niedziela, 6 stycznia 2013

Choinka - opowiadanie




Gadają, że jak Barbara po lodzie, to święta po wodzie, a jak Barbara po wodzie, to święta po lodzie. Od niepamiętnych czasów sprawdza się bez pudła. Wszyscy krewni i znajomi Basiek bacznie obserwowali aurę, pędząc na imieniny i z rezygnacją lub podnieceniem martwili się lub cieszyli brakiem śniegu lub jego obfitością w czasie nadchodzących świąt. Zielona Wigilia jest dla ludzi wybrakowana. Brakuje jej magii. Nikt właściwie nie umie wyjaśnić, o co chodzi z tym nerwowym oczekiwaniem na świąteczny śnieg, ale ogólnie wiadomo, że śnieg musi być, a jak nie ma, to święta są do dupy. W imieniny Barbary ma więc padać deszcz. Najlepiej obfity.
Tego roku na Barbórkę walił gęsty śnieg, bezgłośnie oblepiając stosy śmieci, plamy oleju na jezdni i psie kupy na szaroburych trawniczkach wzdłuż osiedlowej uliczki. Basia, leżąc plackiem na parapecie (nie wolno jej było na niego wchodzić, ale mama nie powiedziała, że nie wolno jej tam LEŻEĆ, prawda?), obserwowała mrugającą latarnię i miliony płatków wirujących dookoła słupa. Świat wyglądał pięknie. Dziewczynki to nie zachwycało. Z rezygnacją spełzła z parapetu i podreptała do kuchni, gdzie mama z wypiekami na twarzy wykańczała ostatnie imieninowe dania. Ostatnio telefon szwankował, więc nie wiadomo było właściwie, kto przyjdzie. Mama na wszelki wypadek wyciągnęła większość zapasów z niemieckiej zamrażarki i teraz szalała, mieszając bigos i piekąc serniki.
- Mamo? – odezwała się z progu Basia.
- Tak? – mama z roztargnieniem odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła i zerknęła przelotnie na córkę.
- Śnieg pada! – dziewczynka oskarżycielsko wskazała paluszkiem okno kuchenne.
- No pada rybko, pada – zgodziła się obojętnie mama.
- Nie będzie śniegu na święta, wiesz? Bo jak Barbara po lodzie…
- Nie przejmuj się głupimi przesądami, moje dziecko!
- Ale to się sprawdza! Mamo?
- Przeważnie tak…
- Zawsze!
- Może tym razem będzie inaczej? – mama spojrzała córce w oczy.
- Może… - szepnęła Basia i wycofała się z kuchni.
Już od kilku dni miała wrażenie, że mama zachowuje się dziwnie. Nie przytulała jej, często z irytacją podnosiła słuchawkę telefonu i nie słysząc sygnału, ze złością waliła pięścią w widełki. Prawie nie rozmawiała z tatą, który po powrocie z pracy leżał tylko przed telewizorem i gapił się w pierwszy program. Nawet nie wołał córki, żeby przełączyła na dwójkę. Gapił się w ekran nieruchomymi oczami i nic nie mówił. Mama wyglądała prawie normalnie, ale jak Basia przytrzasnęła sobie paluszek w drzwiach od łazienki, to zamiast powiedzieć stare zaklęcie o królu Bolaku i księciu Przytulaku, sięgnęła jak robot do apteczki i opatrzyła palec, obserwując nieruchomym wzrokiem ścianę. W domu działo się coś dziwnego.
Wigilia obudziła się z sennej, zapłakanej lodowatym deszczem nocy. Czwartek. Taki nieprawdziwy, bo przecież trwały już szkolne ferie. Basia siedziała cicho w swoim pokoju. Doświadczenie ostatnich dni nauczyło ją, że rodziców lepiej omijać z daleka. Najpierw te piątkowe imieniny. Przyszło mnóstwo dorosłych, ale nie było żadnych dzieci. Wszyscy siedzieli przy stole z ponurymi minami i właściwie nic nie jedli i prawie ze sobą nie rozmawiali. A potem jeszcze ta niedziela. Zamiast Teleranka wystąpił łysy pan w okularach i długo o czymś mówił. Basi to właściwie wcale nie obchodziło, ale mama z tatą oszaleli ze złości. Ojciec po raz pierwszy od bardzo dawna odezwał się głośno do mamy.
- Widziałaś? To pokrzyżuje wszystkie plany! To jest niedopuszczalne! – wrzeszczał.
- Już nic nie zagrozi planom Paktu – odparła matka.
- Oni już wiedzą! Przejrzeli nas.
- Nie. Mają swoje problemy. Pakt jest bezpieczny. – Matka usiadła sztywno na kanapie i położyła dłoń na ramieniu ojca.
- Mamo? – odważyła się odezwać Basia. – Mamo? Co się stało?
- Nic, dziecko, wszystko jest w porządku – matka spojrzała wnikliwie w oczy córki.
