czwartek, 28 marca 2013

Poddasze 4 - opowiadanie




Inspektor Zawojny siedział przy biurku w swoim gabinecie z twarzą ukrytą w dłoniach. Idąc za sugestią agenta Jąderki, wysłał żonę z dzieckiem do domu jej rodziców w Radomiu i obecnie gratulował sobie w duchu tej decyzji. Zgodnie z przepowiednią tajemnicze zjawiska nasilały się i zataczały coraz szersze kręgi. Zawojny przed chwilą otrzymał informację, że miało miejsce tragiczne i trudne do wyjaśnienia zdarzenie na stacji metra Pole Mokotowskie. Zgodnie z relacją Sosnkiewicza peron zaścielały powykręcane zwłoki. Sama stacja też wyglądała strasznie. Wszędzie walało się potłuczone szkło witryn reklamowych i żyrandoli. Wstępne ekspertyzy wykazały, że pechowcy padli ofiarą uduszenia, ale wyciek gazu i innych szkodliwych substancji zdecydowanie wykluczono. Wszystkie ofiary miały pomiażdżone kości, łącznie z czaszkami, co przedstawiało makabryczny widok. Fachowcy rozkładali ręce i nie potrafili podać przyczyn masakry.
Zawojny wiedział jednak dokładnie, co się stało, i współczuł tym ludziom nagłej śmierci pod tonami pojawiającej się znikąd ziemi. Zamyślił się. Kim właściwie był agent Jąderko? I, co ważniejsze, dlaczego opowiedział o tym wszystkim jemu? I dlaczego on sam nie zasugerował nawet kolegom przyczyn wydarzeń? Jąderko, kimkolwiek był, nie zobowiązał go przecież do dyskrecji. Nie musiał! Pomyślał z goryczą inspektor. Nikt by mu przecież i tak nie uwierzył.
– Szefie, szefie! – Aspirant Sosnkiewicz wyglądał, jakby ducha zobaczył. – Masakra na moście Świętokrzyskim!
– Na moście?
– Właściwie nie na moście, ale pod nim. W wodzie roi się od samochodów i ludzi. Niektórym chyba udało się wydostać z tonących pojazdów i …
– Jezus Maria! – Zawojny poderwał się i sprintem pobiegł do radiowozu. Sosnkiewicz ledwie mógł za nim nadążyć.
Na nabrzeżu kłębił się tłum gapiów, utrudniając pracę ekipom ratunkowym, które dotarły na miejsce chwilę przed Zawojnym. Chaos panujący w rzece był trudny do ogarnięcia. Paru świadków zdarzenia krążyło z obłędem w oczach po nabrzeżu i mamrotało coś o nagłym zniknięciu i ponownym pojawieniu się mostu. Wyłapywani przez sanitariuszy chętnie oddawali się w objęcia ogłupiających środków na uspokojenie. Pontony i łodzie krążyły wokół tonących wraków, a jeden z ratowników krzyczał, by natychmiast przysłano płetwonurków.
Zawojny już miał wkroczyć do akcji i rozpędzić gapiów, gdy nagle rozpoznał w tłumie tajemniczego agenta. Odcinał się wyraźnie od reszty ludzi gładką, jakby polerowaną łysiną. Jąderko rozejrzał się na boki i zaczął się ostrożnie wycofywać. Po chwili oddalał się pospiesznym krokiem w stronę Starówki.
– Przejmij akcję i zrób porządek z cywilami. Wezwij posiłki z posterunku. – Zawojny klepnął Sosnkiewicza w ramię i ruszył w ślad za agentem.
Jąderko sprawiał wrażenie człowieka, który nie do końca wie, dokąd zmierza. Gdy dotarł do Placu Zamkowego, uważnie zlustrował okna otaczających go kamienic. Najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał. Po chwili podjął wędrówkę Traktem Królewskim, co jakiś czas zatrzymując się i bacznie obserwując budynki.
Gdy dotarli do zbiegu ulic Nowy Świat i Chmielnej, przystanął gwałtownie. Zawojny, doświadczony przecież w czynnościach operacyjnych w terenie, ledwie zdołał ukryć się za załomem bramy. Zdębiał, gdy agent podszedł prosto do niego.
– Wyczuwam tu bardzo silną koncentrację energii, drogi inspektorze – powiedział Jąderko poważnie. – To musi być gdzieś tutaj. Na pewno niedaleko. Myślę, że powinniśmy się kierować w głąb Chmielnej. Chodźmy! Nie ma czasu do stracenia!
Oszołomiony Zawojny ruszył za agentem.
***
Żyłem historią mojej Żydówki. Nic innego nie istniało. Tekst spływał przez całą noc i był rozpaczliwym śpiewem przeszłości. Przeszłości, która nagle stała się teraźniejszością. Przespałem niespokojnie dwie godziny, by ponownie dopaść do komputera. Gorączkowo porządkowałem i wygładzałem tekst, niespokojnie spoglądając na mansardowe okno. Z opowieści wyłapywałem nazwiska zbrodniarzy wojennych i skrupulatnie spisywałem wiadomości o nich według własnego klucza. Tabela zawierała trzy rubryki. W pierwszą wpisywałem nazwisko nazisty, w drugą wszystkie detale jego przestępstw, a w trzeciej, jeśli tylko byłem w stanie to zidentyfikować, imiona, nazwiska i wiek ofiar. Miałem nadzieję, że więcej danych uda mi się uzyskać, gdy zakończymy tragiczną opowieść życia Żydówki. Nie zapytałem jej dotąd o imię. Uznałem, że wyjawi je sama w odpowiednim momencie.
Około południa tabela zawierała dziewięć nazwisk. Najdłuższą rubrykę ponurych zbrodni zebrał niejaki Joachim Kellerman. Doliczyłem się szesnastu relacji z bezpośrednich egzekucji i licznych przypadków podżegania podwładnych do morderstw na kobietach i dzieciach. A wszystko to w murach getta. W miejscu, w którym udręczeni ludzie walczyli codziennie o kromkę chleba i życie.
O pierwszej nie wytrzymałem napięcia i ponownie napisałem wiadomość do dziewczyny. O dziwo, odpisała od razu.
Jestem. Nie wiem jak, ale znów jestem. Czy zapisałeś wszystko?
Wszystko.
Dobrze. Nazwiska też?
Też. Potrzebuję więcej danych. No wiesz, tych zbrodniarzy.
Wszystko ci opowiem.
I ponownie popłynęła struga słów. Strasznych i tak doskonale pełnych, że odczuwało się nieomal fizyczny ból. Dziewczyna miała niesamowity talent i mogłem tylko tłuc bezsilnie głową w biurko, że miała pecha urodzić się właśnie wtedy. Wtedy, czyli kiedy? – podszepnął mój wewnętrzny diabeł. Nie kłóciłem się z nim. Miał rację. Oszalałem, rzeczywistość zatarła linie czasu albo objawił się mój geniusz. Było mi wszystko jedno. Chciałem jej zdań. Tylko tego pragnąłem.
***
– Stój! – powiedział Jąderko.
Inspektor zatrzymał się posłusznie i powiódł wzrokiem po fasadzie kamienicy. Nie było w niej niczego, co mogłoby zainteresować policję śledczą, ale agent wyglądał na mocno poruszonego.
– To coś dzieje się właśnie tutaj i w tej chwili. – Zdecydowanie otworzył drzwi.
Marmurowe schody wiły się wąską klatką schodową. Jąderko mijał kolejne drzwi, nie poświęcając im nawet spojrzenia. Na ostatnim piętrze było tylko jedno mieszkanie z prawej strony. Z lewej widać było fragment ściany zabity deskami.
– To tu – powiedział agent.
Zawojny spodziewał się, że Jąderko zechce sforsować barykadę sosnowych desek, ale agent odwrócił się na pięcie i zapukał do mieszkania po lewej stronie. Po chwili drzwi otworzył mężczyzna i bez słowa spojrzał na intruzów.
– Mamy zgłoszenie awarii – beznamiętnie powiedział Jąderko.
– Gówno prawda – uśmiechnął się uprzejmie facet. – Wejdźcie, skoro musicie. – Uchylił drzwi.
Mieszkanie było schludne i… bezosobowe. Gdyby ktoś pytał inspektora o zdanie, to przyznałby, że sprawiało wrażenie kompletnie niezamieszkanego. Bez duszy.
– Witaj, Theo. – Jąderko podszedł do mężczyzny i energicznie go uścisnął.
– Witaj, Adamie – odparł bez entuzjazmu mężczyzna.
Zawojny kompletnie nie rozumiał tego, co rozgrywało się na jego oczach. Na wszelki wypadek zajął się dyskretną lustracją lokalu.
– Mam wrażenie, że coś tu masz dla nas, Theo – uśmiechnął się zimno agent.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– A ja chyba wiem. Jak ma na imię? Jak ją ściągnąłeś?
Inspektor wycofał się niezauważony i wszedł pomieszczenia przyległego do salonu. Sypialni, jak się wkrótce okazało. Pierwszą rzeczą, jak rzuciła mu się w oczy, był komputer. Tekst sam się na nim pojawiał, generując rozbłyski światła. Stanął zafascynowany i zaczął czytać.
…można powiedzieć, że to koniec mojej historii. Wiem, że jest kwestią czasu i ktoś z lokatorów złoży donos. Mam nadzieję, że przekazałam wszystkie potrzebne dane. Spraw, proszę, by nas pomścili.
Zawojny zerknął w czeluść okna balkonowego i nagle poczuł ogromną potrzebę zaczerpnięcia majowego powietrza. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Inspektor wyszedł i zerknął w lewą stronę. Sąsiedni balkon, przynależący do zabitego deskami mieszkania, praktycznie nie istniał. Z krawędzi kamienicy sterczały ostre, szare zęby betonu zwieńczone kikutami zardzewiałych prętów. Dokładnie naprzeciwko widać było rzęsiście oświetlone mansardowe okno, a w nim sylwetki mężczyzn szarpiących kobietę. Inspektor policzył piętra i wbiegł do mieszkania.
***
Muszę przyznać, że pojawienie się Adama wstrząsnęło mną w nie mniejszym stopniu niż to, że przyprowadził śmiertelnika z aktualnej epoki. Miałem nadzieję, że nikt z agencji nie wpadnie na mój trop w Warszawie, ale sam się podłożyłem. Śledzenie zbrodniarzy i kontakt z duchami ich ofiar miałem we krwi i właśnie się okazało, że nie jestem w stanie od tego uciec.
– Theo, tym razem jest źle – wciął się w moje myśli Adam Jąderko.
– Musiałem…
– Wiem.
– Mam nazwiska. Dziewięć. I obciążające relacje…
– Theo, zrozum! Mamy tysiące ofiar.
Z sypialni wypadł koleś Jąderki i powiódł błędnym wzrokiem po salonie.
– W kamienicy naprzeciwko dzieje się coś złego! – krzyknął i pobiegł w stronę drzwi wyjściowych.
– Adam! – krzyknąłem. – Zrób coś, do cholery. Człowieka szkoda.
– Poczekaj – odparł spokojnie Jąderko. – Jest wielka szansa, że wypłoszy Kellermana.
– O czym ty mówisz?!! – wrzasnąłem.
– Pierwszy na twojej liście.
– Wiem, kim jest Kellerman, do cholery!
– A wiesz, że ukrywa się tuż obok?
– Kurwa, co tu się dzieje?
Podbiegłem do okna. Kamienica wariowała. Pojawiała się i znikała jak w stroboskopie. W dole ulicy mignął mi cień mężczyzny. Olałem Adama i ruszyłem schodami w dół. W oknach klatki odbijało się ostre światło płynące z poddasza. W chwili, w której wypadłem na ulicę, zrozumiałem. Odkryli kryjówkę Żydówki…
– Theo, to na nic! – krzyczał z balkonu Jąderko.
Przystanąłem i rozejrzałem się. Mrok zakłamywał wszystko, ale żar papierosa grubasa był doskonale widoczny. Okolica drżała, jakby była fatamorganą. Nie byłem w stanie stwierdzić, w której epoce jestem.
Przyprowadzony nie wiadomo po co mężczyzna zamajaczył przy wejściu do sąsiedniej kamienicy. Dziwna sprawa, ale tym razem wyraźnie widziałem budynek, a nie prześwit z obecnych czasów. Wszedłem do środka. Zaatakował mnie smród kapusty i fekaliów. Wspiąłem się po schodach na poddasze.
Tupot Niemców był nieomal nierzeczywisty. Mieszał się gruchaniem gołębi. Zamgloną rzeczywistość przeszył dziewczęcy krzyk. Widziałem wyłącznie schody i drewno podłogi. Wytężałem wszystkie zmysły, ale troska o nieświadomego niebezpieczeństwa człowieka zaburzała wizję.
Wpadłem na poddasze. Mężczyzna stał na środku pokoju. Nie widział tańczących na ścianach cieni minionej tragedii, ale musiał wyczuwać nienormalną aurę tego miejsca. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. W jego oczach czaił się strach. Pod stopami poczułem delikatne drżenie podłogi. Rzuciłem się na faceta i wypchnąłem go przez okno, wypadając wraz z nim. Lepsze to niż zmiażdżenie ciała w znikających i pojawiających się bez ostrzeżenia elementach konstrukcyjnych pięter znajdujących się pod nami. Tuż przed zderzeniem z brukiem zamknąłem oczy. Miałem nadzieję, że poskładają nam kości.
***
Znacie takie uczucie, gdy budzicie się z głębokiego niebytu i nie wiecie, gdzie jesteście, a do tego dopada was ból paraliżujący każdy fragment ciała? Jestem przekonany, że właśnie tego stanu doświadczają wszyscy pacjenci tuż po powrocie do świadomości. Wydaje mi się, że właściwą reakcją jest wówczas natychmiastowa chęć ponownego odpłynięcia. Szczęśliwcy wygrywają na loterii bonus w postaci aplikowanej przez miłosiernego lekarza śpiączki farmakologicznej. Mnie to najwyraźniej ominęło.
Ostrożnie uchyliłem powieki, a moje oczy momentalnie zalało ostre światło, spotęgowane szpitalną bielą. Kto do cholery projektował szpitalne wnętrza!? Mózg podjął gorączkową analizę stanu organizmu. Już po chwili wiedziałem, że zakuli mnie w gips. Koło łóżka siedział Jąderko i bacznie mi się przyglądał.
– Kręgosłup? – wychrypiałem.
– Mówią, że w porządku, Theo. Dasz radę. W końcu się obudziłeś.
– Długo spałem?
– Prawie trzy doby.
– A ten drugi?
– Żyje i ma się tak jak ty.
– Czyli kiepsko – podsumowałem.
– Żyje, Theo – powiedział z naciskiem Adam. – Ty też.
– Jak to się wszystko…
– Wszystko jest w porządku stary, odpoczywaj – próbował mnie zbyć łysol.
– Mów!
– No, jak zobaczyłem, że wypadacie z tego okna, to jednocześnie nastąpiło zakrzywienie przestrzeni i balkon po lewej stronie jakby się zmaterializował.
– Był tam. Był cały czas, gdy tam mieszkałem. Dlaczego…
– Dlaczego nie poznałeś, że grubas, czy tam jak go zwą, Kellerman, to duch?
– Właśnie.
– Nie wiem chłopie. Nazwijmy to wypaleniem zawodowym. Rozwód i …
– Tyle lat układ sił istniał bez najmniejszych zachwiań. W samym środku miasta – wszedłem mu w słowo.
– Kondensacja jego energii była tak silna, jak u tej dziewczyny. Można powiedzieć, że się równoważyli i to utrzymywało ulicę w jako takim porządku. Ale potem…
– … wprowadziłem się ja i wyzwoliłem katastrofę.
– Theo, to nie czas na wyrzuty, chłopie. Nie twoja wina.
– Moja, Adamie. Tylko moja. Zawładnęła mną żądza spisania książki i nie zrozumiałem, co się dzieje. Te wszystkie ofiary…
– Prędzej czy później zła energia i tak by się uwolniła – uciął stanowczo Jąderko. – W każdym razie Kellerman został zneutralizowany, a dziewczyna zniknęła bez śladu.
Adam podniósł się i wygładził kanty spodni. Przez chwilę bacznie mnie obserwował, a potem westchnął i krzywo się uśmiechnął.
– No, to dochodź do siebie. Agencja o ciebie zadba. Bywaj, druhu.
– Dziewczyna…
– To już nieważne. Odpoczywaj. – Jąderko skinął głową i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi.
Leżałem spokojnie, ale rozpierały mnie radość i podniecenie.
Tak, nie wątpiłem, że agencja o mnie zadba, jeśli tylko dam jej na to szansę. Dziewczyna została zneutralizowana. Miałem jej książkę. Miałem nazwiska i wszystkie dowody na wyłączność, a także nowe ciało. Względnie młode i gotowe na ostateczne poświęcenie dla sprawy. Przez chwilę smakowałem na języku nowe odkrycie lingwistyczne. Dojrzewało goryczą popękanych ust, ale nie dało za wygraną.
Mein Name ist Joachim Kellerman.


wtorek, 19 marca 2013

Witajcie w Thornie!




Wyobraźcie sobie alternatywny świat, kwitnący wszelkim stworzeniem magicznym tuż pod zupełnie normalną tkanką Torunia, miasta zacnego i cenionego przez hordy turystów wszelkiej maści. Zamknijcie oczy, wciągnijcie w płuca zapach Bydgoskiego Przedmieścia i wsłuchajcie się w tłumione odgłosami miasta nocne życie pobliskiego parku. Ścieżka znajduje się dokładnie za waszym prawym ramieniem. Tuż obok, ot, dwa bloki dalej, mieszka Teodora. Na co dzień policjantka, niekonwencjonalna gwiazda dochodzeniówki podejrzewana o ponadnaturalne zdolności, a prywatnie wiedźma, której zdolności i rozliczne kontakty nawet po wódce się policyjnym przełożonym p nie śniły.
Mało?
No to proszę bardzo:
Thorn, magiczne alter ego Torunia, to miejsce, w którym swój dom znalazły niezwykłe stworzenia. Są wampiry, szyszymory, viccanki, wilkołaki, wiedźmy i nekromanci. I właśnie tutaj nasza główna bohaterka otrzymuje od Rady zlecenie schwytania niebezpiecznego osobnika. W wypełnieniu zadania pomogą jej dwaj kumple. Diabeł, w prostej linii potomek Luca, i anioł, zbuntowany wnusio archanioła Gabriela (dla przyjaciół i rodziny Gabe’a).
Świat powieści Anety Jadowskiej to niezwykle barwne miejsce, w którym sprawy zwykłych ludzi i sekrety magicznych stworzeń splatają się ze sobą w najmniej oczekiwanych momentach. Postaci, tak ludzie, jak i okazy nadnaturalne, są zarysowane niezwykle plastycznie. Akcja toczy się wartko i bez zgrzytu podąża ku szczęśliwemu zakończeniu. Nawet do dialogów ciężko się przyczepić: ich język jest sprawny, a całość dowcipna i lekka w odbiorze. Intryga też zdecydowanie poprawna.
Poczepiamy się trochę?
Możemy, ale z góry uprzedzam, że będzie to mocno naciągane. Ot tak, przyczepimy się, żeby tradycji stało się zadość. Właściwie zarzuty są dwa. Pierwszy to taka nieznaczna psychiczna dwutorowość głównej bohaterki. Dora jest twarda, odważna i daje sobie radę w nawet najbardziej ekstremalnych sytuacjach, a jednocześnie jest miękka, przykłada wagę do ludzkich konwenansów, popada w dołki psychiczne i szuka oparcia na męskim ramieniu. Ale czy nie na tym polega kobiecość?
Druga sprawa to pewne zapożyczenia pomysłów, choć w tym konkretnym przypadku nazwałabym je raczej inteligentnie wykorzystanymi inspiracjami. Przykład? Potterowskie zaklęcie petryfikacyjne i parę innych rzeczy, których w tym miejscu wymienić nie wypada, by nie zdradzić czytelnikowi zbyt wiele.
Podsumowując, rzecz jest dobra, nieźle napisana i redaktorsko wygładzona. Ja się ubawiłam setnie i z pewnością przeczytam kolejne tomy. Trzeba bowiem wiedzieć czytelnikowi, że przygody Dory wypełnią sześcioksiąg. I to bardzo dobra wiadomość, ponieważ od dzisiaj Toruń będzie się nam kojarzyć z dobrą literaturą, a nie z jedyną słuszną stacją radiową.
Aneta Jadowska
Złodziej dusz
Fabryka Słów 2012
Stron: 447
Cena: 34,90zł


piątek, 15 lutego 2013

Po drugiej stronie świata


Fanom trylogii opowiadającej o niezwykłych przygodach księżniczki Achai na tle wojen między państwami Troy, Luan i Arkach przyszło dość długo czekać na kontynuację powieści. I wreszcie, po kilku latach, na rynku pojawił się pierwszy tom cyklu pod wspólnym tytułem Pomnik cesarzowej Achai.
Już sam tytuł sugeruje czytelnikowi, że akcja powieści rozgrywa się w czasach późniejszych, niż znane dotychczas przygody Achai. Świat wygląda zupełnie inaczej, podobnie rozkład sił militarnych, ale jedno nie zmieniło się przez wieki: chciwość, popychająca mocarstwa do prowadzenia okrutnych, wyniszczających wszystkie strony wojen. W tych jakże uroczych okolicznościach poznajemy młodą czarownicę Kai i rekrutkę Shen, która wstąpiła w szeregi armii Arkach jako ochotniczka. Losy obydwu bohaterek będą się na kartach opowieści krzyżowały, lecz każda z nich opowie czytelnikowi osobną historię.
Kai, młodziutka, niedoświadczona dziewczyna o nadprzyrodzonych umiejętnościach zostaje wysłana z misją, choć właściwie sama misja jest wyłącznie pretekstem, by usunąć na jakiś czas z murów uczelni niewygodną adeptkę. Wędrując wraz z nią przez morze, stajemy się świadkami historycznego zderzenia światów. Przez niezdobyte dotychczas Góry Pierścienia przedostają się przedstawiciele cywilizacji, o której w świecie Kai od wieków krążyły baśnie i legendy. To, co było ledwie marginesem podań ludowych, na oczach bohaterki staje się rzeczywistością. Bardzo namacalną zresztą i ważącą tony. I tak dziewczyna, dla której oświetleniem izby od zawsze była świeca, trafia na pokład okrętu podwodnego RP Orzeł.
Shen tymczasem dzięki wrodzonemu sprytowi odnajduje swoje miejsce w szeregach armii Arkach i dość szybko się przekonuje, że koszary są niezwykle przytulnym miejscem w porównaniu z polem bitewnym. Szczególnie, gdy wróg jest dużo silniejszy, a do tego widzi w ciemnościach.
Andrzejowi Ziemiańskiemu po raz kolejny udało się zaskoczyć czytelnika. Poprzednie opowieści o Achai w całości koncentrowały się na polityce, wojnach i codziennym życiu wymyślonego od podstaw świata. Autor z żelazną konsekwencją wyposażał swoich bohaterów w religie, systemy wartości i zachowania społeczne, które tak bardzo różniły się od naszych.
Genialne i przeprowadzone po mistrzowsku.
A teraz, w powieści Pomnik cesarzowej Achai, temu tworowi przyjdzie się zmierzyć z cudami dość oczywistej dla czytelników kultury. Oczywiście, jak to zwykle u Ziemiańskiego bywa, nic takie do końca proste nie jest. Cywilizacja przybyszów, choć tak podobna do naszej, wcale nie jest identyczna, a zderzenie światów to ledwie początek historii. Ot, wstęp do przeprowadzenia wielowarstwowej intrygi politycznej.
Czy autorowi udało się dopiąć na ostatni guzik to niełatwe dzieło? Chyba jeszcze za wcześnie na odpowiedź, ponieważ omawiana pozycja nie jest samodzielną lekturą, a pierwszym tomem większej całości, na której kontynuację znów pewnie przyjdzie nam trochę poczekać.
W obecnym momencie właściwie postawione pytanie powinno brzmieć:
Czy autor zdołał się zmierzyć z legendą Achai?
O tak. Zdołał. I udało mu się to znakomicie.
Andrzej Ziemiański
Pomnik cesarzowej Achai
Stron: 688
Cena: 49,90 zł
 


niedziela, 6 stycznia 2013

Choinka - opowiadanie




Gadają, że jak Barbara po lodzie, to święta po wodzie, a jak Barbara po wodzie, to święta po lodzie. Od niepamiętnych czasów sprawdza się bez pudła. Wszyscy krewni i znajomi Basiek bacznie obserwowali aurę, pędząc na imieniny i z rezygnacją lub podnieceniem martwili się lub cieszyli brakiem śniegu lub jego obfitością w czasie nadchodzących świąt. Zielona Wigilia jest dla ludzi wybrakowana. Brakuje jej magii. Nikt właściwie nie umie wyjaśnić, o co chodzi z tym nerwowym oczekiwaniem na świąteczny śnieg, ale ogólnie wiadomo, że śnieg musi być, a jak nie ma, to święta są do dupy. W imieniny Barbary ma więc padać deszcz. Najlepiej obfity.
Tego roku na Barbórkę walił gęsty śnieg, bezgłośnie oblepiając stosy śmieci, plamy oleju na jezdni i psie kupy na szaroburych trawniczkach wzdłuż osiedlowej uliczki. Basia, leżąc plackiem na parapecie (nie wolno jej było na niego wchodzić, ale mama nie powiedziała, że nie wolno jej tam LEŻEĆ, prawda?), obserwowała mrugającą latarnię i miliony płatków wirujących dookoła słupa. Świat wyglądał pięknie. Dziewczynki to nie zachwycało. Z rezygnacją spełzła z parapetu i podreptała do kuchni, gdzie mama z wypiekami na twarzy wykańczała ostatnie imieninowe dania. Ostatnio telefon szwankował, więc nie wiadomo było właściwie, kto przyjdzie. Mama na wszelki wypadek wyciągnęła większość zapasów z niemieckiej zamrażarki i teraz szalała, mieszając bigos i piekąc serniki.
- Mamo? – odezwała się z progu Basia.
- Tak? – mama z roztargnieniem odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła i zerknęła przelotnie na córkę.
- Śnieg pada! – dziewczynka oskarżycielsko wskazała paluszkiem okno kuchenne.
- No pada rybko, pada – zgodziła się obojętnie mama.
- Nie będzie śniegu na święta, wiesz? Bo jak Barbara po lodzie…
- Nie przejmuj się głupimi przesądami, moje dziecko!
- Ale to się sprawdza! Mamo?
- Przeważnie tak…
- Zawsze!
- Może tym razem będzie inaczej? – mama spojrzała córce w oczy.
- Może… - szepnęła Basia i wycofała się z kuchni.
Już od kilku dni miała wrażenie, że mama zachowuje się dziwnie. Nie przytulała jej, często z irytacją podnosiła słuchawkę telefonu i nie słysząc sygnału, ze złością waliła pięścią w widełki. Prawie nie rozmawiała z tatą, który po powrocie z pracy leżał tylko przed telewizorem i gapił się w pierwszy program. Nawet nie wołał córki, żeby przełączyła na dwójkę. Gapił się w ekran nieruchomymi oczami i nic nie mówił. Mama wyglądała prawie normalnie, ale jak Basia przytrzasnęła sobie paluszek w drzwiach od łazienki, to zamiast powiedzieć stare zaklęcie o królu Bolaku i księciu Przytulaku, sięgnęła jak robot do apteczki i opatrzyła palec, obserwując nieruchomym wzrokiem ścianę. W domu działo się coś dziwnego.
Wigilia obudziła się z sennej, zapłakanej lodowatym deszczem nocy. Czwartek. Taki nieprawdziwy, bo przecież trwały już szkolne ferie. Basia siedziała cicho w swoim pokoju. Doświadczenie ostatnich dni nauczyło ją, że rodziców lepiej omijać z daleka. Najpierw te piątkowe imieniny. Przyszło mnóstwo dorosłych, ale nie było żadnych dzieci. Wszyscy siedzieli przy stole z ponurymi minami i właściwie nic nie jedli i prawie ze sobą nie rozmawiali. A potem jeszcze ta niedziela. Zamiast Teleranka wystąpił łysy pan w okularach i długo o czymś mówił. Basi to właściwie wcale nie obchodziło, ale mama z tatą oszaleli ze złości. Ojciec po raz pierwszy od bardzo dawna odezwał się głośno do mamy.
- Widziałaś? To pokrzyżuje wszystkie plany! To jest niedopuszczalne! – wrzeszczał.
- Już nic nie zagrozi planom Paktu – odparła matka.
- Oni już wiedzą! Przejrzeli nas.
- Nie. Mają swoje problemy. Pakt jest bezpieczny. – Matka usiadła sztywno na kanapie i położyła dłoń na ramieniu ojca.
- Mamo? – odważyła się odezwać Basia. – Mamo? Co się stało?
- Nic, dziecko, wszystko jest w porządku – matka spojrzała wnikliwie w oczy córki.
- To ja pójdę się pobawić – powiedziała Basia i pobiegła do swojego pokoju. Schowała się pod kołdrę i przytuliła koziołka z Pacanowa. Jego broda łaskotała ją w policzek i odganiała strachy. Czerwone oczy mamy były okropne!
I właśnie ta Wigilia. Zaczęło się normalnie. Deszczem. Koło południa ochłodziło się gwałtownie i sypnęło śniegiem. Basia spojrzała zaniepokojona w okno i postanowiła zadzwonić do babci. Rodzice jeszcze spali, więc zakradła się na paluszkach do ich pokoju i delikatnie podniosła słuchawkę. Telefon działał. Dziewczynka wykręciła numer na tarczy i zerkając w stronę łóżka, czekała na połączenie.
- Halo! – odezwał się po chwili jakiś metaliczny głos.
- Halo! Tu Basia, dzwonię do babci!
- Łączę rozmowę!
Basia przycisnęła mocniej słuchawkę i umościła się ostrożnie na fotelu, nie spuszczając z oczu śpiącej matki.
- Halo? – rozległ się zdeformowany odległością głos.
- Babcia? – odezwała się z nadzieją dziewczynka.
- Halo? Kto mówi? – zaskrzeczał głośnik.
- To ja! Basia!
- Podać hasło!
- Ja nie znam hasła – stropiła się Basia.
- Nieautoryzowane połączenie! Proszę się rozłączyć! – zawył głos w słuchawce.
Basia odłożyła słuchawkę, starając się nie robić hałasu. Założyła szybko kapcie i pobiegła do swojego pokoju. Wdrapała się na parapet. Śnieg zalewał bielą osiedlową uliczkę i układał sterty płatków na parapecie. Dziewczynka zwinęła się jak kot obok szyby i usnęła.
Choinka była piękna i Basia pewnie bardzo by się z niej cieszyła, ale ojciec postawił ją obojętnie w dużym pokoju, opierając wierzchołek o meblościankę. Mama nie przyniosła kubka z herbatą, nie było pudełka z ozdobami ani płyty z kolędami. Drzewko stało oparte o regał i nikt się nim nie interesował. Ojciec włączył telewizor i oglądał jakieś pierdoły. Mama gdzieś zniknęła i najwyraźniej nie miała zamiaru dekorować z córką bożonarodzeniowej choinki. Basia próbowała osadzić drzewko w stojaku, ale nie miała tyle siły. Przyniosła jednak pudełko z ozdobami z szafy i zaczęła je wieszać na pachnących gałęziach. Matka przystanęła w progu i przyglądała się bez słowa. Ojciec chłonął zawartość telewizora.
- Pakt nadaje – mruknął cicho.
Mama podeszła do choinki i musnęła dłonią gałązkę.
- To dobrze – powiedziała.
Basia instynktownie cofnęła się za drzewko. Nad nią migotała srebrna baletnica, a tuż za nią uśmiechał się maleńki pajacyk.
- Niech to się wreszcie skończy! – wrzasnęła mama, a jej oczy rozbłysły rubinowym światłem.
- Uspokój się! – ojciec zerwał się na równe nogi i przytknął dłoń do ust.
- A co z nią? – zaśmiała się histerycznie mama.
- Nic. Pakt? – wyskandował głos ojca. – Zgłaszam wadliwe podłączenie. Kobieta. Mokotów, Łowicka 51.
- Po co to robisz? – parsknęła matka.
- Przebija ci osobowość nosiciela – odparł ojciec.
- Bzdura! – matka zaśmiała się demonicznie i zanurkowała pod choinkę w poszukiwaniu Basi.
Dziewczynka przywarła do pnia i ścisnęła w rączce srebrzystą baletnicę.
- Pomóż mi się schować! – szepnęła błagalnie.
Bombka rozbłysła migotliwym światłem i otuliła ciepłem zżółkłej waty dziecięce ciało. Basia poczuła, że kurczy się do rozmiarów starej baletnicy, którą prawdziwa mama dostała od swojej babci. Teraz siedziały obok siebie na choinkowej gałązce. W tle rodzice z rykiem rozbijali telewizor. W świetle choinkowych, kolorowych lampek ich odnóża rozmywały się czarnymi cieniami na pożółkłych od tytoniu ścianach pokoju.
- Co tu się dzieje? – wyszeptała Basia.
- Ciiiii
- Boję się!
- Cicho Basiu. Cicho, ostatnia dziewczynko. – odparła baletnica.
- Ostatnia? – zdziwiła się Basia.
- Oni opanowali świat.
- Kto?
- A czy to ważne, ostatnia dziewczynko?
- Nie wiem!
- Zapomnij. Ludzie może wyginęli, ale my, elfy, ciągle jeszcze żyjemy. Umiemy udawać, że jesteśmy zimnymi przedmiotami. Ty też się nauczysz.
- Ja? – zdziwiła się Basia.
- Ty. Ostatni człowiek.
Zza okna niósł się miarowy odgłos kroków żołnierzy Paktu. Tym razem śnieg nie był w stanie ich wytłumić. Basia rozwinęła skrzydła i pofrunęła w ślad za baletnicą w stronę snów.

 
Król Bolak, mąż królowej Boliny,
całuje czoło dziewczyny
Książę Przytulak opowieść gasi,
powiedzcie dobranoc Basi.
Mojej mamie, Basi.