Opowiadanie Na początku był człowiek ukazało się drukiem w styczniowym numerze miesięcznika SFFH. Muszę przyznać, że był to tekst, którego logika i spójność nastręczyła mi jak dotąd najwięcej trudności. Przywykłam do zamykania w całość wielowarstwowych historii, ale w tym tekście rzuciłam siebie i swoich bohaterów w kompletnie oderwane od naszych ziemskich warunków życia środowisko. Wiecie jak wiele zmian to pociąga? Trzeba zadbać o inne zwyczaje, inne skojarzenia, cele i nawet inaczej konstruować dialogi. Można się wyłożyć na byle detalu : )
Czytelnicy SFFH niespójności nie znaleźli a mnie kopnął zaszczyt w postaci zaliczenia podium w ankiecie na najlepsze teksty numeru.
Ale i tak moim najcenniejszym laurem jest mail od czytelnika, który dla połechtania własnej próżności przytaczam w całości:
Dzień dobry
Chciałem tylko podzielić się spostrzeżeniem, że "Na początku był..." to nie tylko najlepsze opowiadanie numeru ale także jeden z najfajniejszych tekstów jakie w ogóle czytałem. Gratuluję prawdziwego talentu oraz niebagatelnych umiejętności
pozdr.
Kuba T.
I między innymi dlatego uznaję ten tekst za bardzo dla mnie ważny. Mam cichą nadzieję, że spodoba się i Wam.
Na początku był człowiek
Ad-eim pomasował
stłuczone kolano. Nie pierwszy raz wylądował na ziemi po spotkaniu z bandą szkolnych
matołów. Arkusze rozsypały się po korytarzu i najwyraźniej miały zamiar
zjednoczyć się z organizmem. Ich cienka, skonstruowana z martwego naskórka,
materia chętnie poddawała się strużce soków trawiennych cieknącej rynsztokiem
jelit żywiciela. Chłopak poderwał się na równe nogi i wyzbierał notatki. Ka-han,
ten kretyn z sąsiedniej klasy parsknął szyderczo przyglądając się nieporadnym
ruchom. Ad-eim podniósł się nieporadnie i unikając wzroku Ka-hana omiótł
spojrzeniem pomieszczenie. Tkanka pulsowała nerwowo, a szkolne korytarze
poddawane były coraz większej aktywności.
Ka-han tak naprawdę nie
miał chęci pastwić się nad tym cherlawym gnojkiem, ale szkoła właśnie się
skończyła i ten etap życia odchodził do przeszłości. Paczka Ka-hana właśnie
opuszczała budynek, by wraz z innymi dzieciakami świętować zakończenie nauki
podczas siedmiodniowej balangi. Jeśli opowieści o Święcie Wiosny są, choć w
połowie prawdziwe, to czekała ich niezła impreza. Skopanie tego żałosnego
szczyla to tylko dopełnienie pewnej tradycji. Takie, można powiedzieć,
sentymentalne pożegnanie szkoły.
Kumpel Ka-hana, Je-fir,
szturchnął przywódcę w ramię i wskazał mu miejsce za plecami ich ofiary. Na
środku korytarza wypiętrzała się właśnie fontanna trawienna. Wszystkie
dzieciaki wiedziały, że należy omijać je z daleka. Podstawowa mądrość życiowa
wyniesiona z habitatu.
Ad-eim zgarnął arkusze
i garbiąc się przemknął pospiesznie w stronę wypiętrzenia będącego pod kontrolą
Pani New’u. Na podium stała nauczycielka odziana w szatę, która była atrybutem
jej urzędu.
– Spóźniłeś się! Usiądź
– poleciła mu cierpko i rozpoczęła przemowę. – Dzisiaj kończycie szkołę. Za
kilka minut zaczniecie tygodniową, szaloną imprezę ku czci żywiciela. Dalej
inni pokierują waszymi losami, ja w każdym razie starałam się przez ostatnich
kilka lat wpoić wam posłuszeństwo!
Nauczycielka podeszła
do pulsującej błony okiennej i zapatrzyła się w kolorowe pęcherze głównego
rynku. Widowisko jak zwykle zaprze dech w piersiach, i jak zwykle obróci w
niwecz jej wychowanków. Pani New’u po raz kolejny podczas zmiany pokoleń
ograniczyła się do beznamiętnej miny i zawilgoconym wzrokiem po raz ostatni
omiatała swoich uczniów. Mały Da-rik tak wyrósł i wyprzystojniał, że do
ostatniego dnia Pani Newu miała nadzieję, że uda się go ocalić. Mądry, uroczy i
wyjątkowo zbudowany dzięki zamiłowaniu do sportu bardzo spodobał się Radzie,
ale jego masa przesądziła o sprawie. Żywiciel doskonale wyłapuje tłuste kąski.
Pani New’u przysiadła
na degenerującej się ławce i zatopiła twarz w dłoniach. Ile to już pokoleń
dzieci? Ile godzin radości ? I co dalej?
Każda klasa liczy
zawsze czterdziestu chłopców. Pełne przeszkolenie trwa piętnaście cykli, potem
Rada wyznacza tylko jedną osobę z klasy, by przekazała pamięć pokolenia
następnym. Trzydzieści dziewięć istnień jest skazanych na zagładę. A klas jest
zawsze dziesięć. Rachunek istnienia jest prosty – najlepszy uczeń z klasy
dostępuje zaszczytu życia. Reszta musi się poddać trawiennym strukturom
żywiciela, który nie jest w stanie żyć bez białka, a białko nie jest w stanie
żyć bez nosiciela, w dochodzących do minus dwustu stopni mrozach na planecie. Pomiędzy
następującymi cyklicznie orgiami obżarstwa gad zadowalał się okazjonalnymi
absorpcjami, co Rada skrzętnie tuszowała.
Ławka z bulgotem
zjednoczyła się z tkanką, więc Pani New’u wstała z przesadnym ociąganiem, próbując
zaakcentować swoją wolę wstania. Co oczywiście było bzdurą; każdy wiedział, że
wola tkanki jest najważniejsza. A człowiek może co najwyżej gładzić jej pulsujące,
ciepłe fragmenty z nadzieją, że ta przychyli się do jego potrzeb. Klasy i
korytarze istniały tylko dlatego, że przez piętnaście cykli gad pozostawał w
stanie hibernacji zimowej. Po planecie hulały mrozy, więc aktywność metabolizmu
żywiciela ograniczona była do minimum, a tkankę można było nieomal dowolnie
formować. Obecnie planeta zmierzała stanowczym kursem w stronę wiosny. Kąt
nachylenia gwiazdy na siedem dni wyzwoli w gadach chęć życia, jedzenia i
prokreacji. Tkanka wygładzi się, wymknie spod kontroli Rady, a układ trawienny
żywiciela zażąda protein. Ludzkich protein. Uroczych, jędrnych
kilkunastoletnich ciał.
Nauczycielka zerknęła
na główny plac, na którym wypiętrzyły się stragany i stoiska.
– Dzisiaj kończysz
szkołę – odwróciła się od okna i spojrzała badawczo na Ad-eima. – Dzisiaj –
podjęła po chwili milczenia – pobiegniesz na rynek, by zgodnie z opowieściami,
które znasz od dziecka wziąć udział w najbardziej ekscytującej zabawie. Ty i
twoi przyjaciele macie pełne siedem dni na beztroską zabawę. Potem podejmiecie
zupełnie nowe funkcje.
– Mówiła pani o tym na
lekcjach – odparł Ad-eim.
– Mówiłam, to prawda. –
Pani New’u przechadzała się miarowo po sali i nerwowo zaplatając dłonie na
piersiach co chwilę zerkała w stronę głównego placu. – Nie mówiłam natomiast,
jakie to zadania.
– Podobno tego mamy się
dowiedzieć potem – szepnął chłopak.
Wszystko w nim było tak
cholernie denerwujące, poprawne i bez zarzutu. Nauczycielka była wściekła, że musi
uświadomić właśnie tego dzieciaka.
– Wszyscy dowiedzą się
po zabawie, ty jednak dowiesz się teraz i gwarantuję ci, że to zmieni
kompletnie całą twoją wiedzę o życiu.
– Zawsze słuchałem i
robiłem notatki z pani lekcji – odparł chłopak obronnym tonem.
– A to wszystko gówno
było! – wrzasnęła Pani New’u sama nie wiedząc czy irytuje ją rutyna
informowania ucznia, że wszystko o czym mówiła to wierutna bzdura, czy też
źródłem zdenerwowania jest konkretnie chłopak, którego nigdy nie lubiła.