- To ja pójdę się pobawić – powiedziała Basia i pobiegła do swojego pokoju. Schowała się pod kołdrę i przytuliła koziołka z Pacanowa. Jego broda łaskotała ją w policzek i odganiała strachy. Czerwone oczy mamy były okropne!
I właśnie ta Wigilia. Zaczęło się normalnie. Deszczem. Koło południa ochłodziło się gwałtownie i sypnęło śniegiem. Basia spojrzała zaniepokojona w okno i postanowiła zadzwonić do babci. Rodzice jeszcze spali, więc zakradła się na paluszkach do ich pokoju i delikatnie podniosła słuchawkę. Telefon działał. Dziewczynka wykręciła numer na tarczy i zerkając w stronę łóżka, czekała na połączenie.
- Halo! – odezwał się po chwili jakiś metaliczny głos.
- Halo! Tu Basia, dzwonię do babci!
- Łączę rozmowę!
Basia przycisnęła mocniej słuchawkę i umościła się ostrożnie na fotelu, nie spuszczając z oczu śpiącej matki.
- Halo? – rozległ się zdeformowany odległością głos.
- Babcia? – odezwała się z nadzieją dziewczynka.
- Halo? Kto mówi? – zaskrzeczał głośnik.
- To ja! Basia!
- Podać hasło!
- Ja nie znam hasła – stropiła się Basia.
- Nieautoryzowane połączenie! Proszę się rozłączyć! – zawył głos w słuchawce.
Basia odłożyła słuchawkę, starając się nie robić hałasu. Założyła szybko kapcie i pobiegła do swojego pokoju. Wdrapała się na parapet. Śnieg zalewał bielą osiedlową uliczkę i układał sterty płatków na parapecie. Dziewczynka zwinęła się jak kot obok szyby i usnęła.
Choinka była piękna i Basia pewnie bardzo by się z niej cieszyła, ale ojciec postawił ją obojętnie w dużym pokoju, opierając wierzchołek o meblościankę. Mama nie przyniosła kubka z herbatą, nie było pudełka z ozdobami ani płyty z kolędami. Drzewko stało oparte o regał i nikt się nim nie interesował. Ojciec włączył telewizor i oglądał jakieś pierdoły. Mama gdzieś zniknęła i najwyraźniej nie miała zamiaru dekorować z córką bożonarodzeniowej choinki. Basia próbowała osadzić drzewko w stojaku, ale nie miała tyle siły. Przyniosła jednak pudełko z ozdobami z szafy i zaczęła je wieszać na pachnących gałęziach. Matka przystanęła w progu i przyglądała się bez słowa. Ojciec chłonął zawartość telewizora.
- Pakt nadaje – mruknął cicho.
Mama podeszła do choinki i musnęła dłonią gałązkę.
- To dobrze – powiedziała.
Basia instynktownie cofnęła się za drzewko. Nad nią migotała srebrna baletnica, a tuż za nią uśmiechał się maleńki pajacyk.
- Niech to się wreszcie skończy! – wrzasnęła mama, a jej oczy rozbłysły rubinowym światłem.
- Uspokój się! – ojciec zerwał się na równe nogi i przytknął dłoń do ust.
- A co z nią? – zaśmiała się histerycznie mama.
- Nic. Pakt? – wyskandował głos ojca. – Zgłaszam wadliwe podłączenie. Kobieta. Mokotów, Łowicka 51.
- Po co to robisz? – parsknęła matka.
- Przebija ci osobowość nosiciela – odparł ojciec.
- Bzdura! – matka zaśmiała się demonicznie i zanurkowała pod choinkę w poszukiwaniu Basi.
Dziewczynka przywarła do pnia i ścisnęła w rączce srebrzystą baletnicę.
- Pomóż mi się schować! – szepnęła błagalnie.
Bombka rozbłysła migotliwym światłem i otuliła ciepłem zżółkłej waty dziecięce ciało. Basia poczuła, że kurczy się do rozmiarów starej baletnicy, którą prawdziwa mama dostała od swojej babci. Teraz siedziały obok siebie na choinkowej gałązce. W tle rodzice z rykiem rozbijali telewizor. W świetle choinkowych, kolorowych lampek ich odnóża rozmywały się czarnymi cieniami na pożółkłych od tytoniu ścianach pokoju.
- Co tu się dzieje? – wyszeptała Basia.
- Ciiiii
- Boję się!
- Cicho Basiu. Cicho, ostatnia dziewczynko. – odparła baletnica.
- Ostatnia? – zdziwiła się Basia.
- Oni opanowali świat.
- Kto?
- A czy to ważne, ostatnia dziewczynko?
- Nie wiem!
- Zapomnij. Ludzie może wyginęli, ale my, elfy, ciągle jeszcze żyjemy. Umiemy udawać, że jesteśmy zimnymi przedmiotami. Ty też się nauczysz.
- Ja? – zdziwiła się Basia.
- Ty. Ostatni człowiek.
Zza okna niósł się miarowy odgłos kroków żołnierzy Paktu. Tym razem śnieg nie był w stanie ich wytłumić. Basia rozwinęła skrzydła i pofrunęła w ślad za baletnicą w stronę snów.

 
Król Bolak, mąż królowej Boliny,
całuje czoło dziewczyny
Książę Przytulak opowieść gasi,
powiedzcie dobranoc Basi.
Mojej mamie, Basi.

 

sobota, 22 grudnia 2012

Jedząc kebaba osiadlasz Araba



Na ostro czy z tzatziki? Będzie kontrowersyjnie, więc zdecydowanie na ostro. Wgryźcie się ząbkami w chlebek pita i wspólnie zastanówmy się nad cienką granicą oddzielającą brak poprawności politycznej od rasizmu. Którędy ona przebiega i jak poruszać się na grząskim gruncie zderzeń międzykulturowych? Opatrzności chwała, że temat w Polsce nie jest jeszcze tak palący jak w pozostałych krajach Unii Europejskiej, ale mam wrażenie, że najwyższy czas, by w przededniu inwazji arabskiej zadać sobie kilka pytań i udzielić na nie szczerych odpowiedzi.
Może najpierw ogólnie słów kilka o emigracji jako takiej.
Był ktoś na emigracji? Łapa do góry.
Ktoś pewnie tak, ale dla większości z nas postać emigranta/imigranta to pewna niewiadoma. I media, co warto podkreślić, poznania nie ułatwiają. To ja się przyznam do emigracji. Krótkiej, ledwie dwuletniej, ale zawsze to coś. I myślę sobie, że czytelnikowi kilka najważniejszych aspektów osiadania w obcej rzeczywistości jestem w stanie przybliżyć.
Każdy emigrant po chwilowym oszołomieniu zmianą miejsca zamieszkania zaczyna wić sobie gniazdo. Najczęściej w pobliżu pobratymców z rodzinnego kraju. Bo łatwiej, bo w kupie raźniej, a i pomoc sąsiedzka nie jest tu bez znaczenia. W obcym świecie pobratymcy są ostoją otuchy i potwierdzeniem, że nie zwariowaliśmy. Zakopujemy się więc w ciepłym piaseczku namiastki ojczyzny i przez jakiś czas staramy się nie wychylać nosa. Nowa ojczyzna się jednak o nas upomni. Zawsze tak jest. Emigrantowi może się wydawać, że jest surrealistycznym bytem, ale macki nowego państwa prędzej czy później oplotą całą jego rodzinę. Szkoła, urząd podatkowy i cała reszta. I nie ma, że boli. Do urzędu marsz z tubylczym językiem na ustach. Nie znasz? Trudno. Musisz sobie poradzić. Tłumacza może przyprowadź?
Tak jest, gdy emigracja jest zjawiskiem marginalnym i polega na wchłonięciu w zdrową strukturę społeczeństwa promila cudzoziemców. Co jednak, gdy zjawisko zaczyna przybierać na sile i w urzędach pojawiają się nieprzeliczone rzesze obcokrajowców z roszczeniowym nastawieniem i zerową znajomością języka?
No cóż. Europa to świat zdeklarowanej tolerancji, więc sprowadza się tłumaczy i kieruje siły intelektualne w celu nagięcia procedur urzędowych, by ułatwić nowym obywatelom szybką asymilację. I tu zaczyna się dziać źle. Bardzo źle. Imigrant to człowiek zdeterminowany i jednocześnie pełen tęsknoty za podłą, ale ukochaną ojczyzną, która wprawdzie chleba nie dała, ale wpoiła pakiet żelaznych przekonań, a te nie ugną się przed kulturą tubylczą. W efekcie im bardziej tolerancyjnie przygarniamy obcokrajowców, tym bardziej roszczeniowe jest ich nastawienie. Nie czarujmy się. Emigrują przeważnie ludzie, którzy nie znaleźli szczęścia u siebie. Owszem zdarzają się specjaliści, jednostki wysokiej kultury sprowadzane przez uniwersytety i pierwszoligowe firmy, ale to ledwie odsetek. Ruchy migracyjne podejmuje przede wszystkim miejska i wiejska biedota. Wywożą z rodzinnego kraju określone zachowania społeczne. Napotykając gorące ramiona europejskiej tolerancji, szybko dochodzą do wniosku, że ich system zachowań jest jedyny, unikalny i wspaniały, a tubylcy mają respektować wszystko, absolutnie wszystko, co emigrant łaskawie ze sobą w łepetynie przyniósł.
I tu dochodzimy do konieczności rozróżnienia dwóch rodzajów emigracji w Europie: wewnętrznej i zewnętrznej. Doskonałym przykładem tej pierwszej będzie na przykład najazd naszych rodaków na Wyspy Brytyjskie czy Holandię. Przykładem drugiej – właśnie zwiększająca się liczba ludności muzułmańskiej.
Masowa emigracja niezależnie od jej rodzaju zawsze powoduje zbliżone problemy, a różnice w ich natężeniu wynikają głównie z rozmiaru różnic kulturowych.
Czyli im bardziej egzotyczny emigrant, tym więcej kłopotów z jego asymilacją. Dołóżmy do tego wojowniczą naturę narodów arabskich, niezwykłą sumienność w przekazywaniu swoich genów licznemu potomstwu i przeświadczenie o własnej wyższości z racji wyznawanej religii, a uzyskamy odpowiedź, dlaczego właśnie te grupy emigrantów stanowią dla Europy największy problem.
Raporty demograficzne donoszą, że około 2040 roku połowa noworodków we Francji będzie pochodzenia arabskiego. A w ciągu kolejnych kilku lat ponad połowa społeczności francuskiej będzie wyznawać islam. Jaki z tego wniosek?
Zapytajcie o to jakiegokolwiek przywódcę kraju europejskiego. Zasznuruje usta, i nie będzie to wynikało wyłącznie z jego niewiedzy. Trudne tematy to kompletne tabu zastępowane pierdołami w rodzaju sagi o małej Madzi. Większość polityków boi się konfrontacji z grupami islamistów, bo to oni będą wkrótce stanowić największy elektorat. Rozdrażniony wyborca raczej nie zagłosuje zgodnie z oczekiwaniami, prawda?
W Niemczech problem stał się już naprawdę poważny. Polecam publikowany w serwisie you tube reportaż „Niemieccy uczniowie w mniejszości”, opowiadający o niełatwej codzienności uczniów niemieckich w szkole zalanej falą emigrantów, gdzie ponad 70% uczniów to Turcy, Kurdowie i Libańczycy. Meritum problemu nie stanowi tu jednak wiara, tylko uwarunkowania kulturowe. Wychowywani w przeświadczeniu o byciu pępkiem świata arabscy (upraszczając) chłopcy wyrastają na mężczyzn z równie silnym przeświadczeniem o własnej niezwykłości. Takiemu człowiekowi nie wytłumaczy się niczego. Najdrobniejszą polemikę uzna za atak na siebie i pobratymców. Co więcej – będzie atakował i nawet próbę obrony przed narzuceniem cudzych przekonań uzna za atak na siebie. Jest nieomylny, a kraj, który go przygarnął, jest zły. Na pytanie, dlaczego wobec tego tu przyjechał, imigrant się nie zmiesza. Odpowie buńczucznie, że jest wolny i to jego prawo.
Oczywiście że jest wolny i nikt mu tej swobody nie chce odbierać, chodzi tylko o to, by szanował styl życia gospodarzy. Tego imigrant nie pojmuje i pojąć nie zamierza. Co więcej, żąda respektowania swoich przyzwyczajeń i obyczajów, traktując to jak coś absolutnie oczywistego, nawet jeśli będzie pozostawało w sprzeczności ze zwyczajami panującymi w jego nowej ojczyźnie.
Cóż więc robić? Czy w ogóle jest sens podejmowania dialogu w tej sprawie? Wydaje się że tak, ponieważ futurystyczne powieści w rodzaju „Allah 2.0” autorstwa Mieszka Zagańczyka, których akcja rozgrywa się w podbitej przez islamistów Europie, nie są tak bardzo oddalone od rzeczywistości, jak by się to jeszcze niedawno wydawało. Wszystko jednak wskazuje na to, że imigranci podbiją nasz kontynent nie wojną czy nawet zamachami terrorystycznymi, ale wysokim wskaźnikiem urodzin. To nie fala emigracji się spiętrza, a jedynie populacja zasiedziałych w Europie imigrantów błyskawicznie przyrasta w sposób naturalny.

Skąd więc tytuł – „Jedząc kebaba, osiedlasz Araba”? W końcu oni już tu są? Hasło symbolizuje marginalny, ale rosnący z każdym rokiem protest społeczny związany z, brutalnie rzecz ujmując, rosnącą populacją arabską w Europie. Naklejki z tym zdaniem są rozpowszechniane w środkach komunikacji miejskiej i w uczęszczanych punktach miast. Czy będzie lepiej? Nie sądzę. Największym sprzymierzeńcem emigrantów jest europejska demokracja. Obojętna na rzeczywistość, rządząca się suchymi liczbami i forsująca każdy absurd za którym zagłosuje większość. Tak jak w duńskim miasteczku Kokkedal, w którym zdominowana przez muzułmanów rada osiedlowa postanowiła, że w tym roku nie zapłaci za bożonarodzeniowe dekoracje i przyjęcie świąteczne dla mieszkańców.
Czy przyrost imigrantów wyhamuje? Zdecydowanie nie. Jak z tym walczyć? Chyba się nie da. Więc co? Nic nie da się zrobić? Ależ da, jak najbardziej. Można konsekwentnie pielęgnować własną kulturę z nadzieją, że kolejne pokolenia nowych obywateli Europy będą bardziej tolerancyjne i bardziej skłonne do stworzenia szanującego się wielokulturowego społeczeństwa. Uda się? Pewnie nie, ale próbować trzeba.
A jeśli naprawdę się nie uda? No cóż. Jak dowodzi historia – wszystko się zmienia. Języki urzędowe także.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Per aspera ad astra




Całkiem niedawno człowiek stawiający tezę, że być może nie jesteśmy we wszechświecie sami, był postrzegany jako jednostka obłąkana ze wskazaniem do dłuższego odpoczynku w szpitalu dla czubków. Racjonalizm starego typu musiał się jednak nieco zdewaluować w zderzeniu z masą hipotez opierających się na rachunku prawdopodobieństwa i wzorze Drake’a. O ile w pierwszym przypadku wystarczy zdrowy chłopski rozum, który z pewnością pojmie, że nieskończoność wszechświata i mnogość układów gwiezdnych musi gwarantować pewną różnorodność życia organicznego, o tyle ów wzór niesie wyłącznie szereg niewiadomych. A niewiadome, podstawiane nawet do najbardziej rzetelnego wzoru, z pewnością nie dadzą konkretnych liczb wyjaśniających, ile tętniących życiem planet tak naprawdę czeka na odkrycie. Dobrze jednak wiedzieć, że przynajmniej nie stwierdza się już kategorycznie, że ich liczba jest równa zeru. Czy naprawdę nie jesteśmy sami? Czy też raczej poza ziemską atmosferą rozciąga się wyłącznie Silentium Universi?
Takie pytanie zadaje sobie także Dariusz Domagalski w swojej najnowszej powieści, którą śmiało możemy zaliczyć do nurtu hard SF, czy, jak kto woli, fantastyki naukowej. Sporo tu przemyśleń natury filozoficznej oraz dość oszczędnej w opisach, ale zdecydowanie wiarygodnej wizji Ziemi w niedalekiej przyszłości. Jeśli dodamy do tego nieźle nakreśloną sytuację polityczną i podszyte starożytnymi proroctwami intrygi Watykanu, to możemy mówić o arcyciekawym projekcie.
Punktem wyjścia akcji jest rok 2055. Ziemia jest przeludniona, choć politycznie względnie stabilna. Nawet wyrastające jak grzyby po deszczu groźne sekty religijne zostały w większości zduszone dzięki radykalnym decyzjom Watykanu. Loty na Księżyc są codziennością a w tamtejszej bazie budowany jest niezwykle zaawansowany technologicznie statek kosmiczny Marek Aureliusz. Grupa polityków w porozumieniu z naukowcami forsuje projekt wyprawy kosmicznej w kierunku układu gwiezdnego Alfa Centauri, w którym ma się znajdować planeta o cechach podobnych do Ziemi. W opozycji stoi Watykan, dysponujący proroctwami z ksiąg sybillińskich. Według ostatniej, ściśle tajnej przepowiedni, na której księga wymownie się kończy, wyprawa w stronę Nowej Ziemi uruchomi siły zdolne zniszczyć nasz błękitny glob. Podobnymi informacjami dysponuje posiadająca niezwykle wpływowych członków sekta czcząca szatana. Co zrozumiałe, oba stronnictwa są głęboko zainteresowane umieszczeniem swoich szpiegów w ekspedycji naukowej, mającej na celu zbadanie tajników układu Alfa Centauri.
Dalej zaś rozpościera się już tylko kosmos, obarczający psychikę ośmiorga astronautów uczuciem wyobcowania spotęgowanego świadomością dylatacji czasu. Co z tego, że na statku miną zaledwie trzy lata, skoro jednocześnie upłynie ziemska dekada? To oraz polityczna intryga sprawią, że przeżycia podróżników do łatwych należeć nie będą.
I właściwie tu powinnam zawiesić znacząco głos, zostawiając przyszłego czytelnika Silentium Universi w stanie gorączkowego oczekiwania na ucztę obcowania z prozą Domagalskiego. Mogłabym, ale parę spraw wymaga dość obcesowego komentarza. Po pierwsze i wbrew pozorom najważniejsze – okładka i jej ilustracja. Nie twierdzę, że zła. O nie. Jest bardzo fajna i przykuwa uwagę. Problem polega na tym, że jest… spoilerem! Gigantycznym spoilerem. A do tego opis z tyłu, nie odpowiadający treści książki. Ja rozumiem, że chodzi o skłonienie czytelnika do zakupu powieści, a do dyspozycji jest ledwie kilka linijek, które muszą zelektryzować i zaintrygować, ale na miłość boską! Skoro komentarz informuje, że Ziemianie muszą szukać nowego domu, ponieważ ich dotychczasowy glob jest kompletnie wyjałowiony, to czytelnik jest skłonny osadzić akcję na rozprutej wojną nuklearną pustyni Gobi, a nie na kwitnącej naukowo i politycznie planecie, z którą de facto mamy tu do czynienia. Dopełniając marudny komentarz techniczny, muszę też wspomnieć o sprawach korektorsko-redaktorskich. W tej sferze piątka z plusem. Moje czujne oko nie namierzyło nawet najdrobniejszej literówki, co zdecydowanie jest w ostatnich czasach ewenementem zasługującym na gromkie brawa.
I wreszcie – subiektywny odbiór autorskiego wysiłku. Czyta się fajnie. Jeśli potencjalny czytelnik jest entuzjastą przyszłości, podróży kosmicznych i wszelkich scenariuszy z gatunku „co by było, gdyby”, to właśnie w tej chwili powinien pędzić do księgarni po pachnący farbą drukarską egzemplarz Silentium Universi i może mieć pewność, że całkiem nieźle ulokował te trzy dychy z okładem. Jest frajda z czytania, choć uprzedzam, że zakończenie nie każdego usatysfakcjonuje. Ja odczuwam pewien niedosyt. Autor tak mocno skupił się na logice podróży kosmicznej, że trochę osierocił swoich bohaterów i ich przeżycia. Dialogi są momentami drewniane i prowadzone wyłącznie w celu przedstawienia faktów naukowych. Czasem zgrzyta, nie da się ukryć. Ogólnie jednak jest dobrze. By nie powiedzieć, że bardzo dobrze.
Dariusz Domagalski
Silentium Universi
Stron: 359
Cena: 34,90

niedziela, 4 listopada 2012

Teraz Wędrowycza każdy wieszać, tfu, oglądać może.


„Dobić dziada” to rzecz zdolna pogodzić frakcję czytelników książek i ugrupowanie fanów komiksów. Ta pozycja jest po trosze przedstawicielem obydwu gatunków, najbezpieczniej więc będzie nazwać ją albumem. Nie byle jakim zresztą. Twarde okładki, zszyte porządnie kartki papieru kredowego i 100% Jakuba Wędrowycza wewnątrz.


Brzmi dobrze?
Jakub Wędrowycz to postać nietuzinkowa i bohater literacki, który – paradoksalnie – dzięki zespołowi cech typowych dla antybohatera, zyskał sympatię rzesz czytelników. Ten warchoł zatracony, amator samogonu i tanich win, wreszcie watażka siejący pogrom wśród nadprzyrodzonych i zupełnie ziemskich wrogów, od dawna gwarantuje zainteresowanie kolejnymi książkami opisującymi jego przygody. Trudno się więc dziwić, że magii wioskowego pijaka uległ również Andrzej Łaski, który miał wiele okazji do złapania bakcyla, czy raczej infekcji, ponieważ towarzyszy Wędrowyczowi już od jakiegoś czasu, ilustrując owego w „Czarowniku Iwanowie” i „Kronikach Jakuba Wędrowycza”.
Ale do rzeczy.
Album duetu dwóch panów Andrzejów jest podzielony na dwie części. Pierwsza z nich to kilka wędrowyczowych historii przedstawionych w formie komiksu. I ta część właśnie została wydrukowana na wspomnianym wyżej papierze kredowym. Trzeba Andrzejowi Łaskiemu oddać honory, bo i technika rysunku dobra, i całość jak najbardziej pasująca klimatem. Nierówna, nawet nieco chaotyczna kreska doskonale charakteryzuje bajzel panujący na co dzień w malowniczych Wojsławicach. Jedno tylko lekko zgrzyta. Drogi autorze! Jeśli już przedstawiasz kolejne sceny w ten nie do końca uładzony sposób, to nie pisz „dymków” w równie niechlujnym stylu, bo osiągniesz efekt barszczu, do którego włożono dwa grzybki. Nikt tu nie mówi o kaligrafii, ale stylizacja pisma na pospolite bazgroły nie pomaga zrozumieć dialogów. I jeszcze ta pozioma kreska nad polskimi znakami w miejsce kropki, by nie wspomnieć o tym, że skoro dymki są przedstawione drukowanymi literami, to znakomita większość polskich znaków (w tym J na przykład) w ogóle tych wątpliwej jakości ozdobników nie potrzebuje. No zgrzyta po prostu.
Część druga albumu stylizowana jest na gazetę o wdzięcznym tytule „Niski gumofilc” i z pewnością nie ma nic wspólnego z „Wysokimi obcasami”. Oprócz opowiadań autorstwa drugiego z panów Andrzejów znajdziemy w niej także kolumnę ogłoszeń drobnych, a nawet horoskop dla wszystkich znaków Zodiaku. Dla niektórych pomyślny, dla niektórych mniej. Mnie fortuna obiecała status biznesmena, jeśli zajmę się szmuglem z Ukrainy, więc nie mam wyjścia i album polecić muszę!
Nie tylko dlatego zresztą. Rzecz mocna i jedyna w swoim rodzaju. Wielbiciele Jakuba W. z pewnością nie będą zawiedzeni.

Andrzej Pilipiuk, Andrzej Łaski
Dobić dziada
Fabryka Słów 2011
Stron: 63 + 32
Cena: 49,90 zł

poniedziałek, 22 października 2012

Powstańcie których dręczy głód!




To było pewne. Modny ostatnimi czasy wampiryzm w różowej wersji z pomponikami na pelerynkach i z omdlewającymi z miłości do krwiopijców dziewczętami musiał, po prostu musiał doczekać się parodii. I chwała opatrzności, że padło na Andrzeja Pilipiuka, którego nazwisko na okładce z reguły gwarantuje doskonałą jakość książki.
Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie, głównie na Pradze (tuż obok słynnego bazaru zwanego Różycem) - dzielnicy jedynej w swoim rodzaju i z wyjątkowymi mieszkańcami. Fakt, większość stanowi tu drobna inicjatywa złodziejska okraszona najprawdziwszymi praskimi zakapiorami spod ciemnej gwiazdy, ale to solidarna grupa, w której słowo honoru warte jest więcej od życia. Często cudzego, rzecz jasna. Już tylko to gwarantuje niezwykle barwne tło dla opisywanych zdarzeń, a jeśli dodatkowo autor osadza je w głębokiej komunie, to jest pewne, że będzie się działo!
Co może począć wampir złapany w pułapkę ustroju socjalistycznego? Uciekać? No ba! Tylko dokąd, do bratniej Bułgarii? Spokojnie możemy jednak założyć, że bez paszportu, owej przepustki do innego świata, nic z tego nie wyjdzie. Cóż więc zostaje? Najrozsądniej wtopić się w brać robotniczą i wraz z nią wyśpiewywać „Międzynarodówkę”, jakoś sobie radząc i schodząc z oczu tajniakom. A swoje sprawy, jeśli tylko się uda, załatwiać między swoimi.
W takich okolicznościach natury budzi się po malowniczej śmierci Gosia. Nastolatka beznadziejnie zakochana w Limahlu w normalnym życiu nie różniła się niczym specjalnym od reszty dziewczyn dorastających w tych siermiężnych czasach. Za to po śmierci – już zdecydowanie tak. Dość powiedzieć, że otrzymany w niejasnych okolicznościach gen wampiryzmu i sceneria przebudzenia dezorientują dziewczę i pozbawiają racjonalności myślenia. Na szczęście pojawia się ślusarz Marek, wyciąga niebogę z opresji i wprowadza do światka warszawskich krwiopijców. A to oczywiście dopiero początek.
Naszym socjalistycznym wampirom przyjdzie się zmierzyć z ograniczeniami socjalizmu, zamienić pelerynę na waciak, na nogi wzuć relaksy i czekać z nadzieją na lepsze czasy. Takie, w których krew obywateli straci paskudny posmak sprzedawanej na kartki żywności.
Pilipiukowi udało się stworzyć rzecz niezwykle zabawną i pełną inteligentnej ironii. Akcja, co koniecznie należy podkreślić, rozkręca się błyskawicznie i z każdą stroną wchodzi na coraz wyższe obroty. Dialogi na pograniczu farsy przyprawiają o niekontrolowany chichot, a całkiem jawne i celowo złośliwe nawiązania do gangu Cullenów zza oceanu – o spazmy śmiechu. Świetna rzecz, którą można z pełną odpowiedzialnością polecić. A pierwsze słowa „Międzynarodówki”: „Wyklęty powstań ludu ziemi, powstańcie, których dręczy głód” nabierają po lekturze kompletnie nowego znaczenia.
Andrzej Pilipiuk
Wampir z M-3
Fabryka Słów 2011
Stron: 336
Cena: 33 zł