czwartek, 28 marca 2013

Poddasze 2 - opowiadanie




Moje przemyślenia zaburzyło nieoczekiwane pojawienie się na monitorze zdań. Z pewnością nie były mojego autorstwa.
Zawsze myślałam, że nie ma nic gorszego od strachu. Tego stopniowo narastającego paraliżu wszystkich zmysłów. I punktu kulminacyjnego, w którym panikę od stanu kompletnego zobojętnienia dzieli jeden maleńki krok. Wiem coś o tym. Też byście wiedzieli, gdyby celował w was żołnierz, a nawet nacisnął spust pistoletu. To wtedy nadchodzi zobojętnienie. Ulga właściwie, że już nie ma sensu się bać. Co jednak, gdy pistolet się zacina? Uciekasz w głąb ciemnej bramy i czujesz, jak odzyskujesz strach.
Siedzę na tym poddaszu ponad rok. Z nudów nauczyłam się na pamięć wszystkiego, co wypełnia ten niewielki pokoik. Nie wierzycie? Podłoga: piętnaście desek, sześćdziesiąt siedem sęków w deskach. Ściana z lewej strony: cztery ślady po muchach i rdzawy zaciek w kształcie Afryki. Nie macie pojęcia, ile podróży odbyłem w myślach do najdalszych zakątków Ziemi, ile rozmów przeprowadziłam z ludźmi, których pamięć żyje już wyłącznie w mojej głowie…
Pan Malinowski, mój jedyny łącznik ze światem ludzi, mówi niewiele. Zazwyczaj chrząka na powitanie i wręcza mi paczuszkę z czarnym chlebem. Czasami słoik marmolady. Kiedyś odważyłam się zapytać, czy nie mógłby mi przynieść książki, bo nuda mnie zabija. Odparł sucho, że to nie nuda zabija, ale Niemcy. Zgadzam się z nim, ale co zrobić, gdy impas trwa, a ty czekasz, by coś się w końcu wydarzyło. Powstrzymuję się od krzyku, choć czasem sobie myślę, że nawet odkrycie kryjówki przez Niemców byłoby lepsze od nudy.
Mam jeszcze okno. Gdyby pan Malinowski wiedział, że wyglądam przez nie, chyba by się wściekł i sam zadenuncjował mnie żandarmerii. Naraża dla mnie życie. Nie tylko swoje, ale całej rodziny.
Siedziałem oszołomiony przed monitorem i z niedowierzaniem kręciłem głową w miarę pojawiania się kolejnych słów. Zerknąłem w ciemne okno mansardy naprzeciwko, ale nie odnotowałem nawet najmniejszego ruchu. Co nie było w sumie dziwne – ściana deszczu znacząco ograniczyła widoczność.
Wyglądam przez okno wyłącznie w nocy, więc niewiele ciekawych rzeczy przez nie widzę. Ulica jest uśpiona, trwa godzina policyjna. Zapamiętuję fasady sąsiednich budynków, odgadując przebieg ukrytych w mroku linii dachów. Czasem bardzo ostrożnie wysuwam głowę poza nawis parapetu i oglądam uliczny bruk i szyld zakładu szewskiego. Dzięki temu jestem w stanie wyobrazić sobie dzienny miejski ruch na podstawie docierających do poddasza odgłosów i zapamiętanych obrazów ulicy. Można powiedzieć, że dzień dostarcza mi dźwięku, a noc obrazu. Całość składa się na smakowane ukradkiem życie, które pewnie nigdy nie stanie się moim udziałem.
Czy mam marzenia? Któż ich nie ma? W końcu marzenia i nadzieja umierają ostatnie. O czym marzył mój mały braciszek, zanim umarł na najbardziej popularną, zabójczą mieszankę głodu i tyfusu? A Sara, moja najlepsza przyjaciółka? Kiedyś bez przerwy gadała o przystojnym mężu i dzieciach. Z wypiekami na twarzy szeptała mi na ucho podsłuchane od mężatek relacje z nocy poślubnych. Czy nadal o tym marzyła, gdy gasła na bruku getta po zbiorowym gwałcie dokonanym przez bandę tych cholernych…
Monitor zgasł.
– Nie! Do cholery! Nie teraz! – wyszeptałem.
Komputer był kompletnie głuchy na moje prośby. Bateria całkowicie się wyczerpała. Prądu pewnie nie będzie przez kilka kolejnych godzin. Wyszedłem na balkon prosto w strugi deszczu. Kolejna błyskawica na chwilę rozświetliła okolicę. Okno naprzeciwko było całkowicie zasłonięte roletą. Stałem więc i mokłem dalej. Nie miałem nic lepszego do roboty.
***
Inspektor Mieszko Zawojny miał ciężki poranek.. Ledwie zdążył usnąć po nocnej sesji płaczu ząbkującej córki, gdy z kradzionej drzemki wyrwał go dźwięk służbowego telefonu. Odszukał po omacku aparat i wcisnął guzik połączenia, modląc się w duchu, by nie obudzić dziecka i żony.
– Zawojny, słucham – wyszeptał.
– Bardzo przepraszam, panie inspektorze, że niepokoję, ale coś tu się wydarzyło dziwnego u nas i jakby to powiedzieć… Razem z Sosnkiewiczem żeśmy pomyśleli, że to wykracza poza nasze kompetencje i pojmowanie, a teraz jeszcze ten agent nam się na głowę zwalił i połowa CBŚ tu jedzie …
– Co ty pierdolisz, Waszak? – nie wytrzymał Zawojny. – Co tam się do cholery dzieje?
– No, mamy sześć ofiar śmiertelnych w kwadracie Nowy Świat, Chmielna i Szpitalna, i nie wiadomo, co jest przyczyną zgonów.
– Kto zawiadomił górę?
– No, to myśmy z Sosnkiewiczem uradzili. Dzwoniliśmy do pana, ale pan nie odbierał…
Szlag by trafił. To pewnie wtedy, gdy młoda darła się wniebogłosy. Ząbkujące niemowlę ma moc zagłuszenia nawet syreny strażackiej, nie wspominając o służbowym telefonie.
– Waszak?
– Tak szefie?
– Z nikim nie gadajcie. Czekajcie na mnie. Będę za pół godziny.
***
Z niespokojnego snu wyrwało mnie stłumione przez podwójną barierę szyb wycie syreny policyjnej. Usiadłem i ze zdumieniem zauważyłem, że spałem nago na kanapie w salonie.
Whiskey. Moją pierwszą myślą było, że najwyraźniej wczoraj zachlałem i film mi się urwał. Podniosłem się i poczłapałem do sypialni. Pospieszny rzut oka na biurko zweryfikował podejrzenia. Jedyna wczorajsza szklanka z alkoholem stała praktycznie nietknięta obok klawiatury. Powoli, z ociąganiem, wracały do mnie wydarzenia poprzedniej nocy. Z oddali doszedł mnie szum działającej lodówki, a nad łóżkiem świeciły się kinkiety. Najwyraźniej nad ranem musieli włączyć prąd. Dopadłem do komputera. Czekając na restart systemu, modliłem się w duchu, by wierna maszyna wyświetliła odzyskany po odcięciu zasilania plik tekstowy.
Był.
Dokładnie tak jak wczoraj urywał się w pół słowa. Dzień zachwiał moją wiarą w to, że słowa pojawiły się na ekranie za sprawą jakiejś dziwnej mocy. Z każdą godziną coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że podczas nocnej burzy doświadczyłem nagłego przypływu mocy twórczej. A to, że pisałem jako kobieta? Nigdy nie czułem się kobietą, ale musiał to być najwyraźniej celowy zabieg stylistyczny. Z przyzwyczajenia zerknąłem na mansardowe okno naprzeciwko. Cisza. Brak jakichkolwiek oznak życia.
***
– O pierwszym wypadku powiadomiła o godzinie zero dwadzieścia osiem mieszkanka bloku przy ulicy Szpitalnej 6. – Aspirant Sosnkiewicz poślinił palce i odwrócił kartkę raportu. – O! Mam! Alina Kowalik, lat 67, cierpiąca na bezsenność, wyglądała przez okno i zaobserwowała grupkę młodzieży. Podobno rozrabiali i hałasowali i dlatego obywatelka Kowalik zadzwoniła do nas.
– Sosnkiewicz, tyś na łeb upadł? – zdenerwował się inspektor. – Ty chyba wiesz, ile takich skarg w nocy mamy?
– No tak, panie inspektorze, dużo mamy, ale tym razem w połowie połączenia baba… O sorry szefie… świadek rozdarła się w słuchawkę… znaczy krzyknęła i powiedziała, że właśnie zobaczyła nabitego na pal nastolatka. Reszta towarzystwa z wrzaskiem uciekła z miejsca zdarzenia. Tak powiedziała obywatelka Kowalik.
– Na pal?
– No tak. Tak właśnie powiedziała i na miejscu zdarzenia rzeczywiście znaleźliśmy przedziurkowanego gnojka.
– Przedziurkowanego? – sapnął Zawojny.
– No tak, szefie! Niby nadziany na pal, ale pala nie było. W promieniu kilkuset metrów nie odnaleźliśmy pasującego do zdarzenia narzędzia zbrodni.
– Inne ofiary?...
– Młoda kobieta ze zmiażdżonymi nogami i bardzo dziwny wypadek samochodowy…
– Wypadek to nie nasza brocha chyba, tylko drogówki.
– Tak też pomyślałem, ale jak chłopaki z drogówki zadzwonili i prawie płakali, żeby ktoś ze śledczej ich wsparł, to Waszak wsiadł w radiowóz i pojechał. Tu ma szef raport z przesłuchania obywatelki Kowalik. – Podwładny wręczył mu teczkę i ewidentnie miał zamiar ulotnić się z komisariatu.
– Stój! – osadził go w korytarzu zwierzchnik. – A kobieta ze zmiażdżonymi nogami?
– Według dokumentów Natasza Gołubiewa, Rosjanka. Pielęgniarka w pobliskim szpitalu rejonowym.
– I co z nią?
– Znaleziona u wylotu Nowego Światu. Nogi do kolan wyglądały jak, za przeproszeniem, rąbanka u rzeźnika.
– Przejechało ją coś?
– Nie wiemy, szefie. Wykrwawioną denatkę znalazł o piątej szesnaście stróż kamienicy przy Chmielnej 10.
Inspektor potarł dłońmi skronie i ciężko westchnął. Było nieomal pewne, że górka już się zaopiekowała Rosjanką i nabitym na niewidoczny pal nastolatkiem.
– Dawno Waszak wyjechał do wypadku? – zapytał aspiranta.
– Będzie koło godziny, szefie.
– Jedziemy! Jest szansa, że drogówka jeszcze wszystkich śladów nie zadeptała.
– Ale szefie! Ja już do domu miałem…
– Nadgodziny polecą, nie martw się, Sosnkiewicz.
– Taaa… A wyrównanie albo odbiór to na świętego nigdy…
Warszawa o siódmej rano budziła się z pomrukiem tysięcy silników samochodowych. Radiowóz przemknął do Śródmieścia dosłownie kilka minut przed porannym paraliżem całego miasta. U zbiegu Szpitalnej i Chmielnej leżał wrak samochodu. Jego przód był całkowicie skasowany, jak po zderzeniu czołowym przy dużej prędkości. Wokół krążyli funkcjonariusze drogówki. Ciała właśnie pakowano do foliowych worków. Waszak zobaczył inspektora i natychmiast podszedł.
– Dzień dobry, szefie. Choć dla nich chyba dobry nie był ….
– Waszak, weź no mi powiedz, o co tu chodzi? Dlaczego drogówka do nas dzwoniła?
– Rady sobie dać nie mogli, to zadzwonili – wzruszył ramionami Waszak.
– Co tu się właściwie wydarzyło?
– Pojazd z prędkością ponad siedemdziesiąt na godzinę zderzył się z czymś czołowo.
– No… pewnie z drzewem albo ścianą, skoro nie z innym pojazdem?
– No, niby tak, szefie, ale to nie jest do końca takie proste.
– Bo?
– Bo cokolwiek to było, to już zniknęło albo stało się niewidzialne. Na zderzaku znaleźliśmy ślady zielonej farby.
Inspektor rozejrzał się bacznie dookoła. Jak okiem sięgnąć, nigdzie nie było widać niczego pomalowanego na zielono.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz