środa, 12 września 2012

Opowiadanie - Na początku był człowiek część 1

Witajcie!

Opowiadanie Na początku był człowiek ukazało się drukiem w styczniowym numerze miesięcznika SFFH. Muszę przyznać, że był to tekst, którego logika i spójność nastręczyła mi jak dotąd najwięcej trudności. Przywykłam do zamykania w całość wielowarstwowych historii, ale w tym tekście rzuciłam siebie i swoich bohaterów w kompletnie oderwane od naszych ziemskich warunków życia środowisko. Wiecie jak wiele zmian to pociąga? Trzeba zadbać o  inne zwyczaje, inne skojarzenia, cele i nawet inaczej konstruować dialogi. Można się wyłożyć na byle detalu : )
Czytelnicy SFFH niespójności nie znaleźli a mnie kopnął zaszczyt w postaci zaliczenia podium w ankiecie na najlepsze teksty numeru.
Ale i tak moim najcenniejszym laurem jest mail od czytelnika, który dla połechtania własnej próżności przytaczam w całości:

Dzień dobry smile
Chciałem tylko podzielić się spostrzeżeniem, że "Na początku był..." to nie tylko najlepsze opowiadanie numeru ale także jeden z najfajniejszych tekstów jakie w ogóle czytałem. Gratuluję prawdziwego talentu oraz niebagatelnych umiejętności smile
pozdr.

Kuba T.

I między innymi dlatego uznaję ten tekst za bardzo dla mnie ważny. Mam cichą nadzieję, że spodoba się i Wam.


Na początku był człowiek


Ad-eim pomasował stłuczone kolano. Nie pierwszy raz wylądował na ziemi po spotkaniu z bandą szkolnych matołów. Arkusze rozsypały się po korytarzu i najwyraźniej miały zamiar zjednoczyć się z organizmem. Ich cienka, skonstruowana z martwego naskórka, materia chętnie poddawała się strużce soków trawiennych cieknącej rynsztokiem jelit żywiciela. Chłopak poderwał się na równe nogi i wyzbierał notatki. Ka-han, ten kretyn z sąsiedniej klasy parsknął szyderczo przyglądając się nieporadnym ruchom. Ad-eim podniósł się nieporadnie i unikając wzroku Ka-hana omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Tkanka pulsowała nerwowo, a szkolne korytarze poddawane były coraz większej aktywności.
Ka-han tak naprawdę nie miał chęci pastwić się nad tym cherlawym gnojkiem, ale szkoła właśnie się skończyła i ten etap życia odchodził do przeszłości. Paczka Ka-hana właśnie opuszczała budynek, by wraz z innymi dzieciakami świętować zakończenie nauki podczas siedmiodniowej balangi. Jeśli opowieści o Święcie Wiosny są, choć w połowie prawdziwe, to czekała ich niezła impreza. Skopanie tego żałosnego szczyla to tylko dopełnienie pewnej tradycji. Takie, można powiedzieć, sentymentalne pożegnanie szkoły.
Kumpel Ka-hana, Je-fir, szturchnął przywódcę w ramię i wskazał mu miejsce za plecami ich ofiary. Na środku korytarza wypiętrzała się właśnie fontanna trawienna. Wszystkie dzieciaki wiedziały, że należy omijać je z daleka. Podstawowa mądrość życiowa wyniesiona z habitatu.
Ad-eim zgarnął arkusze i garbiąc się przemknął pospiesznie w stronę wypiętrzenia będącego pod kontrolą Pani New’u. Na podium stała nauczycielka odziana w szatę, która była atrybutem jej urzędu.
– Spóźniłeś się! Usiądź – poleciła mu cierpko i rozpoczęła przemowę. – Dzisiaj kończycie szkołę. Za kilka minut zaczniecie tygodniową, szaloną imprezę ku czci żywiciela. Dalej inni pokierują waszymi losami, ja w każdym razie starałam się przez ostatnich kilka lat wpoić wam posłuszeństwo!
Nauczycielka podeszła do pulsującej błony okiennej i zapatrzyła się w kolorowe pęcherze głównego rynku. Widowisko jak zwykle zaprze dech w piersiach, i jak zwykle obróci w niwecz jej wychowanków. Pani New’u po raz kolejny podczas zmiany pokoleń ograniczyła się do beznamiętnej miny i zawilgoconym wzrokiem po raz ostatni omiatała swoich uczniów. Mały Da-rik tak wyrósł i wyprzystojniał, że do ostatniego dnia Pani Newu miała nadzieję, że uda się go ocalić. Mądry, uroczy i wyjątkowo zbudowany dzięki zamiłowaniu do sportu bardzo spodobał się Radzie, ale jego masa przesądziła o sprawie. Żywiciel doskonale wyłapuje tłuste kąski.
Pani New’u przysiadła na degenerującej się ławce i zatopiła twarz w dłoniach. Ile to już pokoleń dzieci? Ile godzin radości ? I co dalej?
Każda klasa liczy zawsze czterdziestu chłopców. Pełne przeszkolenie trwa piętnaście cykli, potem Rada wyznacza tylko jedną osobę z klasy, by przekazała pamięć pokolenia następnym. Trzydzieści dziewięć istnień jest skazanych na zagładę. A klas jest zawsze dziesięć. Rachunek istnienia jest prosty – najlepszy uczeń z klasy dostępuje zaszczytu życia. Reszta musi się poddać trawiennym strukturom żywiciela, który nie jest w stanie żyć bez białka, a białko nie jest w stanie żyć bez nosiciela, w dochodzących do minus dwustu stopni mrozach na planecie. Pomiędzy następującymi cyklicznie orgiami obżarstwa gad zadowalał się okazjonalnymi absorpcjami, co Rada skrzętnie tuszowała.
Ławka z bulgotem zjednoczyła się z tkanką, więc Pani New’u wstała z przesadnym ociąganiem, próbując zaakcentować swoją wolę wstania. Co oczywiście było bzdurą; każdy wiedział, że wola tkanki jest najważniejsza. A człowiek może co najwyżej gładzić jej pulsujące, ciepłe fragmenty z nadzieją, że ta przychyli się do jego potrzeb. Klasy i korytarze istniały tylko dlatego, że przez piętnaście cykli gad pozostawał w stanie hibernacji zimowej. Po planecie hulały mrozy, więc aktywność metabolizmu żywiciela ograniczona była do minimum, a tkankę można było nieomal dowolnie formować. Obecnie planeta zmierzała stanowczym kursem w stronę wiosny. Kąt nachylenia gwiazdy na siedem dni wyzwoli w gadach chęć życia, jedzenia i prokreacji. Tkanka wygładzi się, wymknie spod kontroli Rady, a układ trawienny żywiciela zażąda protein. Ludzkich protein. Uroczych, jędrnych kilkunastoletnich ciał.
Nauczycielka zerknęła na główny plac, na którym wypiętrzyły się stragany i stoiska.
– Dzisiaj kończysz szkołę – odwróciła się od okna i spojrzała badawczo na Ad-eima. – Dzisiaj – podjęła po chwili milczenia – pobiegniesz na rynek, by zgodnie z opowieściami, które znasz od dziecka wziąć udział w najbardziej ekscytującej zabawie. Ty i twoi przyjaciele macie pełne siedem dni na beztroską zabawę. Potem podejmiecie zupełnie nowe funkcje.
– Mówiła pani o tym na lekcjach – odparł Ad-eim.
– Mówiłam, to prawda. – Pani New’u przechadzała się miarowo po sali i nerwowo zaplatając dłonie na piersiach co chwilę zerkała w stronę głównego placu. – Nie mówiłam natomiast, jakie to zadania.
– Podobno tego mamy się dowiedzieć potem – szepnął chłopak.
Wszystko w nim było tak cholernie denerwujące, poprawne i bez zarzutu. Nauczycielka była wściekła, że musi uświadomić właśnie tego dzieciaka.
– Wszyscy dowiedzą się po zabawie, ty jednak dowiesz się teraz i gwarantuję ci, że to zmieni kompletnie całą twoją wiedzę o życiu.
– Zawsze słuchałem i robiłem notatki z pani lekcji – odparł chłopak obronnym tonem.
– A to wszystko gówno było! – wrzasnęła Pani New’u sama nie wiedząc czy irytuje ją rutyna informowania ucznia, że wszystko o czym mówiła to wierutna bzdura, czy też źródłem zdenerwowania jest konkretnie chłopak, którego nigdy nie lubiła. Nauczycielka ponownie zerknęła przez okno w stronę placu. Jej wychowankowie krążyli grupkami, śmiejąc się, popychając i zaczepiając samice z żeńskich klas. Mieli z nimi bezpośredni kontakt po raz pierwszy w życiu.
– Nie rozumiem – wyjąkał Ad-eim .
– Ad-eim – nauczycielka postarała się wtłoczyć maksimum ciepła w imię wychowanka – zostałeś wybrany, by wkroczyć do dorosłej społeczności.
– Dziękuję – odrzekł zdawkowo chłopak nie wiedząc, że oznacza to jako jedyny z czterdziestu i jako dziesiąty z czterystu dostąpiłeś dzisiaj zaszczytu dalszego życia.
Pani New’u poczuła nagle, że jest stara. Nigdy nie miała problemów z obcesowym informowaniem wybrańca, że on przeżyje, a reszta jego kolegów zginie. Ad-eima czekał rodzaj stypy, po której jako jedyny pozostanie żywy. Bal trupów był dla kolejnych wybrańców szokiem. Lata prania mózgów, obietnic, że po zakończeniu szkoły otrzymają nowe ekscytujące zadania zderzały się nagle z wiedzą, że siódmego dnia wszyscy zginą. Znikną młodzieńcze plany i marzenia. Zostanie tylko on i dziewięciu jemu podobnych. A z żeńskich klas normalnego życia dostąpi tylko jedna samica. Królowa tygodnia przemiany. Nauczycielka pogładziła mechanicznie klatkę piersiową. Wiele się nie zmieniło. Sukces życia zawdzięczała jędrnemu ciału i urodziwej twarzy. Nieprzeciętny intelekt oczywiście doprowadził ją do miejsca, w którym mogła dowolnie wybierać chwilę poddania się działaniu soków trawiennych żywiciela, ale ciągle pamiętała, że przepustkę do życia zapewniło jej zdrowe i piękne ciało królowej. Nauczycielka nie miała pojęcia kto zadecydował o ocaleniu Ad-eima. Ona tylko przekazywała informacje i łudziła się, że skrupulatne sprawozdania z postępów jej wychowanków jeszcze zmienią wyrok przed końcem siódmego dnia wiosny.
Pani New’u świdrowała chłopaka nienawistnym spojrzeniem.
Ad-eim kręcił się przez chwilę na niewygodnym, redukującym się stołku, by poderwać się z niego i stanąć w pobliżu pulsujących drzwi.
– O co pani chodzi? – warknął wyzywająco.
To nie było nic osobistego. Ad-eim zwyczajnie nie był tym, na którego czekała. Tyle lat szukała swojego synka i każdą twarz analizowała pod kątem podobieństwa do siebie, lub do mglistego wspomnienia ojca. Tak właściwie to Pani New’u nie miała nawet gwarancji, że wydała na świat chłopca. Przekleństwem wiosny były wyrastające bez ostrzeżenia fontanny maszke, która gubiła zmysły. Ludzie, nauczeni, że należy omijać szerokim łukiem źródla trawienne, lgnęli jak ćmy do gruczołów produkujących skondensowane podniecenie. Żywiciel szykował się do aktywności płciowej i siłą rzeczy tłoczył doznania swoim pasożytom. Pani New’u widziała to wiele razy, ale zawsze cieniem na festiwalu życia i śmierci kładły się jej osobiste wspomnienia. Za mniej więcej pięć godzin z każdego zakątka degenerującego się placu wytryśnie maszke i pogrąży w chaosie chuci cały rocznik, a nauczycielka ponownie zanurzy się we wspomnieniach pewnego zapłodnienia w obliczu kosmosu. Bowiem w siódmym dniu gad obnaży nieomal przezroczysty brzuch i przez pulsujące powłoki ludzie ujrzą zewnętrzny świat. W chwili słabości żywiciel legnie na wznak, by po kilku godzinach odwrócić się na grzbiet i zagrzebać głęboko pod ziemię. Te kilka godzin, szczyt ekstazy i nieziemska rozkosz to całkowity sens istnienia. Nieprofesjonalne westchnienie, które wydarło się z klatki piersiowej Pani New’u stłumiło dźwięki towarzyszące wchłanianiu się drzwi i ścian sali lekcyjnej.
