
telefonie.
– Waszak?
– Tak
szefie?
– Z nikim
nie gadajcie. Czekajcie na mnie. Będę za pół godziny.
***
Z
niespokojnego snu wyrwało mnie stłumione przez podwójną barierę szyb wycie
syreny policyjnej. Usiadłem i ze zdumieniem zauważyłem, że spałem nago na
kanapie w salonie.
Whiskey.
Moją pierwszą myślą było, że najwyraźniej wczoraj zachlałem i film mi się
urwał. Podniosłem się i poczłapałem do sypialni. Pospieszny rzut oka na biurko
zweryfikował podejrzenia. Jedyna wczorajsza szklanka z alkoholem stała
praktycznie nietknięta obok klawiatury. Powoli, z ociąganiem, wracały do mnie
wydarzenia poprzedniej nocy. Z oddali doszedł mnie szum działającej lodówki, a
nad łóżkiem świeciły się kinkiety. Najwyraźniej nad ranem musieli włączyć prąd.
Dopadłem do komputera. Czekając na restart systemu, modliłem się w duchu, by
wierna maszyna wyświetliła odzyskany po odcięciu zasilania plik tekstowy.
Był.
Dokładnie
tak jak wczoraj urywał się w pół słowa. Dzień zachwiał moją wiarą w to, że
słowa pojawiły się na ekranie za sprawą jakiejś dziwnej mocy. Z każdą godziną
coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że podczas nocnej burzy
doświadczyłem nagłego przypływu mocy twórczej. A to, że pisałem jako kobieta?
Nigdy nie czułem się kobietą, ale musiał to być najwyraźniej celowy zabieg
stylistyczny. Z przyzwyczajenia zerknąłem na mansardowe okno naprzeciwko.
Cisza. Brak jakichkolwiek oznak życia.
***
– O
pierwszym wypadku powiadomiła o godzinie zero dwadzieścia osiem mieszkanka bloku
przy ulicy Szpitalnej 6. – Aspirant Sosnkiewicz poślinił palce i odwrócił
kartkę raportu. – O! Mam! Alina Kowalik, lat 67, cierpiąca na bezsenność,
wyglądała przez okno i zaobserwowała grupkę młodzieży. Podobno rozrabiali i
hałasowali i dlatego obywatelka Kowalik zadzwoniła do nas.
–
Sosnkiewicz, tyś na łeb upadł? – zdenerwował się inspektor. – Ty chyba wiesz,
ile takich skarg w nocy mamy?
– No tak,
panie inspektorze, dużo mamy, ale tym razem w połowie połączenia baba… O sorry
szefie… świadek rozdarła się w słuchawkę… znaczy krzyknęła i powiedziała, że
właśnie zobaczyła nabitego na pal nastolatka. Reszta towarzystwa z wrzaskiem
uciekła z miejsca zdarzenia. Tak powiedziała obywatelka Kowalik.
– Na pal?
– No tak.
Tak właśnie powiedziała i na miejscu zdarzenia rzeczywiście znaleźliśmy
przedziurkowanego gnojka.
–
Przedziurkowanego? – sapnął Zawojny.
– No tak,
szefie! Niby nadziany na pal, ale pala nie było. W promieniu kilkuset metrów
nie odnaleźliśmy pasującego do zdarzenia narzędzia zbrodni.
– Inne
ofiary?...
– Młoda
kobieta ze zmiażdżonymi nogami i bardzo dziwny wypadek samochodowy…
– Wypadek to
nie nasza brocha chyba, tylko drogówki.
– Tak też
pomyślałem, ale jak chłopaki z drogówki zadzwonili i prawie płakali, żeby ktoś
ze śledczej ich wsparł, to Waszak wsiadł w radiowóz i pojechał. Tu ma szef
raport z przesłuchania obywatelki Kowalik. – Podwładny wręczył mu teczkę i
ewidentnie miał zamiar ulotnić się z komisariatu.
– Stój! –
osadził go w korytarzu zwierzchnik. – A kobieta ze zmiażdżonymi nogami?
– Według
dokumentów Natasza Gołubiewa, Rosjanka. Pielęgniarka w pobliskim szpitalu
rejonowym.
– I co z
nią?
– Znaleziona
u wylotu Nowego Światu. Nogi do kolan wyglądały jak, za przeproszeniem, rąbanka
u rzeźnika.
–
Przejechało ją coś?
– Nie wiemy,
szefie. Wykrwawioną denatkę znalazł o piątej szesnaście stróż kamienicy przy
Chmielnej 10.
Inspektor
potarł dłońmi skronie i ciężko westchnął. Było nieomal pewne, że górka już się
zaopiekowała Rosjanką i nabitym na niewidoczny pal nastolatkiem.
– Dawno
Waszak wyjechał do wypadku? – zapytał aspiranta.
– Będzie
koło godziny, szefie.
– Jedziemy!
Jest szansa, że drogówka jeszcze wszystkich śladów nie zadeptała.
– Ale
szefie! Ja już do domu miałem…
– Nadgodziny
polecą, nie martw się, Sosnkiewicz.
– Taaa… A
wyrównanie albo odbiór to na świętego nigdy…
Warszawa o
siódmej rano budziła się z pomrukiem tysięcy silników samochodowych. Radiowóz
przemknął do Śródmieścia dosłownie kilka minut przed porannym paraliżem całego
miasta. U zbiegu Szpitalnej i Chmielnej leżał wrak samochodu. Jego przód był
całkowicie skasowany, jak po zderzeniu czołowym przy dużej prędkości. Wokół
krążyli funkcjonariusze drogówki. Ciała właśnie pakowano do foliowych worków.
Waszak zobaczył inspektora i natychmiast podszedł.
– Dzień
dobry, szefie. Choć dla nich chyba dobry nie był ….
– Waszak,
weź no mi powiedz, o co tu chodzi? Dlaczego drogówka do nas dzwoniła?
– Rady sobie
dać nie mogli, to zadzwonili – wzruszył ramionami Waszak.
– Co tu się
właściwie wydarzyło?
– Pojazd z
prędkością ponad siedemdziesiąt na godzinę zderzył się z czymś czołowo.
– No… pewnie
z drzewem albo ścianą, skoro nie z innym pojazdem?
– No, niby
tak, szefie, ale to nie jest do końca takie proste.
– Bo?
– Bo
cokolwiek to było, to już zniknęło albo stało się niewidzialne. Na zderzaku
znaleźliśmy ślady zielonej farby.
Inspektor
rozejrzał się bacznie dookoła. Jak okiem sięgnąć, nigdzie nie było widać
niczego pomalowanego na zielono.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz