środa, 12 września 2012

Opowiadanie - Na początku był człowiek część 3




Dozorca Tus’o patrolował ściany habitatu i z niepokojem wypatrywał śladów wiosennej modyfikacji tkanki. Jak dotąd nic się nie działo, więc w połowie zakrętu mężczyzna zawrócił i skierował kroki do gabinetu dyrektora placówki. Zapukał w drzwi wykonane ze zrogowaciałej tkanki.
– Proszę wejść – rozległ się stłumiony głos i dozorca Tus’o wszedł do środka. Dyrektor wyglądał na zmęczonego.
Przez ostatnie trzynaście cykli był oddelegowany przez Radę do innych zadań, a teraz, zaledwie sześć dni przed przyjęciem samic wrócił do czynnego zarządzania habitatem. Zdaniem Tus’o mężczyzna bardzo się postarzał, ale dozorca miał zaufanie do przełożonego. Wspólnie wyhodują już trzecie pokolenie dzieci, więc nie wątpił w kompetencje dyrektora. Ten nie tracił zimnej krwi nawet w obliczu najbardziej nietypowych zdarzeń, jak choćby to sprzed czternastu cykli.
Tus’o do końca życia zapamięta wieczór, gdy wraz z młodą opiekunką, jedną z wybranych z ostatniego festiwalu był na popołudniowym obchodzie. W korytarzach panowała cisza. Dzieci wisiały w równych szeregach przyssane do gruczołów żywiciela. Miały już ponad cykl i było kwestią czasu, gdy zostaną oderwane od ścian i odprowadzone pod skrzydła szkolnych nauczycieli. Tus’o wspominał szkolne lata z rozrzewnieniem i zazdrościł tym maluchom niewinności i nadchodzących lat szczęśliwego życia. Za zakrętem jego towarzyszka stanęła nagle i wydała z siebie krótki, rozpaczliwy krzyk. Potem dozorca był wściekły, że dał się ponieść wspomnieniom i stracił czujność, a młodą opiekunkę obdarzył głęboką antypatią za to, że pierwsza zauważyła niekontrolowaną absorbcję dzieci. Pół ściany zapadło się, a maluchy zostały zassane przez tkankę. Gdzieniegdzie ze ściany wystawały jeszcze maleńkie stópki. Opiekunka pobiegła z krzykiem do dyrektora, choć właściwie, to Tus’o powinien to uczynić, ale nie mógł. Stał przed ścianą w bezruchu i spazmatycznie łapał powietrze. Jak przez mgłę pamiętał, że do korytarza wpadł dyrektor w towarzystwie łkającej kobiety i kilkunastu osiłków.
– Odrywajcie nieuszkodzone! – ryknął dyrektor i doskoczył do ściany.
Wspólnie uratowali wtedy większość dzieci, ale Tus’o do dzisiejszego dnia nie mógł sobie wybaczyć tej spowolnionej reakcji. Nie mógł również zrozumieć, dlaczego żywiciel postanowił wówczas wchłonąć niedojrzałe organizmy.
Dyrektor siedział za biurkiem. Dozorca Tus’o podszedł bliżej i zameldował gotowość habitatu na przyjęcie lokatorek.
– Dziękuję – odparł przełożony i zatopił wzrok w tajemniczych zwojach spoczywających przed nim na blacie.
Tus’o wymamrotał niezrozumiale słowa pożegnania i ruszył do drzwi, ale zawahał się i odwrócił.
– Panie dyrektorze, przepraszam, że się ośmielam zapytać, ale nie daje mi spokoju ta sprawa z maluchami z poprzedniego święta wiosny – powiedział stanowczo. – Co się wtedy właściwie stało?
– Nie wiem dokładnie, ale to jeden z kolejnych znaków, że dzieje się coś nietypowego.
– Nietypowego?
– Według najstarszych członków Rady żywiciel wkracza w jakiś kolejny etap życia. Nie wiemy jaki, bo jak panu wiadomo pamięć pokoleń nie sięga tak daleko, by wiedzieć coś więcej o etapach jego rozwoju.
– A co to może dla nas oznaczać? – ostrożnie zapytał dozorca.
– Nie wiem. – Dyrektor bezradnie rozłożył ręce. – Ale…
– Tak?
– Niech to zostanie między nami, dobrze?
– Oczywiście, panie dyrektorze.
– Mam wrażenie, że w każdą zmianę trzeba włożyć więcej wysiłku, a każdy wysiłek wymaga dodatkowej energii. Czerpanej z pożywienia oczywiście.
– I dlatego te dzieciaczki … Co to z nami będzie? – wyszeptał Pan Tus’o.
Dyrektor tylko pokręcił głową i westchnął znużony.
Parka na ladzie kompletnie nie zwróciła uwagi na troje młodych ludzi przeciskających się do wnętrza stoiska. Zgodnie z podejrzeniami Ad-eima, Ka-han skorzystał z zamieszania i musiał się gdzieś wymknąć. W każdym razie pod kontuarem go nie było. Od gładkiej monotonii wnętrza odcinała się głęboka, biała szrama tkanki zarysowana dokładnie w tym miejscu, w którym sprzedawca zapadł się wcześniej pod ziemię. Ad-eim kucnął i delikatnie dotknął blizny. Zafalowała pod jego ręką niespokojnie.
– Widziałam już coś takiego – szepnęła Dziewiętnastka kucając obok chłopaka. – Kiedyś podobna była u nas w dormitorium i w środku zniknęła dziewczynka. Nauczycielka mówiła, że to żywiciel, ale ja podsłuchiwałam pod gabinetem, bo miałam dyżur porządkowy na korytarzu i usłyszałam, że żywiciel nie zostawia takich śladów, bo nie musi. Blizny są znakiem, że wyjątkowo potężni ludzie próbowali dokonać gwałtu na tkance a ona z jakichś powodów im ustąpiła. Wtedy, u nas na korytarzu, jakiś niegodziwy człowiek porwał dziewczynkę i wciągnął pod spód. Nigdy jej nie odnaleziono. – Rozgorączkowana zacisnęła dłoń na ramieniu samca.
Ad-eim zadrżał, ale nie wycofał dłoni. Przez chwilę upajał się ciepłem falującej tkanki. Wrażenie potęgowała bliskość smukłego ciała Dziewiętnastki. Zakręciło mu się w głowie, ale niecierpliwe palce postanowiły zgłębić tajemnicę i po chwili wahania wczepiły paznokcie w szczelinę. Tkanka ustąpiła. Chłopak odskoczył i zasłaniając ciałem samicę, i Da-rika wpatrywał się w coraz szerszą rozpadlinę. Jego trzeźwy umysł atakowały piżmowe zapachy napływające od placu. Tkanka otwierała się przed nim ze złowieszczym jękiem doprowadzonej do ostateczności samicy, która garściami czerpała maszke.
– Widać wejście! – przerwała milczenie dziewczyna. – Chodźmy!
– Stój, idiotko! – wrzasnął Ad-eim. – Nie zapominaj czym jest tkanka.
– Jak ty się do niej odzywasz? – włączył się w wymianę zdań Da-rik.
– Zamknij się! – warknął wybraniec.
Da-rik zagryzł wargi. Nie odpowiedział na zaczepkę. Odegra się później. Teraz obserwował jak rywal nachyla się ostrożnie nad szczeliną i bacznie obserwuje jej wnętrze.
– Coś tam jest? – zapytała niecierpliwie samica.
– A żebyś wiedziała! Znalazła się nasza zguba – odparł Ad-eim.
Ka-han siedział nieruchomo na dnie szczeliny. Miał zakneblowane usta i związane ręce.
– No proszę! – gwizdnął przeciągle Da-rik wyłaniając się zza pleców Ad-eima – Ktoś był szybszy od nas. Ale to nie zmieni faktu, że ubiję frędzla własnoręcznie! – wrzasnął i wskoczył do środka.
– Da-rik! – krzyknęła Dziewiętnastka i podbiegła do krawędzi.
– Stój!
Ad-eim chwycił ją w pasie i przytrzymał. Przez jego ciało przebiegł dziwny dreszcz, więc natychmiast ją od siebie odepchnął i kucnął nad dołem.
– Da-rik! – wrzasnął, widząc jak ten kopie bezbronnego Ka-hana. – Opanuj się do cholery! Zatłuczesz go, a warto by się dowiedzieć kto go tak urządził.
Chłopak znieruchomiał posłusznie, głośno dysząc z wysiłku i opuścił zaciśnięte pięści. W tej samej chwili jakieś dłonie pociągnęły go do tyłu i zniknął z pola widzenia. W ciszy i bez zbędnej szamotaniny.
– Szlag! Nie ruszaj się stąd – nakazał dziewczynie Ad-eim i wskoczył za Da-rikiem.
Wylądował łagodnie. Tkanka była wyjątkowo sprężysta i przyjmowała ciężar, by natychmiast powrócić do pierwotnej postaci. Przez chwilę oswajał wzrok z panującym wewnątrz mrokiem, by w końcu ujrzeć Da-rika zwisającego bezwładnie w ramionach tego samego starca, który pilnował wcześniej stoiska Rady. Zza pleców dobiegały Ad-eima stłumione dźwięki wydawane przez zakneblowanego Ka-hana. Nie odwrócił się. Wolał nie spuszczać starego z oczu.
– Puść go! – zażądał.
Stary kompletnie zignorował chłopaka, delikatnie dotknął tkanki, a ta usłużnie oddarła pas stosownej długości, by skrępować nową ofiarę.
– Umiesz kierować tkanką? – Ad-eim kręcił z niedowierzaniem kręcił głową. – Przecież to niemożliwe!
Sprzedawca sprawnie skrępował i zakneblował Da-rika, poczym położył go delikatnie na podłożu.
– Wróciłeś jednak.
Obrzucił chłopaka badawczym spojrzeniem i zmusił tkankę do wygenerowania dwóch stołków. Gestem zaprosił Ad-eima i usiadł stękając.
– Starość mnie dopadła i kości trzeszczą – pożalił się. – No ale powiedz lepiej, co cię chłopcze sprowadza?
– Szukałem Ka-hana. Oddaj mi go! – Wybrany nie skorzystał z zaproszenia; przyczaił się do skoku.
– A, ten mały tam? – machnął lekceważąco stary. – Niestety nie mogę go oddać, zaplanowałem go jako przekąskę dla siebie i żywiciela. Musisz zrozumieć, że za wolę współpracy muszę się tkance jakoś odwdzięczyć, a i sam gustuję w stałych, świeżych pokarmach. Kompletnie nie pojmuję tej ludzkiej namiętności do hormonów i preparowanej tkanki.
– To ty ukradłeś dziewczynkę z dormitorium? – Ad-eim usłyszał z plecami oskarżycielskie pytanie Dziewiętnastki.
– Do cholery, miałaś nie ruszać się z miejsca!
– O! Witam wybraną panienkę – stary pochylił głowę w parodii ukłonu. – Kolega panienki ma rację. Powinnaś zostać na górze, chociaż w sumie nie ma to w tej chwili właściwie żadnego znaczenia.
– Skąd wiesz, że jestem wybraną? – zapytała dziewczyna.
– Wiem o wszystkim, co się tutaj dzieje. Opowiada mi tkanka. Wystarczy tylko słuchać – stary wyszczerzył zęby w uśmiechu. – I przy okazji – zwrócił się do Ad-eima – kondolencje z okazji śmierci Pani New’u. Dla Ciebie i tego biednego Da-rika. A swoją drogą, wiecie, że Pani New’u przez jakiś czas myślała o tym, by powiedzieć mu, że jest wybrańcem? Stwierdziła, że wynagrodzi mu wszystkie lata, a w ostatecznym rozrachunku i tak niczego to nie zmieni, prawda? W końcu wszyscy ci głupcy z placu zostaną pożarci przez żywiciela. Białko lubi białko.
– Kłamiesz! – wrzasnęła Dziewiętnastka
– Oj! Kochany Ad-eim zapomniał wspomnieć o małym sekreciku? Panienka nie wie, że tylko on i dziewięciu innych przeżyje, a wszystkie koleżanki panienki zostały przeznaczone do rozrodu? Och, a Pani Saf’u nie wspomniała pewnie, że po urodzeniu dzieci wszystkie koleżanki zostaną wygnane z habitatu, dzieci przyklei się do gruczołów żywiciela, a młode matki popędzi się w dół jelit do struktur trawiennych? Panienka oczywiście po urodzeniu dziecka tego tu wybrańca zostanie oddelegowana do pracy na rzecz Rady. Taki los wybranej.
– To prawda? – dziewczyna patrzyła zimno na Ad-eima.
Chłopak pokręcił z rezygnacją głową i opuścił wzrok na Da-rika. Oczy skrępowanego wyrażały kompletne niedowierzanie, ale gdy zderzyły się ze spojrzeniem Ad-eima, momentalnie zabarwiły się przerażeniem.
– Pani New’u opowiedziała mi o tym. – przyznał niechętnie wybrany.
Dziewiętnastka wymierzyła mu policzek i odeszła w drugi koniec pieczary.
– Może być problem z tym dzieciątkiem wybrańca i wybranej – zarechotał stary.
– Zamknij się! – wrzasnął Ad-eim. – O co ci chodzi?
– No i po co te nerwy? – zachichotał starzec. – W swojej młodzieńczej zapalczywości nie zwróciłeś uwagi na moje wcześniejsze słowa. To już nie ma żadnego znaczenia, a festiwal nie będzie trwał siedem dni. A fakt, że jesteś wybrańcem, zdecydowanie przestał się liczyć. I właśnie dlatego wszyscy tu zostaniecie a ja przemknę się do kanału rodnego żywiciela. To by było na tyle!
Stary poderwał się zwinnie i kilkoma gestami zmusił tkankę, by skrępowała Ad-eima. Chłopak szamotał się chwilę, ale musiał ustąpić. Z góry zaczęły miarowo kapać krople soków trawiennych.
– No to żegnaj, chłopcze – powiedział pogodnie sprzedawca złudzeń.
Nie zdążył wykonać najlżejszego gestu. Upadł obezwładniony ciosem w skroń.
– Ad-eim! – krzyczała Dziewiętnastka przeskakując ciało starego. Za nią stał nieruchomo wyzwolony z więzów Ka-han. – Uwolniłam go, więc nam pomógł a teraz nie kręć się, to cię jakoś odplączę.
– Nie sądzę! – powiedział Ka-han. – Dzięki za uwolnienie, ale i tak stąd nie wyjdziecie.
Ka-han odbił się od dna i zniknął w zmniejszającej się w oczach szczelinie.
– Mocno trzyma! – poskarżył się Ad-eim demonstrując krępujące go pasy tkanki.
Dziewczyna zaczęła je szarpać zębami i po dłuższej chwili uporała się z więzami. Wejście było już tylko wąskim przesmykiem łączącym ich z placem.
– Szybko! – dziewczyna pociągnęła Ad-eima za rękę i zmusiła do podniesienia się z klęczek.
– A Da-rik? – zaprotestował.
– Nie zdążymy, zobacz!
Szczelina zaczęła się zasklepiać ze złowieszczym sykiem. Jej budowniczy leżał nieprzytomny i nie panował nad strukturą. Wolę tego zagadkowego człowieka przeważyła naturalna potrzeba uzupełniania ubytków. W ostatniej chwili wypełzli na powierzchnię żegnani wzrokiem pogodzonego z losem Da-rika.
Żywiciel wygrzebał się spod warstwy czarnego podłoża. W ciągu ostatnich kilku godzin mróz zelżał do – 5 stopni a popielaty horyzont zaczęły barwić krwiste promienie morderczego słońca. Stan zimowej hibernacji powoli mijał. Wszędzie dookoła spod powierzchni gramolili się inni. Większość z nich była o wiele większa. Przeważały osobniki dorosłe, w pełni ukształtowane i gotowe do prokreacji wiosennej, która zajmie je przez najbliższe siedem dni. Później promienie gwiazdy rozgrzeją atmosferę planety do prawie 100 stopni i cała kolonia pospiesznie zakopie się ponownie i zaniecha wszelkiej aktywności. Żywiciel był zaledwie nastolatką, którą stado nazwało Uhrr i która dzisiaj dostąpi seksualnej inicjacji. Jej organizm już od kilku zimowych cykli mobilizował wszystkie zapasy energii na chwilę, w której uda jej się przywabić dorosłego samca i ukształtować jajo. Zazwyczaj siedmiodniową wiosnę wykorzystywała na bierną obserwację stada, a na pobór energii pozwalała sobie pod koniec okresu przyswajalnego ciepła. Wtedy również odwracała się na chwilę i kładła się na wznak pragnąc nagrzać całe ciało przed kolejną, wieloletnią zimą. Teraz było inaczej. Już od chwili, w której mróz ustąpił ruszyła na chwiejnych, nienawykłych do chodzenia odnóżach i ułożyła się brzuchem do góry przed pierwszym napotkanym samcem. Czekała.
– O co mu chodziło z tym, że to już nie ma znaczenia? – zapytała Dziewiętnastka, gdy tylko udało jej się odzyskać oddech.
– Nie mam pojęcia – odparł Ad-eim leżąc na boku i ciężko dysząc. – Ale mam wrażenie, że Ka-han usłyszał znacznie więcej, więc musimy ruszyć za nim. Stary wspominał coś o kanale rodnym. Wiesz, gdzie to może być?
– Chyba trzeba się kierować w dół placu.
Chłopak podniósł się z trudem i wyciągnął dłoń w stronę samicy. Pobiegli. Zewsząd tryskały fontanny, a maszke dosłownie lało się po podłożu. Wszyscy mieli nieprzytomne spojrzenia i nawet na chwilę nie przerywali kopulacji. Ad-eim z przerażeniem rozpoznał w ciżbie kilkoro szkolnych nauczycieli też zatraconych w doznaniach. Przez chwilę pożałował, że nie ma czasu robić tego, co oni, ale odegnał podstępne myśli, uchwycił mocniej rękę dziewczyny i zaczął torować sobie drogę pomiędzy spoconymi ciałami. Przedzierali się z uporem, do czasu gdy na plecy rzuciła ich nieznana siła. Plac zmieniał orientację. Wszyscy zgromadzeni potoczyli się w dół spiętrzającej się tkanki skąpanej w maszke. Tłum zawył histerycznie, by po chwili wydać z setek płuc polifoniczny wyraz zachwytu. Ad-eim, obejmując ramieniem dziewczynę zdołał zatrzymać się za straganem oferującym suszone ciasteczka.
Delikatne, ledwie mlecznie zabarwione powłoki brzuszne żywiciela ukazały wschodzącą gwiazdę. Czerwień oprawiona w granat dalekich przestrzeni sparaliżowała wszystkich. Na oczach ludzi dokonał się cud. Niektórzy krzyczeli, inni wyplątywali się z ramion sąsiadów i klękali, a większość po prostu leżała i rozszerzonymi emocjami oczami chłonęła zewnętrzny świat.
Ad-eim pomyślał, że dla tego widoku można nawet umrzeć i mocniej przygarnął Dziewiętnastkę.
– Idziemy! – Dziewczyna pogładziła go po policzku i zerwała się na równe nogi. – Musimy dogonić Ka-hana.
Podniósł się ciężko i bez przekonania. Szli w dół placu rozświetlonego promieniami gwiazdy. Ludzie zastygli w oczekiwaniu, więc było dużo łatwiej ich wymijać. Tuż przy wyjściu dogonił ich brzęczący dźwięk wzburzonych głosów. Dziewiętnastka odwróciła się i ujrzała ciemny, wielki cień, który zasłaniał światło gwiazdy. Spojrzała w głąb kanałów rodnych i w oddali zamajaczyła jej sylwetka, która mogła być Ka-hanem.
– Rusz się do cholery, tu zaraz stanie się coś złego! – wrzasnęła dziewczyna.
Uhrr była bardzo podekscytowana i niezwłocznie wyeksponowała swoje powłoki na działanie światła. Instynkt, oraz wieloletnie obserwacje przekonały ją, że jeśli samiec ma podejść właśnie do niej i zrealizować zapłodnienie w sposób, który naraża ją na minimalny wydatek energii, to trzeba czekać cierpliwe Miała szczęście. Jej ciało wkrótce przesłonił ogromny cień.
Ad-eim i Dziewiętnastka biegli w dół kanału rodnego, co jakiś czas widząc znikający za krzywizną cień umykającego Ka-hana. Za ich plecami tkanka ze złowieszczym trzaskiem absorbowała uczniów i uczennice. Nawet według szczątkowej wiedzy wybrańca scenariusz festiwalu fatalnie różnił się od wcześniejszych obchodów.
– Widzę go – wyszeptała dziewczyna.
Ka-han kręcił się obok owalnego przedmiotu, przezroczystego i drgającego w cieple tkanki.
– Zatłukę cię! – wysyczał Ad-eim. – Za Da-rika i Panią New’u.
– Mam cię w dupie! – wrzasnął Ka-han. – I tak już nie żyjesz. Wszyscy jesteście trupami! Nic już nie jest ważne, nic!
Owalna bańka drgała coraz mocniej.
Ka-han podszedł, tak zawsze na szkolnym korytarzu, i obdarzając Ad-eima pogardliwym uśmiechem pchnął go mocno. Chłopak po raz pierwszy w życiu zdecydował mu się postawić. Utrzymał się na nogach i sparował pchnięcie. Gromadzona latami złość znalazła ujście i spotęgowała siłę Ad-eima. Wrogowie zwarli się w bójce. Dziewiętnastka instynktownie wyczuła, że nie powinna ingerować. Ostrożnie przesuwając się w bok dotarła do zagadkowej bańki i oparła na niej ręce. W tej samej chwili nieznana siła wepchnęła ją do środka. Uszy wypełniła głucha cisza. Z zewnątrz nie docierały żadne dźwięki. Próbowała się wydostać, napierając na przezroczystą przeszkodę całym ciałem, ale ta nie ustępowała. Stanęła zrozpaczona i bezsilnie obserwowała pojedynek.
Ad-eim wydał z siebie ryk i ostatkiem sił powalił Ka-hana na ziemię. Przygwoździł go własnym ciężarem i zacisnął drżące z wysiłku dłonie na jego szyi. Odwieczny wróg ogłuszony wcześniejszym gradem wściekłych ciosów nie był w stanie oderwać duszących go rąk. Osunął się bezwładnie, a Ad-eim uskakując przed coraz bardziej wzburzonymi strumieniami soków trawiennych rozglądał się za dziewczyną. Ujrzał ją uwięzioną w bańce i podbiegł.
– Wychodź stamtąd! – krzyknął.
Dziewiętnastka coś mówiła. Ad-eim widział, że jej wargi się poruszają, ale nie docierał do niego żaden dźwięk. Położyła dłonie na przezroczystej błonie i pokręciła głową.
– Nie możesz?
Ad-eim przyłożył dłonie do dłoni dziewczyny i poczuł, że jakaś potężna siła wciąga go do środka. A sekundę później wszystko wokół zalało oślepiające światło.
Żar obejmował Uhrr aż do bólu pancerza. Coś było nie tak. Górujący nad nią samiec zaczął się tlić. Gwiazda, która stanowczo zbyt szybko zawładnęła nieboskłonem, bez ostrzeżenia eksplodowała. Na chwilę przed tym, zanim jej ciało rozsypało się w popiół, żywicielka chciała wydać z siebie ryk przerażenia. Nie mogła. Czerpiąc pożywienie wyłącznie ze środka organizmu, nie posiadała otworu gębowego i strun głosowych. Całym sensem jej istnienia było stworzenie odpornego na niesprzyjające warunki planety jaja. A to wymagało spożytkowania całego zapasu protein. Wyjałowienia organizmu z życiodajnych ludzi. Jajo po absorpcji nasienia było wydalane, a pozbawiona pożywienia samica umierała. Tego Uhrr nie wiedziała. Nie wiedziała również, że jajo, jedyna rzecz, która miała znaczenie dla ciągłości gatunku zostało zainfekowane przez ludzi. I wreszcie, jakie to miało znacznie w obliczu zagłady? Nienazwana planeta i bezimienna gwiazda w spektakularnych feeriach światła przechodziły do historii kosmosu. Zostało tylko jajo.
Ad-eim instynktownie nakrył własnym ciałem Dziewiętnastkę i zacisnął powieki. W ogłuszającej ciszy i ciemności zamkniętych oczu docierał do niego wyłącznie głuchy łomot własnego serca. Kokon amortyzował wszystkie wstrząsy. Gdy chłopak odważył się ostrożnie unieść głowę znad karku dziewczyny, ujrzał niknący w oddali żar barwiący granatem nieprzeniknione ciemności.
– Dziewiętnastko? – odezwał się niepewnym głosem.
Dziewczyna poruszyła się, ale nie odpowiedziała.
– Jesteś ranna?
– Nie.
Miękkie, kobiece ciało przywarło do Ad-eima, który nieomal natychmiast odnalazł drogę. Za błoną jaja rozciągały się smugi mijanych gwiazd, jedynych obserwatorek chwil, które są sensem istnienia gatunków. Kiedyś jajo żywiciela opadnie na inną planetę a wraz z nim materiał genetyczny pasożyta, ale teraz liczyła się tylko ona.
– Dziewiętnastko?
– Tak? – wyszeptała na progu spełnienia.
– Nadaję ci imię Ei-eva.

poniedziałek, 10 września 2012

Polsko-niemieckie (nie)porozumienie



Ju Honisch osadziła swoją powieść w nieco alternatywnej rzeczywistości schyłku XIX wieku w samym sercu Bawarii, czyli w malowniczym mieście Monachium. W tych uroczych okolicznościach cywilizacji ludzkiej i paranormalnej grupa bohaterów płci obojga spotyka się w ekskluzywnym hotelu. Znaleźli się tu z różnych przyczyn, ale szybko łączy ich misja odnalezienia tajemniczego artefaktu, który, oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa, nosi w sobie niebezpieczną moc zdolną odmienić oblicze świata. Na gorsze, rzecz jasna.
Wydawca reklamuje tę pozycję dość odważnym hasłem Powieść gotycka z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku. Spieszę jednak donieść, że owa mocno na wyrost napisana, charakterystyka niezupełnie pokrywa się z zawartością niezwykle atrakcyjnych wizualnie okładek, które to zresztą atrybuty skłoniły mnie do sięgnięcia po powieść Obsydianowe serce. A teraz siedzę i dumam, jak tu z tego ambarasu wybrnąć, by czytelnikowi niniejszej recenzji rzetelnie przedstawić, jak ma się rzecz, a jednocześni autorki nie skrzywdzić. Ciężkie zadanie, ale prawda przede wszystkim, więc do dzieła.

Steampunku brak. Null, zero. Gotyk? Ten mroczny, prawdziwy z mgłą snującą się tuż nad brukiem rozświetlonej latarnią gazową uliczki? Niestety - też nie. Może chociaż jakiś malutki rys neowiktorianizmu? Otóż nie. Postacie osadzone w może nieco alternatywnej, ale nadal dziewiętnastowiecznej rzeczywistości operują całkowicie współczesnym językiem. Tu jednak ciężko zarzucać cokolwiek autorce, jeśli się nie czytało dzieła w języku oryginalnym. Równie dobrze tłumacz mógł dialogi „wygładzić”, więc czepiać się nie będę, a zamiast tego słów kilka o moim subiektywnym odbiorze całości. Dialogi, jak już wspomniałam, pozostawiają wiele do życzenia w kwestii autentyzmu, ale na nieszczęście to nie jedyny zarzut. Nie można bowiem oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu celowo (lub nie) pomieszał kompletnie gatunki. Z ust bohaterów padają kwestie rodem ze sztuki teatralnej, które w tym konkretnym przypadku rażą sztucznością. To i indeks osób zamieszczony na pierwszych stronach każe przypuszczać, że intencją autorki była jednak stylizacja dzieła na dramat. Z ogromną pieczołowitością zadbano tu o jedność czasu, miejsca i akcji. I obawiam się, że nie jest to komplement.

A skoro już obracamy się w żargonie teatralnym, to słów kilka o dekoracjach, czyli właściwościach opisanego świata, czy może raczej hotelu (jedność miejsca!). Wszystko sprawia wrażenie ledwie zarysowanego i papierowego. Zgodzę się, że barwne i działające na wyobraźnię opisy to nie wszystko, a powieść może mieć solidne punkty w postaci niezwykle wartkiej, wielowątkowej akcji i dowcipnych dialogów, ale w tym wypadku nic takiego nie ma miejsca.
Nie odważę się na podsumowanie pracy tłumacza i redakcji. W zamian pozwolę sobie na przytoczenie kilku cytatów. 

„Arpad otworzył drzwi (..) i wyjrzał. Na korytarzu nie było zbyt wielu ludzi. Nie wyglądali niebezpiecznie.” 

„- Nie. To już wszystko (…) A teraz, jeśli pozwolisz… - Zaczęła ubierać świeżą bieliznę.” 

"Młody mężczyzna nagle wyglądał na nieszczęśliwego. Milczał.”

sobota, 1 września 2012

Off Road - opowiadanie

Opowiadanie Off Road po raz pierwszy zostało opublikowane w numerze 70 miesięcznika Fahrenheit w 2010 roku.


Off Road

 Szara i nierówna droga doprowadzała mnie do szału. Po obydwu biegnących w stronę Warszawy pasach parły ociężale, plujące spalinami TIR-y. Kurwa! Sunie taki palant setką, a zza niego wyrywa się inny wał, który jadąc sto jeden na godzinę przez dobre dziesięć minut, blokuje lewy pas. Tkwiłem w potrzasku gigantycznych ciężarówek, które nie dość, że smrodziły niemiłosiernie, to jeszcze kompletnie przesłaniały świat. Do wnętrza samochodu zaczął się sączyć odór spalin, więc wrzuciłem obieg zamknięty i przy okazji pogłośniłem radio. Jakiś baran właśnie opowiadał o kolejnym sukcesie naszego kochanego rządu. Cieszył się jak dziecko, że udało się wybudować dwadzieścia kilometrów autostrady. Informację o tym, że to oszałamiająco długie pasmo betonowego szczęścia wybudował prywatny inwestor i zdziera z kierowców gigantyczny haracz za przejazd, typ z radia taktownie przemilczał. Jechałem tamtędy w zeszłym tygodniu, więc wiem, jak jest. Teraz dla odmiany wlokłem się trasą katowicką i czułem, że za chwilę eksploduję ja albo mój przepełniony pęcherz. Przez cholerne TIR-y nie widziałem żadnych tablic informacyjnych, więc totalnie nie miałem pojęcia, kiedy na horyzoncie pojawi się jakakolwiek stacja benzynowa.
– Biorąc pod uwagę przejściowe trudności, można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice złożone naszym wyborcom... – plótł w eter obłąkany głos.
Wkurzony na maksa, wyłączyłem radio i skupiłem się na ciężarówkach, które właśnie kończyły mozolny manewr mijania. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy TIR zwolnił lewy pas, był zad kolejnej zwalistej maszyny. Nie zdążyłem wpuścić nawet odrobiny świeżego powietrza, znów hamowałem w chmurze spalin. Obieg zamknięty robił swoje. Czułem, że ociężała senność wgniata mnie w fotel kierowcy z miażdżącą siłą. Powstrzymując siłą woli opadające powieki, włączyłem ponownie radio. Ekspert od dróg szczęśliwie zniknął już z anteny, ale jego miejsce zajęła jakaś wyjąca wniebogłosy cizia w towarzystwie komputerowych szarpidrutów. Darła ryja, udowadniając udręczonym słuchaczom, że angielskie słowo „parasolka” można rozciągnąć w łkaniach i jękach tak dalece, że stanie się ono sensem trwającego przeszło minutę refrenu. Trzeba panience policzyć na plus, że wybudziła mnie z letargu. Jej irytujący wokal doprowadzał mnie do szału w stopniu nie mniejszym niż wywody speca od autostrad. Po prawej stronie pojawiła się luka między ciężarówkami. Niewielka, ale wystarczająca, bym zauważył tablicę, na której uprzejmie informowano, że za osiemset metrów będzie zjazd na stację benzynową. Co mózg odrzucił jako ewidentną głupotę, pęcherz zatwierdził, więc zredukowałem bieg i wdusiłem pedał gazu. Przemknąłem pomiędzy tonami prącego na północ żelastwa. Usłyszałem pisk opon TIR-a i basowe trąbienie. W niekończącej się sekundzie niepewności muzyka ucichła, łomot serca wypchnął z uszu błony bębenkowe i tylko przypadkowi zawdzięczam, że zapanowałem nad nieodpartą potrzebą sikania. Wypadłem na pobocze i gwałtownie zahamowałem. Nieopodal widniał zjazd na stację. TIR-y z jakiegoś powodu stanęły w karnym rzędzie. Pogratulowałem sobie udanej akcji i ciesząc się jak dziecko na rychłe spotkanie z zafajdaną muszlą klozetową, odczułem coś na kształt satysfakcji, że kretyni będą tak stać w szeregu, w czasie gdy ja się kulturalnie odsikam i usiądę w barze nad ciepłą kawą. Kto wie, może nawet przestawię nawigację na najkrótszą trasę i ominę cały korek, jadąc bocznymi drogami? Wszystko było lepsze niż cholerna katowicka.
Wjechałem powoli na stację i minąłem dystrybutory. Nie chcąc psuć chwili szczęścia, nie sprawdziłem nawet cen paliwa. Nie to zresztą było w tej chwili sprawą priorytetową. Zaparkowałem przed wejściem do sklepu i ruszyłem kłusem na poszukiwanie toalety. Zamajaczyła w końcu korytarza. Wpadłem do środka i zatrzasnąłem za sobą drzwi. Niecierpliwie rozpiąłem rozporek. I nic. Nieopanowana potrzeba, która mnie tu przywiodła, zniknęła bezpowrotnie. Kompletnie ogłupiały analizowałem sygnały własnego ciała. Lekki jak młody bóg wyszedłem z kabiny i umyłem ręce w strumieniu lodowatej wody. Tłumaczyłem sobie, że pewnie stres tak zadziałał.
Wszedłem do baru. Kilka plastikowych stolików stało w całkowitym chaosie, a zwieńczeniem nieładu były brutalnie czerwone krzesła. Za niebieskim kontuarem snuła się znudzona życiem kasjerka. Wystrój lokalu najwyraźniej powierzono autystycznemu projektantowi, który dysponował kredkami we wszelkich kolorach. Podszedłem do wodzącej różowymi paznokciami po żółtym blacie panienki i uśmiechnąłem się blado. Zamówiłem kawę i hot-doga. W takich miejscach kawa smakowała zwykle jak zaparzone trociny. Usiadłem przy stoliku tuż koło okna. Miałem stąd doskonały widok na trasę. TIR-y ciągle stały na prawym pasie. Tego, co działo się na lewym, siłą rzeczy nie widziałem. Młoda, całkiem fajna kelnerka z upiętymi w kok jasnymi włosami podeszła do mnie i zamaszystym ruchem postawiła przede mną talerzyk z bułą. Dziewczyna miała ładne, regularne rysy, ale gdy dzienne światło zalało jej twarz, dało się zauważyć zalążki beznadziei, która już wkrótce wyrysuje na skórze głębokie rozpadliny zmarszczek.
– Jakiś wypadek był – poinformowała ścianę ponad moim lewym ramieniem.
– Tutaj? – zapytałem, patrząc głęboko w jej piwne oczy.
– Nie słyszy pan? Karetki wyją – wyjaśniła ze wzruszeniem ramion i oddaliła się z godnością.
Syreny rzeczywiście wyły, co dla mnie stanowiło sygnał, że najwyższy czas znaleźć w nawigacji jakiś objazd. Olałem kubek z kawą i bladą bułę. Straciłem ochotę na specjalność schizofrenicznego baru. Wyszedłem i brodząc w rozmoczonej brei, która całkiem niedawno była śniegiem, podszedłem do samochodu. Ponownie zerknąłem na trasę. Plandeki pobliskich ciężarówek rozświetlały fioletowe refleksy. Znaczy, karetki już dotarły na miejsce.
Otworzyłem drzwi auta i wsiadłem do środka. Włączyłem nawigację. Na ekranie wyświetlił się komunikat: Błąd systemu. Wkurzony do reszty, zakląłem szpetnie i zacząłem manipulować przy radiu w nadziei, że może powiedzą coś na temat wypadku i podadzą alternatywne możliwości dojazdu do Warszawy. W eterze panowała głucha cisza. Nie znalazłem nawet charakterystycznych dla zadupia trzasków. Oparłem głowę o zagłówek i z westchnieniem rezygnacji zamknąłem oczy. Po chwili metaliczny odgłos otwieranych drzwi przywołał mnie do rzeczywistości.
Na siedzeniu pasażera, ciężko sapiąc, mościła się jakaś starucha.
– Co pani... – zdołałem wyjąkać.
– Zamknij się i jedź – zaszeleściła suchym i bezbarwnym głosem, ucinając moje protesty.
Zdumiony patrzyłem na ubraną w fioletowy dres babę. Świdrowała mnie wyblakłymi niebieskimi oczami. Niecierpliwym ruchem sękatej dłoni odgoniła słowa protestu, które cisnęły mi się na usta. Pokręciła przecząco głową, wyprzedając o sekundę moje myśli.
– Nie waż się uciekać – szepnęła i obnażyła nadgniłe słupki zębów, wyraźnie mnie ostrzegając.
Odwróciła głowę w prawą stronę i zerknęła w lusterko od strony pasażera. Przez moment nie widziałem jej twarzy, a jedynie niechlujnie rozrzucone na plecach siwe włosy. Gdy ponownie przyszpiliła mnie spojrzeniem, w jej oczach pojawiły się czarne błyski. Odsunąłem się najdalej, jak tylko pozwalała na to ciasnota samochodu. Miałem już pewność, że starucha jest wariatką i marzyłem tylko o tym, by spieprzać w siną dal.
– Ostrzegam cię po raz ostatni – wysyczała, co odebrało mi chęć do wykonania jakiegokolwiek gwałtownego ruchu. Bałem się, że wyciągnie z kieszeni kosę i pośle mnie jednym, szaleńczym pchnięciem do krainy wiecznych łowów. Położyłem drżące dłonie na kierownicy.
– Z prawej pusto. Jedź za budynek stacji i kieruj się na Grabówek.
Za cholerę nie wiedziałem, gdzie to jest, ale posłusznie ruszyłem. Tocząc się powoli, mijałem z lewej strony zabudowania stacji. Kątem oka zauważyłem czerwone Audi, które jechało w naszą stronę, najwyraźniej wchodząc na kurs kolizyjny. W mgnieniu oka podjąłem decyzję. Przyspieszyłem nieznacznie, mając nadzieję, że uda mi się sprowokować stłuczkę i w zamieszaniu umknę z samochodu. Kierowca audioli gadał przez telefon i zdawał się mnie nie widzieć. Przycisnąłem mocniej gaz i wtedy wydarzyły się dwie rzeczy. Moje auto samo z siebie zahamowało z piskiem opon, o centymetry unikając zderzenia. Starucha spojrzała karcąco. W tej samej chwili dał się słyszeć charakterystyczny odgłos blokowanych drzwi.
– No to się doigrałeś.
Obłąkane babsko postukało końcem wykrzywionego, długiego paznokcia w zapięcie pasa. Ten wyśliznął się posłusznie z plastikowego więzienia i prężąc swoje czarne, połyskliwe cielsko owinął się wokół mojej szyi. Nie zdążyłem nawet unieść rąk w próbie oderwania gada, gdy z terkotem zwalnianej blokady reszta pasa unieruchomiła mnie na dobre. Stara zachichotała i pstryknęła paluchami. Samochód stanął dęba, po czym ruszył z kopyta w gęstniejący mrok. Skręciliśmy w pooraną dziurami drogę lokalną. Trzęsło jak cholera. Siwy łeb niechcianej pasażerki podskakiwał w rytmie wybojów, a kłapiąca szczęka zniekształcała jej szatański rechot. Krzywa dobrego samopoczucia staruchy pięła się w górę wprost proporcjonalnie do mojego spiętrzającego się przerażenia. Za oknami migały światła kolejnych wiosek, których nazw nie byłem w stanie zarejestrować.
Po dobrej godzinie karkołomnej jazdy samochód nieco zwolnił i skręcił w las. Toczyliśmy się po piaszczystej drodze, a gałęzie niepokojonych świerków smagały przednią szybę.
– Już niedaleko – zaanonsowała złowieszczo stara.
W jej słowach było coś ostatecznego. Strach wyklarował zmętniałe myśli i po raz pierwszy od długich minut poczułem, że mam władzę w nogach. Samochód toczył się leniwie w stronę oszronionej polanki. Wiatr trącał drzewa i od niechcenia pędził białe chmury po granatowym niebie. Las w świetle reflektorów wyglądał cicho i niewinnie. Jakby odgadując moje myśli, starucha pstryknęła i światła samochodu zgasły. Teraz całym oświetleniem scenerii przed maską był pojawiający się cyklicznie księżyc. Upiorna baba pochyliła się do przodu i wyraźnie czegoś wypatrywała. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do mroku. W lodowatym świetle księżyca zza drzew zaczęły się wyłaniać podłużne, czarne kształty. Płynąc nad ziemią, zacieśniały krąg wokół samochodu.
– Nowi kumple na ciebie czekają – objaśniła wariatka, odwracając się do mnie. Tym razem jej oczy zamigotały szkarłatem.
Zacząłem wić się w krępujących mnie pasach, by odwrócić uwagę od moich nóg. Starucha przygładziła poły ortalionowej bluzy i otworzyła drzwi. Wysiadła i zatrzasnęła je za sobą z impetem, po czym podniosła dłoń w geście pozdrowienia. Chmara cieni zgięła się w pełnym szacunku pokłonie i rozstąpiła na boki. Babsko stanęło tuż przed maską i rozpostarło ramiona. Zapomniany silnik pomrukiwał, dodając otuchy. Namacałem pedał gazu i ruszyłem do przodu. Wyraz wściekłości w szkarłatnych oczach zdeterminował mnie do działania. Przyspieszając, modliłem się w duchu, by starej nie zwiało na bok. Cienie z szelestem pryskały sprzed maski i pospiesznie umykały za linię drzew. Wciąż widziałem przed sobą wykrzywioną w grymasie furii szarą gębę. W chwili gdy rozmaśliłem cielsko upiornej baby na świerku, opadły czarne, krępujące mnie pasy. Kątem oka zauważyłem jeszcze wybałuszone, teraz wodniście niebieskie oczy i chwyciłem oswobodzonymi dłońmi kierownicę. Wyjechałem na wstecznym na skraj polanki i manewrując gorączkowo, wyskoczyłem na leśną drogę, zerkając z niepokojem w lusterka. Cienie najwyraźniej nie miały zamiaru mnie gonić.
Wypadłem na drogę lokalną i kierując się ciepłem światła latarni, przemknąłem przez wioski w stronę stacji benzynowej, którą opuściłem zaledwie kilka godzin temu. Zadawało mi się, że minęła wieczność od chwili, w której blondynka podała mi lurowatą kawę. Budynek wyłonił się z mroku. Reflektory omiotły ciche i ciemne zabudowania. Wokół panowała pustka.
Zaparkowałem pod wejściem do sklepu. Wysiadłem. Przez chwilę szarpałem się z archaicznymi drzwiami, ale były zamknięte na głucho. Skierowałem kroki w stronę baru. Najwyraźniej w ciągu kilku ostatnich godzin bar wyburzono, bo za rogiem napotkałem kompletną pustkę. Zniechęcony poszedłem w stronę dystrybutorów. Nawet one zmieniły wygląd. Wyglądały jak przeżytki PRL-u. Na każdym z nich widniał napis CPN. Coś nie grało ewidentnie. Przez chwilę pomyślałem, że zboczyłem z drogi, ale rzut oka na katowicką upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu. Wprawdzie TIR-ów nie było widać, ale w sumie o tej porze nie było w tym nic dziwnego. Zerknąłem z niepokojem na pobliskie zarośla. W mdłym świetle księżyca ponownie ujrzałem cienie. Równie dobrze mogło to być złudzenie optyczne, smugi przygiętych drzew, ale wolałem nie ryzykować. Wskoczyłem do samochodu i pospiesznie wyjechałem na trasę. Ta rozlewała się czernią nieskalanego asfaltu aż po horyzont. Odruchowo włączyłem radio. Z trzasków wyłonił się po chwili dźwięk „Dmuchawców” Urszuli. Wdzięczny, że tym razem oszczędzili mi Dody, Gagi i innych fantasmagorycznych tworów, rozluźniłem się i wygodniej umościłem w fotelu. Droga przede mną była ziszczeniem pobożnych życzeń polskiego kierowcy. Muzyka ucichła.
– Obywatele i obywatelki! – wyskandował w eter wyjątkowo rześki głos. – Biorąc pod uwagę przejściowe trudności, można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice złożone naszym rodakom!
Mając wrażenie déja vu, omiotłem z niedowierzaniem mijaną okolicę. Nie zmieniła się.
– Przedstawiliśmy fragment przemówienia pierwszego sekretarza partii, Edwarda Gierka, który niedawno uroczyście otworzył nową trasę z Katowic do Warszawy – zaszemrał łagodnie głos radiowca.
– Co jest, kurwa? – zadałem retoryczne pytanie.
– Historia lubi się powtarzać, co? – zaszydził spiker.
– Słyszysz mnie?
– Pewnie!
– To niemożliwe! – zaprotestowałem.
– Dla naszych władz wszystko jest możliwe! – zaoponował typek.
Ta posrana słowna przepychanka sprawiła, że bezwiednie docisnąłem gaz.
– Zwolnij – zasugerował łagodnie mój rozmówca.
– A po co?
– Walisz na Warszawę, a musisz się cofnąć pod Częstochowę.
– Pojebało cię? – zarechotałem. – Jadę do domu i żadna siła mnie nie cofnie.
– Ostrzegałem – odparł lakonicznie radiowiec.
Coś zmusiło moje nogi do wyhamowania, a bezwolne ręce wykręciły kierownicę w lewą stronę. Przejechałem przez pas trawy na drugą stronę trasy i kompletnie nie wiedząc, co się dzieje, ruszyłem ostro na południe. W opuszczonym przez dziwacznego typa eterze właśnie rozległa się zapomniana piosenka Zdzisławy Sośnickiej. Właśnie dojeżdżałem do Częstochowy i miałem nadzieję, że ta cała obłąkana historia ma podtekst metafizyczny, który zawiedzie mnie na Jasną Górę.
– Zerknij w lewą stronę – zaszemrał usłużnie radiowiec.
Posłusznie odwróciłem wzrok. W mroku materializowały się zwaliste zarysy TIR-ów. Stały nieruchomo, a wokół uwijali się strażacy. Zwolniłem.
Pomiędzy dwoma ciężarówkami tkwił zgnieciony w harmonijkę samochód. Strażacy właśnie wyłamywali pozostałości drzwi. Zahamowałem i jak urzeczony obserwowałem ich poczynania. Radio charczało piosenką Limahla. Typ piskliwie proklamował „Never ending story”. Wysiadłem. Ratownicy wyciągnęli z wraku ciało denata. Groteskowo rozrzucone kończyny mogły należeć do kogokolwiek. Zbryzgana krwią, blada i nienaturalnie wykrzywiona twarz już nie. Wyglądałem strasznie. Odwróciłem się i pospiesznie wsiadłem do samochodu. Ruszyłem z piskiem opon. Limahl ciągle zawodził.
– Już rozumiesz? – zaszemrało radio.
– Tak, rozumiem, usnąłem i śni mi się jakaś pierdolona szopka – warknąłem w odpowiedzi.
Trasa uciekała mi spod kół, gdy bezwiednie przyspieszałem.
– Nie uciekniesz. – zapewnił mnie głos. – Możesz przeć w górę strumienia czasu, ale i tak nie uciekniesz.
Radio wygenerowało z siebie kilka trzasków i ucichło. Samochód gładko sunął po szosie. Odetchnąłem z ulgą i zerknąłem w lusterko. Wokół głowy wyrosły mi siwe strąki włosów. Zogniskowałem spojrzenie w swoich źrenicach, które momentalnie wyblakły. Dłonie, wczepione w kierownicę, wydłużyły się nieznacznie. Oderwałem je z wrzaskiem. Paznokcie pożółkły i zmieniły się w szpony. Z szelestem dresu zawróciłem łagodnie w stronę Warszawy.
– Jakaś rodzina rozbiła się przed Tomaszowem. Trzeba ich przeprowadzić. Tak jak by to zrobiła Stara, ale jej już nie ma, więc martw się sam – zameldowało radio.
– Jak długo mam jechać? – zapytałem i bynajmniej nie miałem na myśli liczby kilometrów dzielących mnie od śmiertelnego wypadku pod Tomaszowem.
– Biorąc pod uwagę przejściowe trudności, można powiedzieć, że w zaistniałych okolicznościach wybudowanie nowego odcinka trasy szybkiego ruchu to wielki sukces naszego rządu i ja ze swojego miejsca jestem dumny, że tak szybko udaje się nam realizować obietnice złożone naszym trupom.
Głos zachichotał złośliwie i po chwili ucichł. Jechałem w stronę przeznaczenia. Nie było alternatywnej trasy. Nawigacja zamilkła na wieki wieków amen.