– Czego pani ode mnie chce? – ponowił pytanie Ad-eim odskakując na bezpieczną odległość od drzwi.
– Ad-eim! – zaczęła strofującym głosem, lecz po chwili znacznie zniżyła ton. – Chłopcze, za chwilę zrozumiesz, dlaczego tak ciężko jest mi z tobą rozmawiać. Pamiętasz lekcje o naszym żywicielu?
– Żywiciel zapewnia ludziom ochronę przed światem zewnętrznym. Dzięki niemu możemy istnieć. Zapewnia nam ciepło i nas żywi – chłopak wyrecytował szkolną formułkę.
– A teraz zachodzi pytanie, czym on sam się żywi?
Ad-eim patrzył nieprzeniknionym wzrokiem na nauczycielkę a po chwili wraz z grymasem zrozumienia na jego twarzy odmalowało się przerażenie.
– Nie! – krzyknął.
– Teraz już wiesz, co miałam na myśli mówiąc, że zostałeś wybrany. Nie wiem dlaczego właśnie ty, ale jako jedyny ze swojej klasy będziesz dalej żyć. A teraz grzecznie pójdziesz świętować wraz ze wszystkimi i nie powiesz nikomu nic z tego, co tu usłyszałeś. Siódmego dnia ktoś z Rady powie ci co masz dalej robić. I od razu uprzedzając twoje myśli ostrzegam cię, że jeśli piśniesz komukolwiek choć słowo, to Rada dysponuje kandydaturą zastępczego wybrańca. Zresztą – Pani New’u wzruszyła ramionami – i tak nikt by ci nie uwierzył. Za parę godzin wszyscy zmienią się w bandę durniów. Dla ciebie natomiast lepiej by było, gdybyś nie korzystał z maszke.
Chłopak stał oszołomiony, niezdolny do wykonania najdrobniejszego ruchu.
– Możesz odejść – odprawiła go i ponownie odwróciła się w stronę otworu okiennego.
Ad-eim, jak pijany krążył po topniejących korytarzach. Mijał gabloty z coraz mniej wyraźnymi plakatami. Jeden z nich krzyczał czerwonymi literami Znajdź nasze stoisko podczas festiwalu. Atrakcyjne oferty pracy! Inny głosił Absolwencie! Nie składaj swojego losu w niepewne ręce! Dołącz do nas. Chłopak widywał je codziennie, ale dopiero teraz docierała do niego skala oszustwa. Przez chwilę pomyślał, że Pani New’u zwariowała, ale elementy układanki tak niepokojąco gładko wskoczyły na swoje miejsce, że aż się zdumiał, czemu nigdy nie zadał sobie pytania, skąd żywiciel czerpie pożywienie. Dlaczego właśnie on? Co wyróżniało go z tłumu nastolatków? Nauczycielka wspominała, że został wybrany jako jedyny z klasy, ale czy to oznacza, że z innych klas też ktoś otrzymał przepustkę do przyszłego życia? Ad-eim odwrócił się od kłamliwych ogłoszeń i pospiesznie ruszył w stronę wyjścia. Schody praktycznie przestały istnieć i trzeba było się nieźle nagimnastykować, by zeskoczyć na dziedziniec. Ku zaskoczeniu chłopaka podłoże było miękkie i elastyczne. Najwyraźniej transformacja dokonywała się także i tu. Dalej, w głębi placu kłębiły się grupki podekscytowanych absolwentów. Niektórzy głośnymi okrzykami zachwytu komentowali wypiętrzające się powoli gruczoły maszke, a inni krążyli pomiędzy stoiskami oferującymi maleńkie ciasteczka i chrupki produkowane z suszonej tkanki. Sprzedawcy zachwalali czapeczki i baloniki, a w głębi placu tłoczyły się stragany reklamowane w szkolnej gablocie. Ogromne napisy namawiały do skorzystania z usług pośrednictwa w znalezieniu satysfakcjonującej posady, zachwalały pracę w lecznictwie, edukacji a jedno ze stoisk zachęcało do składania swoich ofert do Rady. Tam właśnie zmierzał Ad-eim torując sobie drogę w gwarnym tłumie. Nieopodal stoiska z kolorowymi obrazkami wypatrzył Je-fira, pojawienie się tego półgłówka oznaczało, że Ka-han z pewnością kręci się gdzieś w pobliżu. I rzeczywiście, zaledwie kilkanaście metrów dalej osiłek nadskakiwał jakiejś samicy, która kompletnie go ignorowała. Ka-han, dla którego argument siły był jedyną pewną receptą na osiągnięcie celu doskoczył do niej i brutalnie pociągnął za rękę.