Nauczycielka ponownie zerknęła przez okno w stronę placu. Jej wychowankowie
krążyli grupkami, śmiejąc się, popychając i zaczepiając samice z żeńskich klas.
Mieli z nimi bezpośredni kontakt po raz pierwszy w życiu.
– Nie rozumiem –
wyjąkał Ad-eim .
– Ad-eim – nauczycielka
postarała się wtłoczyć maksimum ciepła w imię wychowanka – zostałeś wybrany, by
wkroczyć do dorosłej społeczności.
– Dziękuję – odrzekł
zdawkowo chłopak nie wiedząc, że oznacza to jako
jedyny z czterdziestu i jako dziesiąty z czterystu dostąpiłeś dzisiaj zaszczytu
dalszego życia.
Pani New’u poczuła
nagle, że jest stara. Nigdy nie miała problemów z obcesowym informowaniem
wybrańca, że on przeżyje, a reszta jego kolegów zginie. Ad-eima czekał rodzaj
stypy, po której jako jedyny pozostanie żywy. Bal trupów był dla kolejnych
wybrańców szokiem. Lata prania mózgów, obietnic, że po zakończeniu szkoły otrzymają
nowe ekscytujące zadania zderzały się nagle z wiedzą, że siódmego dnia wszyscy
zginą. Znikną młodzieńcze plany i marzenia. Zostanie tylko on i dziewięciu jemu
podobnych. A z żeńskich klas normalnego życia dostąpi tylko jedna samica.
Królowa tygodnia przemiany. Nauczycielka pogładziła mechanicznie klatkę
piersiową. Wiele się nie zmieniło. Sukces życia zawdzięczała jędrnemu ciału i
urodziwej twarzy. Nieprzeciętny intelekt oczywiście doprowadził ją do miejsca,
w którym mogła dowolnie wybierać chwilę poddania się działaniu soków
trawiennych żywiciela, ale ciągle pamiętała, że przepustkę do życia zapewniło
jej zdrowe i piękne ciało królowej. Nauczycielka nie miała pojęcia kto
zadecydował o ocaleniu Ad-eima. Ona tylko przekazywała informacje i łudziła
się, że skrupulatne sprawozdania z postępów jej wychowanków jeszcze zmienią
wyrok przed końcem siódmego dnia wiosny.
Pani New’u świdrowała chłopaka
nienawistnym spojrzeniem.
Ad-eim kręcił się przez
chwilę na niewygodnym, redukującym się stołku, by poderwać się z niego i stanąć
w pobliżu pulsujących drzwi.
– O co pani chodzi? –
warknął wyzywająco.
To nie było nic
osobistego. Ad-eim zwyczajnie nie był tym, na którego czekała. Tyle lat szukała
swojego synka i każdą twarz analizowała pod kątem podobieństwa do siebie, lub
do mglistego wspomnienia ojca. Tak właściwie to Pani New’u nie miała nawet
gwarancji, że wydała na świat chłopca. Przekleństwem wiosny były wyrastające bez
ostrzeżenia fontanny maszke, która gubiła zmysły. Ludzie, nauczeni, że należy
omijać szerokim łukiem źródla trawienne, lgnęli jak ćmy do gruczołów
produkujących skondensowane podniecenie. Żywiciel szykował się do aktywności
płciowej i siłą rzeczy tłoczył doznania swoim pasożytom. Pani New’u widziała to
wiele razy, ale zawsze cieniem na festiwalu życia i śmierci kładły się jej
osobiste wspomnienia. Za mniej więcej pięć godzin z każdego zakątka degenerującego
się placu wytryśnie maszke i pogrąży w chaosie chuci cały rocznik, a
nauczycielka ponownie zanurzy się we wspomnieniach pewnego zapłodnienia w
obliczu kosmosu. Bowiem w siódmym dniu gad obnaży nieomal przezroczysty brzuch
i przez pulsujące powłoki ludzie ujrzą zewnętrzny świat. W chwili słabości żywiciel
legnie na wznak, by po kilku godzinach odwrócić się na grzbiet i zagrzebać
głęboko pod ziemię. Te kilka godzin, szczyt ekstazy i nieziemska rozkosz to
całkowity sens istnienia. Nieprofesjonalne westchnienie, które wydarło się z klatki
piersiowej Pani New’u stłumiło dźwięki towarzyszące wchłanianiu się drzwi i
ścian sali lekcyjnej.
– Czego pani ode mnie
chce? – ponowił pytanie Ad-eim odskakując na bezpieczną odległość od drzwi.
– Ad-eim! – zaczęła strofującym
głosem, lecz po chwili znacznie zniżyła ton. – Chłopcze, za chwilę zrozumiesz,
dlaczego tak ciężko jest mi z tobą rozmawiać. Pamiętasz lekcje o naszym
żywicielu?
– Żywiciel zapewnia
ludziom ochronę przed światem zewnętrznym. Dzięki niemu możemy istnieć.
Zapewnia nam ciepło i nas żywi – chłopak wyrecytował szkolną formułkę.
– A teraz zachodzi
pytanie, czym on sam się żywi?
Ad-eim patrzył
nieprzeniknionym wzrokiem na nauczycielkę a po chwili wraz z grymasem
zrozumienia na jego twarzy odmalowało się przerażenie.
– Nie! – krzyknął.
– Teraz już wiesz, co
miałam na myśli mówiąc, że zostałeś wybrany. Nie wiem dlaczego właśnie ty, ale
jako jedyny ze swojej klasy będziesz dalej żyć. A teraz grzecznie pójdziesz
świętować wraz ze wszystkimi i nie powiesz nikomu nic z tego, co tu usłyszałeś.
Siódmego dnia ktoś z Rady powie ci co masz dalej robić. I od razu uprzedzając
twoje myśli ostrzegam cię, że jeśli piśniesz komukolwiek choć słowo, to Rada
dysponuje kandydaturą zastępczego wybrańca. Zresztą – Pani New’u wzruszyła
ramionami – i tak nikt by ci nie uwierzył. Za parę godzin wszyscy zmienią się w
bandę durniów. Dla ciebie natomiast lepiej by było, gdybyś nie korzystał z maszke.
Chłopak stał
oszołomiony, niezdolny do wykonania najdrobniejszego ruchu.
– Możesz odejść –
odprawiła go i ponownie odwróciła się w stronę otworu okiennego.
…
Ad-eim, jak pijany
krążył po topniejących korytarzach. Mijał gabloty z coraz mniej wyraźnymi
plakatami. Jeden z nich krzyczał czerwonymi literami Znajdź nasze stoisko podczas festiwalu. Atrakcyjne oferty pracy! Inny
głosił Absolwencie! Nie składaj swojego
losu w niepewne ręce! Dołącz do nas. Chłopak widywał je codziennie, ale
dopiero teraz docierała do niego skala oszustwa. Przez chwilę pomyślał, że Pani
New’u zwariowała, ale elementy układanki tak niepokojąco gładko wskoczyły na
swoje miejsce, że aż się zdumiał, czemu nigdy nie zadał sobie pytania, skąd
żywiciel czerpie pożywienie. Dlaczego właśnie on? Co wyróżniało go z tłumu
nastolatków? Nauczycielka wspominała, że został wybrany jako jedyny z klasy,
ale czy to oznacza, że z innych klas też ktoś otrzymał przepustkę do przyszłego
życia? Ad-eim odwrócił się od kłamliwych ogłoszeń i pospiesznie ruszył w stronę
wyjścia. Schody praktycznie przestały istnieć i trzeba było się nieźle
nagimnastykować, by zeskoczyć na dziedziniec. Ku zaskoczeniu chłopaka podłoże
było miękkie i elastyczne. Najwyraźniej transformacja dokonywała się także i
tu. Dalej, w głębi placu kłębiły się grupki podekscytowanych absolwentów.
Niektórzy głośnymi okrzykami zachwytu komentowali wypiętrzające się powoli
gruczoły maszke, a inni krążyli pomiędzy stoiskami oferującymi maleńkie
ciasteczka i chrupki produkowane z suszonej tkanki. Sprzedawcy zachwalali
czapeczki i baloniki, a w głębi placu tłoczyły się stragany reklamowane w
szkolnej gablocie. Ogromne napisy namawiały do skorzystania z usług
pośrednictwa w znalezieniu satysfakcjonującej posady, zachwalały pracę w
lecznictwie, edukacji a jedno ze stoisk zachęcało do składania swoich ofert do
Rady. Tam właśnie zmierzał Ad-eim torując sobie drogę w gwarnym tłumie. Nieopodal
stoiska z kolorowymi obrazkami wypatrzył Je-fira, pojawienie się tego półgłówka
oznaczało, że Ka-han z pewnością kręci się gdzieś w pobliżu. I rzeczywiście,
zaledwie kilkanaście metrów dalej osiłek nadskakiwał jakiejś samicy, która kompletnie
go ignorowała. Ka-han, dla którego argument siły był jedyną pewną receptą na
osiągnięcie celu doskoczył do niej i brutalnie pociągnął za rękę.
Ad-eim wycofał się
pospiesznie i omijając śmiertelnego wroga próbował wtopić się w tłum. Dopiero,
gdy ominął strefę zagrożenia przyjrzał się bacznie mijanym ludziom. Znakomitą
część z nich znał ze szkoły, ale krążące grupkami samice widział z bliska po
raz pierwszy w życiu. Zdziwiły go wyraźne różnice w budowie. Samice były
drobniejsze, bardzo podobne do Pani New’u, ale w przeciwieństwie do niej nieosłonięte
szatą z tkanki. Tego zaszczytu, zgodnie z wyniesioną z lekcji wiedzą,
dostępowali wyłącznie członkowie Rady, których Ad-eim spotkał, poza Panią New’u,
raptem kilku, a wszyscy bez wyjątku byli nauczycielami. Dziewczęta miały
wypukłe piersi i gładkie łona, których harmonii nie zakłócały żadne zewnętrzne
organy. Ich głowy pokrywały dziwne, bardzo jasne zakończenia. Nie widziało się
ani jednej z błyszczącą, gładką czaszką. I było w nich coś niepokojącego. Jakaś
tajemniczość, której chłopak nie pojmował, a którą chętnie by odkrył. Niewiele
miejsca w szkolnym materiale poświęcono samicom. Uczniowie musieli zadowolić
się wiedzą, że nie wolno im się do nich zbliżać i że spotkają je podczas Święta
Wiosny.
Ad-eim niechętnie
oderwał oczy od stojącego nieopodal stadka dziewcząt i skupił się na dotarciu
do stoiska Rady. Wierzył Pani New’u, ale młodzieńczy optymizm pozwolił mu także
uwierzyć, że tych wszystkich roześmianych ludzi można jeszcze jakoś ocalić. Nie
wiedział jak, tego właśnie chciał się dowiedzieć. I miał nadzieję, że zbliżenie
się do Rady pozwoli znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Miał siedem dni.
…
Pani Saf’u otuliła się
szczelnie szatą i zerknęła z westchnieniem na swoje wychowanki. Rozpierzchły
się pomiędzy samcami, lecz nadal tworzyły kilkuosobowe grupki. Budynek szkoły
właściwie przestał już istnieć i ze swojego miejsca na wzniesieniu tkanki
nauczycielka obserwowała Panią New’u. Znała tę starszą o trzydzieści cykli koleżankę
ze spotkań Rady, na których obydwie składały obszerne raporty o swoich
wychowankach. Kobieta nie zrobiła na niej dobrego wrażenia. Pani Saf’u uważała,
że nauczycielka samców jest zimną i wyrachowaną suką. Już sam fakt, że
przeciwstawiła się swojej własnej płci i naucza w klasach męskich, Pani Saf’u uznawała
za policzek, a wyniosłe zachowanie starszej samicy w stosunku do nauczycielek z
klas żeńskich sprawiało, że w szkole dla dziewcząt nikt o Pani New’u nie
powiedział nawet jednego ciepłego słowa.
Cóż z tego, że tamta
już czterokrotnie była świadkiem Święta Wiosny? Ten pierwszy raz, podobnie jak
u wszystkich ocalonych kompletnie się nie liczy. Żaden z wybrańców nie ma
wiedzy, ani wspomnień, które mogłyby pomóc w zrozumieniu cyklu przemian.
Później Pani New’u trzykrotnie wydawała na rzeź swoich wychowanków, co oznacza,
że żyje już sześćdziesiąt cykli, podczas gdy Pani Saf’u właśnie zamierza
uśmiercić swoją pierwszą w życiu klasę. Żyje dopiero trzydzieści cykli i jest
szczęśliwa, że udało się jej uniknąć zagłady. Pamięta w najdrobniejszych
szczegółach rozmowę, jaką piętnaście cykli temu, w degenerujących się ścianach
żeńskiego dormitorium przeprowadziła z nią jej nauczycielka, stara Pani Lib’u,
która zresztą odeszła wtedy wraz z wychowankami, ponieważ jej czas decyzją Rady
już się zakończył.
– Ósemko! – rzekła
uroczyście, nazywając ją numerem porządkowym, ponieważ samicom zwyczajowo nie
nadawano w habitacie imion i w dormitorium hołdowano tej tradycji.
– Tak, proszę pani? –
dziewczyna dygnęła przed matroną, która przysiadła na brzeżku jej kojca i
łagodnym ruchem gładziła znoszoną szatę, obecnie poszarpaną na brzegach i w
kolorze głębokiej czerni gangreny.
– Dziecko – westchnęła
ze znużeniem nauczycielka – Liczysz sobie zaledwie piętnaście cykli, a twoje
ciało jest zachwycającą świątynią.
Pani Saf’u, która
jeszcze wtedy nie posiadała imienia, podkurczyła smukłe nogi i wyczekująco
wpatrywała się w starą Panią Lib’u. Nie śmiała wydusić choćby słowa. Wieloletnie
szkolenie nauczyło ją cierpliwego oczekiwania na słowa nauczycielki.
– Jutro zaczyna się festiwal,
o którym słyszałaś mnóstwo legend i opowieści. Jutro wszystkie twoje koleżanki
dostąpią zaszczytu obcowania z wychowankami klas męskich. Ty także wmieszasz
się w ciżbę, ale nie pozwolisz, by twoje ciało zatraciło się bez reszty. Gdy przyjdzie
czas, zostaniesz wezwana.
– Nie rozumiem! –
odważyła się odezwać bezimienna Ósemka.
– Zrozumiesz! – Pani
Lib’u podniosła się gwałtownie i stanęła pomiędzy łóżkami Piątki i Szóstki jedynych
bliźniaczek w całej szkole. – I tak bardzo się cieszę, że wybrali ciebie, jak
bardzo rozpaczam nad resztą.
Nauczycielka wyszła,
pozostawiając Panią Saf’u w stanie kompletnego oszołomienia. Oczywiście Pani
Lib’u nie wspomniała o zbliżającej się zagładzie. Nie miało to sensu, ponieważ
dziewczętom był pisany nieco inny los.
Późniejsze wydarzenia
Pani Saf’u najchętniej wymazałaby w pamięci. Żadne słowa nie były w stanie
oddać uczuć, jakie targały nią przez kolejne siedem dni festiwalu. Tymi, które
z ledwością poddają się opisowi było skrajne przerażenie, ekstremalne podniecenie,
a w końcu ulga. Głęboka, paraliżująca ciało i myśli. Teraz nauczycielka
próbowała wypatrzyć Dziewiętnastkę. Wybraną, która wkrótce otrzyma imię. Trudno
w tłumie jednobarwnych ciał wypatrzyć konkretne, lecz w tym przypadku nie było
to niemożliwe. Dziewczyna miała długie do ucha ciemne włosy, co było
niespotykane. Większość kobiecych głów zdobiło króciutkie jasne owłosienie,
sterczące zabawnie na boki. Po chwili wpatrywania się w stłoczone na rynku
sylwetki Pani Saf’u namierzyła wzrokiem swoją ciemnowłosą wychowankę. Pomiędzy
dwoma stoiskami powstał centryczny plac okolony morzem gładkich głów. W samym
środku stała Dziewiętnastka najwyraźniej nagabywana przez jakiegoś osiłka. Tuż
przy budce zgromadziły się dziewczyny z klasy. Samiec ciągnął wybraną w swoją
stronę, zaciskając palce na jej nadgarstkach. Jego koledzy i zwyczajni gapie
płci męskiej stali bezczynnie z boku i obserwowali rozwój wypadków. Pani Saf’u
podniosła się energicznie, zdecydowana przyjść z pomocą wychowance. W połowie
wzniesienia osadziły ją w miejscu następujące po sobie kolejne wydarzenia.
– Ka-han! – Pani New’u
z wrzaskiem wpadła pomiędzy chłopaka i wybraną. – Zostaw ją!
Chłopak nie zwrócił
uwagi na nauczycielkę i szarpnął dziewczynę za ramię, jednocześnie uderzając ją
w twarz. Pani New’u z całej siły pchnęła go w klatkę piersiową. Gówniarz odpowiedział
gradem ciosów. Pani New’u upadła jak szmaciana lalka, a tłum uczniów zafalował
gwałtownie i rozstąpił się pierzchając poza linię straganów. Ka-han rzucił się
do ucieczki.
Pani Saf’u wbiegła na
plac, odpychając na boki gapiów i dopadła do nielubianej koleżanki.
Równocześnie nad nauczycielką pochylił się rosły chłopak. Przyklęknął i
podłożył dłonie pod krwawiącą czaszkę. Pani New’u żyła, ale najwyraźniej była
nieprzytomna. Wokół niej formowała się kałuża krwi.
– Chłopcze, zostań
tutaj a ja pobiegnę po pomoc. Nie ruszaj się stąd! – zadysponowała Pani Saf’u i
wyprostowała się ponad bezwładnym ciałem rywalki. – Jak masz na imię? – rzuciła
w przelocie, nie czekając na odpowiedź.
– Da-rik – wyszeptał
chłopak i wpił zrozpaczone spojrzenie w nieprzytomne oblicze Pani New’u.
…
Ad-eim przedarł się
przez tłum i w końcu stanął przed stoiskiem reklamującym posady w Radzie. Nie
umknęło mu pewne poruszenie na rynku, ale dotychczasowe życie nauczyło go, że
nie warto ingerować w żadne konflikty. Kramik rozczarowywał od pierwszego
wejrzenia. Tkanka zwisała w smętnym wspomnieniu świetności, a sprzedawca,
zasuszony i pomarszczony staruszek był zdecydowanie nie na miejscu. Festiwal
parował ciepłem młodych ciał i starość za kontuarem zbiła chłopaka z tropu. Na
ladzie ujrzał kilka rzuconych od niechcenia ulotek o tak wyblakłych literach,
że z trudem udawało się odcyfrować pojedyncze słowa. Szan-sa na lep.. sylabizował bezgłośnie.
– W czym mogę pomóc? –
zaszeleścił sprzedawca głosem równie starym, co jego zwiotczała skóra.
– Ja… to znaczy… – Ad-eim
umilkł, ponieważ tak naprawdę nie wiedział co ma powiedzieć i, co ważniejsze,
co chciałby usłyszeć. Patrzył więc wyzywająco w wyblakłe oczy starego.
– Zostałeś wybrany – stwierdził
sprzedawca.
– Skąd…
– Dostatecznie długo
żyję, by rozpoznawać was od pierwszego wejrzenia.
– Nas?
– No nie myślisz chyba,
że jesteś pierwszy? Za każdym razem jest dziesięciu.
Ad-eim odwrócił się
gwałtownie i lustrował tłum w poszukiwaniu innych.
– Raczej ich nie
znajdziesz. – powiedział spokojnie starzec. – I nie każdy tu przychodzi –
wyprzedził formujące się w głowie chłopaka pytanie. – Podczas poprzedniego
święta wiosny pojawiło się dwóch i każdy zadawał dokładnie te same pytania –
wyjaśnił, widząc rysującą się w głowie dzieciaka podejrzliwość.
– A teraz? Był ktoś
oprócz mnie? – wtrącił niecierpliwe Ad-eim.
– Nie. Tamtym dwóm
piętnaście cykli temu też tak powiedziałem.
Ad-eima te gierki
słowne zaczęły irytować a ostatnie stwierdzenie starego nad wyraz dobitnie
pokazywało, że nie ma sensu oczekiwanie na szczere odpowiedzi.
– Co ja mam teraz
robić? – spróbował mimo wszystko.
– Baw się, tańcz i pij
maszke. – odpowiedział stary. – Niby wybranym zakazują, ale wierz mi, chłopcze,
że bez tego przed końcem wiosny zwariujesz od własnych myśli. Skup się lepiej
na samicach, a nie na tym co nieuchronne.
Sprzedawca fałszywej
nadziei umilkł, po czym dosłownie zapadł się pod tkankę. Chłopak obszedł ladę,
ale po starym nie został nawet ślad, co innego zresztą aktualnie przykuło jego
uwagę. Tuż obok stoiska przebiegł Ka-han i, rozglądając się gorączkowo wzrokiem
złodzieja, wśliznął się za świeżo osieroconą ladę, i skulił pod kontuarem.
Nieomal otarł się o Ad-eima, ale go nie zauważył, co chłopaka akurat ucieszyło.
Pospiesznie oddalił się od stoiska i skierował w stronę środka placu.

Nie czytałem lepszego opowiadania
OdpowiedzUsuńdokładnie to samo chciałam napisać!
OdpowiedzUsuń