Ad-eim wycofał się pospiesznie i omijając śmiertelnego wroga próbował wtopić się w tłum. Dopiero, gdy ominął strefę zagrożenia przyjrzał się bacznie mijanym ludziom. Znakomitą część z nich znał ze szkoły, ale krążące grupkami samice widział z bliska po raz pierwszy w życiu. Zdziwiły go wyraźne różnice w budowie. Samice były drobniejsze, bardzo podobne do Pani New’u, ale w przeciwieństwie do niej nieosłonięte szatą z tkanki. Tego zaszczytu, zgodnie z wyniesioną z lekcji wiedzą, dostępowali wyłącznie członkowie Rady, których Ad-eim spotkał, poza Panią New’u, raptem kilku, a wszyscy bez wyjątku byli nauczycielami. Dziewczęta miały wypukłe piersi i gładkie łona, których harmonii nie zakłócały żadne zewnętrzne organy. Ich głowy pokrywały dziwne, bardzo jasne zakończenia. Nie widziało się ani jednej z błyszczącą, gładką czaszką. I było w nich coś niepokojącego. Jakaś tajemniczość, której chłopak nie pojmował, a którą chętnie by odkrył. Niewiele miejsca w szkolnym materiale poświęcono samicom. Uczniowie musieli zadowolić się wiedzą, że nie wolno im się do nich zbliżać i że spotkają je podczas Święta Wiosny.
Ad-eim niechętnie oderwał oczy od stojącego nieopodal stadka dziewcząt i skupił się na dotarciu do stoiska Rady. Wierzył Pani New’u, ale młodzieńczy optymizm pozwolił mu także uwierzyć, że tych wszystkich roześmianych ludzi można jeszcze jakoś ocalić. Nie wiedział jak, tego właśnie chciał się dowiedzieć. I miał nadzieję, że zbliżenie się do Rady pozwoli znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Miał siedem dni.
Pani Saf’u otuliła się szczelnie szatą i zerknęła z westchnieniem na swoje wychowanki. Rozpierzchły się pomiędzy samcami, lecz nadal tworzyły kilkuosobowe grupki. Budynek szkoły właściwie przestał już istnieć i ze swojego miejsca na wzniesieniu tkanki nauczycielka obserwowała Panią New’u. Znała tę starszą o trzydzieści cykli koleżankę ze spotkań Rady, na których obydwie składały obszerne raporty o swoich wychowankach. Kobieta nie zrobiła na niej dobrego wrażenia. Pani Saf’u uważała, że nauczycielka samców jest zimną i wyrachowaną suką. Już sam fakt, że przeciwstawiła się swojej własnej płci i naucza w klasach męskich, Pani Saf’u uznawała za policzek, a wyniosłe zachowanie starszej samicy w stosunku do nauczycielek z klas żeńskich sprawiało, że w szkole dla dziewcząt nikt o Pani New’u nie powiedział nawet jednego ciepłego słowa.
Cóż z tego, że tamta już czterokrotnie była świadkiem Święta Wiosny? Ten pierwszy raz, podobnie jak u wszystkich ocalonych kompletnie się nie liczy. Żaden z wybrańców nie ma wiedzy, ani wspomnień, które mogłyby pomóc w zrozumieniu cyklu przemian. Później Pani New’u trzykrotnie wydawała na rzeź swoich wychowanków, co oznacza, że żyje już sześćdziesiąt cykli, podczas gdy Pani Saf’u właśnie zamierza uśmiercić swoją pierwszą w życiu klasę. Żyje dopiero trzydzieści cykli i jest szczęśliwa, że udało się jej uniknąć zagłady. Pamięta w najdrobniejszych szczegółach rozmowę, jaką piętnaście cykli temu, w degenerujących się ścianach żeńskiego dormitorium przeprowadziła z nią jej nauczycielka, stara Pani Lib’u, która zresztą odeszła wtedy wraz z wychowankami, ponieważ jej czas decyzją Rady już się zakończył.
– Ósemko! – rzekła uroczyście, nazywając ją numerem porządkowym, ponieważ samicom zwyczajowo nie nadawano w habitacie imion i w dormitorium hołdowano tej tradycji.
– Tak, proszę pani? – dziewczyna dygnęła przed matroną, która przysiadła na brzeżku jej kojca i łagodnym ruchem gładziła znoszoną szatę, obecnie poszarpaną na brzegach i w kolorze głębokiej czerni gangreny.
– Dziecko – westchnęła ze znużeniem nauczycielka – Liczysz sobie zaledwie piętnaście cykli, a twoje ciało jest zachwycającą świątynią.
Pani Saf’u, która jeszcze wtedy nie posiadała imienia, podkurczyła smukłe nogi i wyczekująco wpatrywała się w starą Panią Lib’u. Nie śmiała wydusić choćby słowa. Wieloletnie szkolenie nauczyło ją cierpliwego oczekiwania na słowa nauczycielki.
– Jutro zaczyna się festiwal, o którym słyszałaś mnóstwo legend i opowieści. Jutro wszystkie twoje koleżanki dostąpią zaszczytu obcowania z wychowankami klas męskich. Ty także wmieszasz się w ciżbę, ale nie pozwolisz, by twoje ciało zatraciło się bez reszty. Gdy przyjdzie czas, zostaniesz wezwana.
– Nie rozumiem! – odważyła się odezwać bezimienna Ósemka.
– Zrozumiesz! – Pani Lib’u podniosła się gwałtownie i stanęła pomiędzy łóżkami Piątki i Szóstki jedynych bliźniaczek w całej szkole. – I tak bardzo się cieszę, że wybrali ciebie, jak bardzo rozpaczam nad resztą.
Nauczycielka wyszła, pozostawiając Panią Saf’u w stanie kompletnego oszołomienia. Oczywiście Pani Lib’u nie wspomniała o zbliżającej się zagładzie. Nie miało to sensu, ponieważ dziewczętom był pisany nieco inny los.
Późniejsze wydarzenia Pani Saf’u najchętniej wymazałaby w pamięci. Żadne słowa nie były w stanie oddać uczuć, jakie targały nią przez kolejne siedem dni festiwalu. Tymi, które z ledwością poddają się opisowi było skrajne przerażenie, ekstremalne podniecenie, a w końcu ulga. Głęboka, paraliżująca ciało i myśli. Teraz nauczycielka próbowała wypatrzyć Dziewiętnastkę. Wybraną, która wkrótce otrzyma imię. Trudno w tłumie jednobarwnych ciał wypatrzyć konkretne, lecz w tym przypadku nie było to niemożliwe. Dziewczyna miała długie do ucha ciemne włosy, co było niespotykane. Większość kobiecych głów zdobiło króciutkie jasne owłosienie, sterczące zabawnie na boki. Po chwili wpatrywania się w stłoczone na rynku sylwetki Pani Saf’u namierzyła wzrokiem swoją ciemnowłosą wychowankę. Pomiędzy dwoma stoiskami powstał centryczny plac okolony morzem gładkich głów. W samym środku stała Dziewiętnastka najwyraźniej nagabywana przez jakiegoś osiłka. Tuż przy budce zgromadziły się dziewczyny z klasy. Samiec ciągnął wybraną w swoją stronę, zaciskając palce na jej nadgarstkach. Jego koledzy i zwyczajni gapie płci męskiej stali bezczynnie z boku i obserwowali rozwój wypadków. Pani Saf’u podniosła się energicznie, zdecydowana przyjść z pomocą wychowance. W połowie wzniesienia osadziły ją w miejscu następujące po sobie kolejne wydarzenia.
– Ka-han! – Pani New’u z wrzaskiem wpadła pomiędzy chłopaka i wybraną. – Zostaw ją!
Chłopak nie zwrócił uwagi na nauczycielkę i szarpnął dziewczynę za ramię, jednocześnie uderzając ją w twarz. Pani New’u z całej siły pchnęła go w klatkę piersiową. Gówniarz odpowiedział gradem ciosów. Pani New’u upadła jak szmaciana lalka, a tłum uczniów zafalował gwałtownie i rozstąpił się pierzchając poza linię straganów. Ka-han rzucił się do ucieczki.
Pani Saf’u wbiegła na plac, odpychając na boki gapiów i dopadła do nielubianej koleżanki. Równocześnie nad nauczycielką pochylił się rosły chłopak. Przyklęknął i podłożył dłonie pod krwawiącą czaszkę. Pani New’u żyła, ale najwyraźniej była nieprzytomna. Wokół niej formowała się kałuża krwi.
– Chłopcze, zostań tutaj a ja pobiegnę po pomoc. Nie ruszaj się stąd! – zadysponowała Pani Saf’u i wyprostowała się ponad bezwładnym ciałem rywalki. – Jak masz na imię? – rzuciła w przelocie, nie czekając na odpowiedź.
– Da-rik – wyszeptał chłopak i wpił zrozpaczone spojrzenie w nieprzytomne oblicze Pani New’u.
Ad-eim przedarł się przez tłum i w końcu stanął przed stoiskiem reklamującym posady w Radzie. Nie umknęło mu pewne poruszenie na rynku, ale dotychczasowe życie nauczyło go, że nie warto ingerować w żadne konflikty. Kramik rozczarowywał od pierwszego wejrzenia. Tkanka zwisała w smętnym wspomnieniu świetności, a sprzedawca, zasuszony i pomarszczony staruszek był zdecydowanie nie na miejscu. Festiwal parował ciepłem młodych ciał i starość za kontuarem zbiła chłopaka z tropu. Na ladzie ujrzał kilka rzuconych od niechcenia ulotek o tak wyblakłych literach, że z trudem udawało się odcyfrować pojedyncze słowa. Szan-sa na lep.. sylabizował bezgłośnie.
– W czym mogę pomóc? – zaszeleścił sprzedawca głosem równie starym, co jego zwiotczała skóra.
– Ja… to znaczy… – Ad-eim umilkł, ponieważ tak naprawdę nie wiedział co ma powiedzieć i, co ważniejsze, co chciałby usłyszeć. Patrzył więc wyzywająco w wyblakłe oczy starego.
– Zostałeś wybrany – stwierdził sprzedawca.
– Skąd…
– Dostatecznie długo żyję, by rozpoznawać was od pierwszego wejrzenia.
– Nas?
– No nie myślisz chyba, że jesteś pierwszy? Za każdym razem jest dziesięciu.
Ad-eim odwrócił się gwałtownie i lustrował tłum w poszukiwaniu innych.
– Raczej ich nie znajdziesz. – powiedział spokojnie starzec. – I nie każdy tu przychodzi – wyprzedził formujące się w głowie chłopaka pytanie. – Podczas poprzedniego święta wiosny pojawiło się dwóch i każdy zadawał dokładnie te same pytania – wyjaśnił, widząc rysującą się w głowie dzieciaka podejrzliwość.
– A teraz? Był ktoś oprócz mnie? – wtrącił niecierpliwe Ad-eim.
– Nie. Tamtym dwóm piętnaście cykli temu też tak powiedziałem.
Ad-eima te gierki słowne zaczęły irytować a ostatnie stwierdzenie starego nad wyraz dobitnie pokazywało, że nie ma sensu oczekiwanie na szczere odpowiedzi.
– Co ja mam teraz robić? – spróbował mimo wszystko.
– Baw się, tańcz i pij maszke. – odpowiedział stary. – Niby wybranym zakazują, ale wierz mi, chłopcze, że bez tego przed końcem wiosny zwariujesz od własnych myśli. Skup się lepiej na samicach, a nie na tym co nieuchronne.
Sprzedawca fałszywej nadziei umilkł, po czym dosłownie zapadł się pod tkankę. Chłopak obszedł ladę, ale po starym nie został nawet ślad, co innego zresztą aktualnie przykuło jego uwagę. Tuż obok stoiska przebiegł Ka-han i, rozglądając się gorączkowo wzrokiem złodzieja, wśliznął się za świeżo osieroconą ladę, i skulił pod kontuarem. Nieomal otarł się o Ad-eima, ale go nie zauważył, co chłopaka akurat ucieszyło. Pospiesznie oddalił się od stoiska i skierował w stronę środka placu.

2 komentarze: